Wrzące powietrze

Z Emma Popik : Oficjalna strona gdanskiej autorki ksiazek SF
Skocz do: nawigacja, szukaj


Wrzące powietrze

Mit zdegradowany

To jest świat bez Boga Ojca.

On już nie zasiada

u szczytu stołu,

by dzielić z bochenka.

Nie wyciągnie ramienia, błogosławiąc,

gdy trzaśniesz drzwiczkami

i do dechy gaz.

Niechaj schowa dyplom

ukladacza cegieł.

Ręce ojca się kojarzą

z potrzebą szczotki oraz wazeliny.

Kiedy znowu przyjdzie,

niech posiedzi w kuchni.

Wnuki wola gry wideo,

nie słuchają jego prawd

z molami jak palto,

Niech przejrzy w "Playboju"

o tychże patriarchach,

tronach ich glinianych,

farbowanych brodach,

poczyta wyznania nałożnic,

który lubił gryźć,

który kłopot miał z orgazmem.


Modlitwa do pieniędzy

Niechaj mnie porazi wasze tysiąc woltów,

nerwy niech zaiskrzą,

w ekstazie poderwą

od magnesu ziemi.

Wtedy spadnie łańcuch ograniczeń

i więzienna kula trosk.

Niech główna wygrana wtłoczy oddech niby zamieć:

gdy zasypie banknotami

to je będą zliczać moje palce trzy,

te co biorą hostię.

Pan mówisz, że to świętokradztwo

to pan nigdy tak dużych nie miałeś pieniędzy,

Pan nie umiesz marzyć

i jesteś jak nędzarz czekający wypłaty,

który nie ma odwagi

i zmartwienie swoje kocha.


Niech pod nogi mi nasypią

plaże złotych piasków

i windziarki w rękawiczkach

skłonią się do kolan.

Mogę jechać Daihatsu

na wysokim zawieszeniu,

mogę zrzygać się na obrus,

nikt słowa nie powie:

będę torbą z forsą,

bo do niej, wciąż pustej

wrzucam drobne mego życia

i groszaki godzin

po dziesiątce co dzień.

Na bezdennym dnie niedziele,

w otchłani nocy otchłanie:

może zalśni w nich złotówka.


Tani jest mój boski umysł

kontraktem najęty

przez spryciarza z forsą.

Co kupiłabym?

Czego nie odkupię?

Pan mi nie mów, że to wrednie.

To Pan nie wiesz, jak się za ojczyznę cierpi

w futerku z szynszyli.


Za wszelką cenę

Seryjne dziewczyny za wszelką cenę

nie boją się proboszcza;

Najlepsze dla mężczyzny,

w dezodorant wierząc i w pigułkę.

Nie zawahają się, krocząc na platformach podeszew.


Najtypowsi z bramy

golą swe karczycha:

rycerze Maryji

bystre jak szatany.


W nerwach anten czują biznes,

ich świat komórkowy

pewny jak złotówka.

Bezpiecznie w nim zawsze

i naprawdę sucho.



Wejście do łodzi podwodnej


Opuścili już łódź,

tylko gazu syk

wśród wąskich koi.

Ich nienawiść pokruszona

i nieważna.

Woda zalała ich zapał.

Na powierzchni morza

cienka warstwa światła.

Oni płyną twarzą w niebo obróconą,

zapominając.

I już nie wrócą.


Duży przedmiot z żelaza

zaraz na dno pójdzie,

gaz wybuchnie.

Rzecz z rejestru się wykreśli.


Niczego im nie żal, doprawdy.

Dostają żagli, w powietrzu łopoczą,

białe oczy w górę obrócone,

płyną wciąż,

niebieskie oceany zdobywając bez tchu.



Pierwszy śnieg na Boże Narodzenie

Cukier puder na figurkach z lastryko,

pokruszone migdały na bezowym torcie,

piana z białek ubita na sztywno.

Jedzą placek dnia:

postrzępione sreberka dobrego nastroju,

cienkie celofany śmiechu.


Ślicznie będzie: odetchniemy

w wieczór jak pierożek postny

wśród tanich stroików, sreberek

w pudełku złoconym z wyszczerpbionym wieczkiem.

O, papierowe łańcuszki litanii,

o, plastykowa choinka wiary.

Amiele Stróżu

z naddartej bibułki

strzeż się ich żarliwości.

Wersety na koniec świata

Więc przyszedł jeszcze raz

takim, jak go zapamiętali:

w białej szacie, lekko uszarganej u dołu

rudym piaskiem pustyni,

blizny na dłoniach spełzły

pod koniec drugiego tysiąclecia

i go nie rozpoznali.


A gdy szedł z uniesioną ręką,

odwracali się do swoich kramików.


Powiedział sobie, że i tym razem wytrwa.

Fałszywi prorocy owinięci w prześcieradła

nawet nie poczuli się urażeni,

oferowali mu lakierowane książki.


Nędzarze wrzeszczeli o chleb i wino,

objaśniał im sens tej przenośni,

ale nawet nie chcieli złorzeczyć,

wyciągając ręce o długich paznokciach.


Gdy zwołał nieszczęsnych i wątpiących,

nie mógł przecisnąć się przez tłum.


Chciał ich pocieszyć: końca świata nie będzie.

Zażądali więc piosenek.

Powiedział, że jest gotów:

rozłożył ramiona,

by dać wiarę na nowy początek.


Wtedy odeszli, każdy ugięty pod swym krzyżem.

On pozostał sam, wciąż mocno w siebie wierząc.




Sprostać życiu

Moje życie odbiegło

jak mała dziewczynka

o wymownych oczach:

odwróciła się, poczekała, patrząc

i odbiegła znowu kawałek.


Czasami nie zwracała na mnie uwagi,

śmiejąc się do siebie.

Przyspieszała w podskokach,

szastając sukieneczką.


Kiedy się odwracała, naprawdę już zła,

kokarda na czubku głowy

sterczała nakrochmalona.


Jej świszcząca skakanka

w szybkich obrotach

wzbudzała we mnie wściekłość,

jej piosenki i wyliczanki

kryły na pewno głębsze znaczenia.


Zawsze wymowna,

zawsze tuż przede mną.

Zatrzymuje się na chwilę,

popatrzy nagannie:

krótki ruch głowy

i biegnie przed siebie,

a ja o trzy kroki z tyłu,

na kamieniu przysiadając,

bandażuję stopy.


Droga


Szłam suchą i gorzką doliną

wśród szarych traw.

Rosły puszcze i przebijały czubkami chmury,

potykałam się o martwe gołębie.


Spotkałam dwoje nagich

na piaszczystm jęzorze

pod niebem jak reflektor

przesłonięty krepą.


Potem siedziałam na brzegu

wyschniętego morza,

gdzie sól jak okruchy szkła.


Byłam pełna złych przeczuć,

nadzieja i miłość osypywały się

jak wydmy.


Aż stałam się jak pieniądz

z rąk do rąk otarta

i nie mogłam odróżnić

swej twarzy.


Noc grudniowa


Sypał się z rzadka śnieg jak ścinki z plastyku,

rzeczywistość była pozorna:

pod stopami trzeszczała jak lód,

lecz nie umieliśmy się już bać;

patrzyliśmy na niebo stąd, z dołu,

ale go nie było, tylko ciemny lej.

Ktoś zaśpiewał piosenkę cienką jak sopel.

Może dałoby się odratować,

ale mróz był jak kość gładki.

Nasze gardła wydymały się, pękając

od zbyt wzniosłego milczenia.


Musieliśmy opuścić to miejsce,

zdmuchnąwszy ogniska,

udając przed sobą, że powrócimy

z płonącymi głowniami słów,

z lśniącymi mieczami zrozumienia,

idąc prosto i patrząc w oczy.


Czas zakrzepł w szklaną taflę.

Widzieliśmy przez nią niejasne przeznaczenia

jak cienie ryb pod lodem.


Pozostawiono nam tylko krótki czas do namysłu,

godziny kruszące się w palcach.

Dano nam tylko nie istniejącą tkaninę nadziei.


Odchodziliśmy z nożem zimna w zaciśniętych zębach.


Litania do maszyn

Weźcie mnie w opiekę swych czułych kontaktów,

pozwólcie zwiedzić ziemie za ekranem.

Niech strażnik sensoru rozpozna

odcisk moich palców

jak płonące piętno.


Kocham wasze niepojęte krainy

bez kształtów i słów,

tajne archipelagi atomów,

gdzie gęste rzeki informacji

skrycie dzwonią,

gdzie piętrzą się góry mądrości

z pozornie fałszywych sądów,

niech mój rozum wprowadzi porządek.


Bądźcie mi przychylne,

zanieście moje oczy w swoje głębie,

napełnijcie mi zmysły prądami,

niech mój język pozna waszą mowę

i stańcie się

na mój obraz i podobieństwo.



Jest to tomik wierszy, które pisałam w różnych latach.

Wrzace powietrze okladka.jpg


Plik:Emma popik - wrzace powietrze - fragment.pdf


Srebrne lusterko

Srebrne lusterko odbija po obu stronach,

Inne niż zwyczajne, których tafla nic nie dzieli,

A świat po stronie spodniej jest kontynuacją.

Natomiast srebrne lusterka

Mają tamtą stronę o przeciwnym kierunku

Od horyzontu aż do ciebie.

W ten sposób stajesz się centrum świata prawdziwego,

Na który patrzysz,

I zaprzeczonego, który w zdumieniu się przegląda

W tylnej stronie lustra,

Odbijającego obraz zaprzeczony.

On myśli, że jest tym właściwym.

I ten od twojej strony

Sądzi tak samo - oba sprzeczne i prawdziwe.

Patrząc w to lustro, nie musisz rozsądzać ani przyjmować na wiarę,

Po prostu widzisz.

Nie potrzeba dowodów ani świętych zapewnień,

Czy obrócisz się w przód, czy w tył:

Sprzeczność będzie z prawa czy z lewa

Jak dobro i zło jednocześnie.

Jeśli opuścisz dłoń z lustrem,

By nie wiedzieć, musisz uwierzyć.