Wejście do baśni

Z Emma Popik : Oficjalna strona gdanskiej autorki ksiazek SF
Skocz do: nawigacja, szukaj

Wejście do baśni (całość)

Okladka wejscie do basni japonska.jpg


POKÓJ PEŁEN ZABAWEK


Tomek wpadł do pokoju.

-Gdzie samochodziki?!

Chciał się bawić w wyścigi samochodowe na chodniku przed domem. Koledzy niecierpliwili się, czekając, aż powróci z kieszeniami wyładowanymi wyścigówkami. A samochodów miał dużo, i były nadzwyczaj szybkie. Na pewno wygra te wyścigi. -Gdzie te samochodziki?!

Na samym środku pokoju stała skrzynia z zabawkami, jej wieko było odchylone. A w skrzyni znajdowała się góra zabawek. Tomek wsunął rękę w tę górę, aby wyciągnąć samochodziki, a wtedy zabawki zaczęły spadać na podłogę. Ręka jednak nie natrafiła na samochodziki. Włożył drugą rękę aż po ramię i rozgarniał zabawki na wszystkie strony. Teraz zabawki spadały ze stosu o wiele szybciej, jedna za drugą, pac, pac, pac. Nagle jego palce natrafiły na zabawkę, która kształtem przypominała samochodzik. Zacisnął dłoń i wyciągnął ręce ze skrzyni. Kiedy otworzył rękę, spojrzał: na dłoni leżała łódeczka. Westchnął i odrzucił ją od siebie. Łódka upadła na gromadkę zabawek, leżących na podłodze. -Jak odnaleźć samochodziki?

Plik:Wejscie do basni.pdf


O „Wejściu do baśni”

Pani Krystyna Hirayama


Książka ucieszy dzieci niezwykłymi przygodami, a dla rodziców stanie się księgą pomagającą im w wychowaniu. Każdy rozdział, będący jedną całą przygodą, podpowiada, jak rozwiązać dany problem dziecka. Baśn przemawia poprzez symbole, bo tylko tak dzieci mogą zrozumieć każdy problem. Naprawdę, nie należy apelować do ich rozumu, ale przeczytać bajkę - to mądre dzieła.


Spotkanie autorskie w szkole

Tomek ma bardzo dużo zabawek. Naprawdę, ma ich więcej niż najwięcej. Jest nimi wypełniona skrzynia aż po samo wieko. Chłopiec chce się bawić z kolegami na podwórku i przybiegł do domu na chwilę, aby wziąć zabawkę. Nie może jej jednak znaleźć w skrzyni.

Co robić, jak ją znaleźć?

Może wygarnąć wszystkie zabawki na podłogę i je poukładać? Zrobić porządek, ale to ciężka i marudna praca. A poza tym, jak je poukładać: czy małe z małymi, a duże z dużymi? A może czerwone z czerwonymi?

To jest naprawdę problem, i to dla każdego, kto ma mnóstwo różnych przedmiotów. Jak poukładać kompakty: według dat, nazwisk czy tytułów?

I jak to w baśni bywa, otworzyła się zaczarowana brama i Tomek znalazł się w Zaczarowanej Krainie.

Stał przed pięknym pałacem. Do pałacu prowadziła brama. Była jednakże nieporządnie zbita z desek, pomiędzy którymi byly szerokie szpary. Jak myślicie, dlaczego przed pięknym pałacem była taka byle jaka brama?

Przed pałacem powinna być brama z grubych żeliwnych sztachet, zamknięta na solidną kłódkę. W jednej z kolejnych przygód, dowiemy się, dlaczego tak jest?

Tomek zagląda przez szpary pomiędzy deskami i widzi leżące na dziedzińcu jego ulubione zabawki. Ktoś również wyrzuca je przez okno.

Słyszy, że ktoś wrzeszczy: "Zamiataj Gamoniu! Z prawej do lewej strony!"

A biedny Gamoń, sterroryzowany przez Złą Kucharkę zapomniał, gdzie jest prawa, a gdzie lewa strona.

Czy rozumiemy słowo gamoń? Na pewno nauczyciel od historii wyjaśni nam jego znaczenie.

Tomek, przerażony awanturą - bo ktoś tam rzucił krzesłem - ucieka.

W gęstej trawie usłyszał szybkie kroki i przerażone głosy. Była to wierna zwierzastra.

Czy domyślamy się, z jakich słów utworzyłam słowo zwierzastra? Na pewno nauczycile od historii wytłumaczy słowo: hałastra. Powie również, do

do jakiej znanej książki słynnego pisarza czynię aluzję, pokazując brać szlachecką i jej upodobanie do kwiecistych przemówień. I dlaczego

kwiecistych. Może pani od polskiego nam powie coś na temat okresu literackiego, w którym lubowano się w takich ozdobnych przemówieniach.

Kiedy to zwracano się do siebie: Wasza Wielmożność, kogo nazywano chudopachołkiem, kto to jest świszczypała?

Na pewno nasze słownictwo bardzo się poszerzy i będziemy więcej widzieć i rozumieć.

Tomek w następnej przygodzie spotyka Czarodzieja. I on opuszcza piękny pałac. Powinien być bardzo zmartwiony, ale tak nie jest. Pogwizduje

piosenkę. Czego możemy się nauczyć od Czarodzieja, który wszystko stracił: nie ma gdzie mieszkać i nie ma dzieci, którym mógłby pokazywać

swoje sztuczki.

Kim właściwie jest? Czy znamy trudne do wymówienia słowo: prestidigitator? A czy są synonimy, czyli słowa oznaczające to samo?

Może coś z iluzją lub sztuczkami?

Tomek zwierza się Czarodziejowi: chce odnaleźć wejście do baśni.

I tu zaczyna się intelektualna zabawa z wyjaśnieniem, gdzie jest wyjście, a gdzie wejście. Czy to jest to samo?

Czarodziej pyta:

-Chcesz chyba stąd wyjść, nieprawdaż?

-Chcę wyjść - przytaknął Tomek.

-No to szukaj wyjścia.

-A gdzie ono jest? - zapytał Tomek.

-Wyjście to odwrotna strona wejścia - rzekł Carodziej i uchylił kapelusza.

Takie pytanie nazywamy filozoficznym.

I w następnym rozdziale mamy właśnie kolejne spotkanie, tym razem z Żółwiem. I on również filozofuje. Na pewno i dzieci również mają wiele

takich pytań, które wydają się proste. Ale tak jest pozornie.

Czy istnieje świat, jeśli zamknę oczy?

Chcielibyśmy się dowiedzieć, jak to jest naprawdę. Ale Żółw był okropnym nudziarzem i zanosiło się na dłuuugi wykład. I Tomek zrobił to, co

robią chłopcy.

W następnej przygodzie Tomek się spotyka z Wiatrem, który przeżywa dramat życiowy. Jest przywiązany do swojego zimnego parapetu na wieży.

Kocha to miejsce. I nie może od niego odlecieć.

Czy może czasami również mamy taki problem życiowy?

Taki trochę psudoproblem: przywiązanie do rzeczy lub sytuacji, która dla nas jest zła.

I nie możemy rzekomo się uwolnić.

Widząc, jaki śmieszny jest Wiatr w swym pseudosmutku, znajdziemy rozwiązanie.

Ale Wiatr zwiał Tomka do następnej przygody.

I tu się zaczynają jeszcze dziwniejsze przygody. Powiecie, nie, ależ to absurdalne. Ależ właśnie, tak: mamy tu absurdalne sytuacje i

absurdalne odpowiedzi.

Tomek znalazł się na pustyni, dokąd zwiał go wiatr. Spotkał tam Piaskopanie. Zachowują się śmiesznie, wygłupiają się, robią miny.

Tomek zadaje im ważne pytanie: jak wyjść z tej pustyni? Gdzie jest wyjście?

Piaskopanie dają mu odpowiedzi. Ale nie uwierzył, że te odpowiedzi mogą być prawdziwe. Któż by wierzył osobom, które się śmieją i wiercą?

Czy dzieci nie zetknęły się w swoim życiu z takimi sytuacjami, że nie wierzy się w to, co mówią, gdyż są dziećmi.

Komu wierzymy? Jak mają wyglądać osoby, które uznajemy za wiarygodne?

Może nauczyciel od filozofii lub od psychologii wyjaśni dzieciom, komu wierzymy i z jakiego powodu.

Lubię postać Jaszczurki z przygody pod tytułem "Królowa pustyni". Jakże wielkie wysiłki podejmowało to małe stworzonko. I jaki miało cel.

Zastanówmy się, czy czasami takie są nasze cele?

Na pewno możemy się wiele od niej nauczyć. Ale pokazuję postacie, które istnieją wokół nas. Nie są to nieskazitelne i cudne postacie z baśni

tradycyjnych, które podziwiamy. Postacie z tej książki bywają groteskowe, śmieszne, zabawne, absurdalne. Mają swoje sprawy i swoje cele. Czy

czy zawsze są postaciami godnymi naśladowania?

Kozioł i Brubas są postaciami, które niosą nam pocieszenie. Nie są mądrzy: Kozioł ma pusty łeb jak pusta beczka. Ale jest mu wesoło i śmieje

się ihaha! Brubas to jego towarzysz, również pełen wad. Czy mogą nas czegoś nauczyć? Jaki miałam cel, wprowadzając takie postacie do książki

dla dzieci? Bo przecież wszyscy jesteśmy piękni i bez wad. A taki Kozioł i taki Brubas stworzyli teatr, sztukę, jaką umieli, bawili się przy

tym wspaniale. Ich twórczość była na ich miarę. A my stworzymy wielkie dzieła, prawda?

W następnych przygodach dowiedzieliśmy się, ile strasznych rzeczy zrobiły dzikie i bezwględne porządki Złej Kucharki. Pozbawiły miejsca do

życia całe strychliwe towarzystwo. Wiemy, jak utworzyłam to słowo.

Każda z tych postaci miała swoje miłe i ciepłe miejsce, jednak zostało jej zabrane, bo Zła Kucharka wprowadzała porządki. A może

swoje porządki? A może chodzi o to, że jeżeli nie zrobisz sam porządku w twoim życiu i nie bedziesz nad nim panował, ten porządek zrobi ktoś

inny i on cię wtedy urządzi! On będzie panował nad swoim życiem.

Czy wiemy, co zrozumiał Tomek, kiedy wykrzyknął: O mnie jest ta bajka!

I jaki cel zobaczył przed sobą, jakie jest jego zadanie życiowe? Jakie było dotychczas?

Może zrozumiemy pojęcie altruizmu i odpowiedzialności za siebie i za innych. Kto odpowiada za innych: dzieci czy dorośli? Może jest

warunek dorosłości:odpowiadać za innych.

Może więc jest to książka od podroży przez życie, które jest cudną zaczarowaną krainą i mówi nam o dorastaniu?

Chłopiec odnalazł swoje wejście i wyjście do baśni. A gdzie ono jest, kto decyduje, gdzie się ono znajdzie?

Żal nam, że się musimy pożegnać z tymi wszystkimi postaciami. Ależ tak wcale nie jest: bo to jesteśmy z cyrku i one wchodzą na scenę.

Śmiejemy się, nasze zaczarowane dzieciństwo jest znowu z nami.


Każda z postaci, jakie Tomek spotkał, przekazywała mu swoje doświadczenie i swoją mądrość życiową.

Czy doświadczenie życiowe jednego człowieka jest na pewno wskazówką życiową dla innej osoby?

Niech rodzice się zastanowią, bo przecież przez wychowanie właśnie to czynią.

Wiatr przykuty łańcuchem do swego okna, nie może go opuścić i kocha swe cierpienie.

Jaszczurka Eliza wchodzi codziennie na pagórek, bo to sens jej życia. Czy tak nie jest z nami? Każdy z nas ma swój łańcuch i cel,

który może być dla innych niezrozumiały. Czy nasze cele mają stać się ważne dla naszych dzieci?

Wierzę, że książka pomoże również rodzicom uporać się z wieloma własnymi ograniczeniami i problemami,

bo przecież nie zawsze natrafialiśmy w dzieciństwie na mądre baśnie, które nam ukazywały naszą drogę.


Książka została przetłumaczona japoński i wydrukowania w Japonii w roku 2007. Tłumaczką jest Krystyna Hirayama. Widzimy ją tutaj na zdjęciu i na kilku innych w dziale tłumaczeń.


Wejście do baśni

ROZDZIAŁ I

POKÓJ PEŁEN ZABAWEK

Tomek wpadł do pokoju. - Gdzie samochodziki?! Chciał się bawić w wyścigi samochodowe na chodniku przed domem. Koledzy niecierpliwili się, czekając, aż powróci z kieszeniami wyładowanymi wyścigówkami. A samochodów miał dużo, i były nadzwyczaj szybkie. Na pewno wygra te wyścigi. - Gdzie te samochodziki?! Na samym środku pokoju stała skrzynia z zabawkami, jej wieko było odchylone. A w skrzyni znajdowała się góra zabawek. Tomek wsunął rękę w tę górę, aby wyciągnąć samochodziki, a wtedy zabawki zaczęły spadać na podłogę. Ręka jednak nie natrafiła na samochodziki. Włożył drugą rękę aż po ramię i rozgarniał zabawki na wszystkie strony. Teraz zabawki spadały ze stosu o wiele szybciej, jedna za drugą, pac, pac, pac. Nagle jego palce natrafiły na zabawkę, która kształtem przypominała samochodzik. Zacisnął dłoń i wyciągnął ręce ze skrzyni. Kiedy otworzył rękę, spojrzał: na dłoni leżała łódeczka. Westchnął i odrzucił ją od siebie. Łódka upadła na gromadkę zabawek, leżących na podłodze. -Jak odnaleźć samochodziki?

Spotkanie w SP35 w Gdańsku

Chłopcy na pewno się niecierpliwią. Byle tylko nie ominęła go taka wspaniała zabawa. To wszystko przez ten bałagan! Tomek nie tracił jeszcze nadziei na odnalezienie samochodzików. Być może leżały na samym dnie skrzyni, przywalone wszystkimi zabawkami. Musi je stamtąd wyjąć. Wyjął jedną zabawkę i znudzony, odrzucił. Wyjął drugą i odrzucił w drugą stronę. Beznadziejna praca! I jaka nudna! A jak długo trwa! Szybciej! Zagarnął ramionami całe naręcze zabawek, a kiedy je uniósł, zabawki zaczęły wypadać mu z rąk. Jedna z drugą zsuwały się na podłogę. Pochylił się, by je podnieść, a wtedy wypadły następne, bęc, bęc. Zrezygnowany, upuścił je wszystkie z powrotem do skrzyni. Rozejrzał się po pokoju. Zabawki były wszędzie. Zajmowały całą podłogę. Leżały na fotelu i pod fotelem, gdzie stał lewy but i prawy but. Do nich również wetknięto zabawki. Kiedy Tomek zobaczył ten okropny nieład, zapragnął, aby ktoś za niego zrobił porządek. Chciał, aby nagle wszedł zaczarowany Siłacz, który jednym ruchem ręki wygarnie zabawki ze skrzyni. Mógłby ewentualnie zjawić się Czarodziej, którą swą magią potrafi wszystkie zabawki poukładać w rządkach. W pokoju był jednak tylko on sam. - Jak zrobić porządek?– pomyślał. Trzeba przyjąć jakąś zasadę układania. Czy poukładać czerwone z czerwonymi? Czy może duże z dużymi, a małe z małymi? A może zupełnie inaczej? Musi szybko to odgadnąć, bo w wyobraźni widział swoich kolegów, którzy okręcają się na pięcie i odchodzą. Pobiegnie za nimi. Ale co im powie? Czy ma się przyznać, że nie odnalazł samochodzików, bo w pokoju rządził bałagan? Musiałby stanąć wprost przed nimi i powiedzieć: „Zabawy nie będzie”. Wyobraża sobie ich miny! Czekaliby na wyjaśnienia, a on musiałby dodać: „To wszystko moja wina”. Wyobraża sobie ich spojrzenia! Nie, nigdy tego nie powie. Zapragnął uciec od tego okropnego nieporządku. Rzucił się do drzwi. Były zamknięte! Szarpnął je do siebie, by otworzyć. I wtedy zobaczył coś strasznego. Wciśnięty pod drzwi leżał Szmaciany Król z oczkami z guziczków. Jeśli pociągnie drzwi, zmiażdży go, a jest to jego najstarsza zabawka, dość zniszczona, ale ukochana. Król zawsze siedział na księdze z baśniami na półce. Jak spadł, jak dostał się do szpary pod drzwiami? Przez okno wpadły okrzyki, to koledzy ponaglali Tomka. Tomek lekko pociągnął drzwi do siebie, tylko kawałek. Nagle stało się coś strasznego! Drzwi przygniotły Szmacianego Króla! Tomek odepchnął drzwi od siebie, ale to nie uwolniło zabawki. Pochylił się więc, wyciągając ramię, by wyjąć zabawkę, a wtedy odezwały się wołania kolegów. Tomek się wyprostował, cofnął rękę, słuchając, czy koledzy odchodzą. Tak bardzo chciał wyjść z pokoju i pójść się bawić z kolegami. I wtedy stało się!

Wejście do baśni się zaczęło się otwierać bezszelestnie. Po cichutku, w zaczarowany sposób i nie wiadomo gdzie.
1.jpg

ROZDZIAŁ II

TOMEK WPADA DO BAŚNI

Drzwi, prowadzące do pokoju, zamieniły się w bramę, a jego pokój stał się zaczarowanym Zamkiem. Był bardzo piękny i wysoki. Tomek stał przed bramą, prowadzącą do baśni. Bujna trawa łąki sięgała mu aż po kolana. Rosły tu różne gatunki traw, na ich wysokich łodyżkach powiewały złociste kitki, które rozczesywał Wiatr. Wiatr siedział ze skrzyżowanymi nogami w oknie kamiennej baszty, która stała nieopodal bramy.

Było tak pięknie i beztrosko, że Tomek zapragnął pobiegać sobie przez chwilę na łące. Pobiegł w jedną stronę, a potem w drugą, jednak nie czuł się zbytnio zadowolony.
Rysunki dzieci

Jakże by mu się przydały jego zabawki! Ale ich nie było. Musi powrócić do swego pokoju i przynieść sobie zabawki. Wtedy dopiero będzie pięknie i beztrosko! Przypomniał sobie, że pozostawił w pokoju okropny bałagan, mimo to zapragnął tam powrócić i ruszył w kierunku bramy. Kiedy przejdzie przez bramę, znajdzie się z powrotem w swoim pokoju. Gdyż po tej stronie bramy widać zaczarowany zamek krainy baśni, a po tamtej stronie jest jego pokój pełen zabawek. Tomek podszedł do bramy. Nagle usłyszał hałas, dobiegający z tamtej strony bramy. Był to hałas bardzo głośny taki, jaki robi ktoś okropnie rozzłoszczony. Tomek stanął i nadstawił uszu. Co tam się działo za bramą? Słyszał odgłosy przesuwania przedmiotów. Potem usłyszał szuranie, bo ktoś zsuwał je na gromadkę! Teraz ktoś zgarniał je szufelką! Co to znaczy!? Ktoś tam robił porządki! Ten ktoś chodził ciężko, dużymi krokami i był bardzo energiczny. Nagle ten ktoś rzucił ciężkim krzesłem. Krzesło się przewróciło i stukając swymi czterema ciężkimi nogami, toczyło się po kamiennej posadzce. Straszny to był łoskot! Potoczyło się i ustało. Nagle Tomek usłyszał okropny wrzask. Tak wrzasnął ktoś, kto natrafił na Szczura w swojej kuchni. Rozległy się szybkie kroki i plask! Coś ciężkiego upadło na ziemię tuż niedaleko. Tomek musiał koniecznie sprawdzić, co się tam dzieje. Był ogromnie ciekawskim chłopcem. Czuł również pewien niepokój z powodu bałaganu, jaki zostawił w swoim pokoju. Jego pokój zamienił się w zaczarowany Zamek. Tam właśnie ktoś robił porządki. Zebrał wszystkie zabawki na gromadkę i zgarnął je na szufelkę. Co z nimi zrobi? Tomek obawiał się, że już nigdy nie zobaczy swoich zabawek. Cisza nagle zapadła po tamtej stronie. Tomek zbliżył się jeszcze o parę kroków do bramy. Zobaczył wtedy, jak nieporządnie jest zbita ze zwykłych desek, pomiędzy którymi prześwitywały szpary. Szpary były wystarczająco szerokie, by przez nie zajrzeć na drugą stronę. Osłonił oczy dłońmi i zajrzał na drugą stronę bramy. Zobaczył tam niewielki dziedziniec, wybrukowany płaskimi kamieniami. Kamienie były równe i można było przeskakiwać z jednego na drugi. Po drugiej stronie dziedzińca wyłożonego kamieniami zobaczył drzwi do kuchni. Te duże i ciężkie drzwi umiały głośno się zatrzaskiwać. Chociaż stały otworem, wcale nie wpuszczały światła do kuchni. Kuchnia była bardzo duża i ciemna. Nagle z dużej i ciemnej kuchni dobiegł wrzask. To wrzeszczała Zła Kucharka. - Zamiataj, Gamoniu! Z prawej do lewej strony! - Nie wiem, gdzie jest prawa strona, Kucharko – odpowiedział Gamoń. - Prawa jest przeciwna do lewej – odpowiedziała Zła Kucharka. A Gamoń jak to gamoń, zapomniał nawet, gdzie jest lewa strona. Tomek usłyszał głośne kroki. Zła Kucharka szła w stronę drzwi, głośno waląc buciorami. To ona rzuciła ciężkim krzesłem! To ona wrzeszczała! To ona poniewierała biednym Gamoniem i zmuszała go do ciężkiej pracy w ciemnej i brudnej kuchni. Jest straszna! Zaraz stanie na progu! Jeśli złapie Tomka, również zapędzi go do brudnej pracy! Nigdy nie wypuści go z ciemnej kuchni na słoneczko i łąkę, gdzie rośnie piękna trawa. Nie pozwoli mu bawić się jego ukochanymi zabawkami. Będzie na niego ciągle wrzeszczeć! I nigdy nie ugotuje mu budyniu. Tomek odskoczył od bramy i odbiegł jak mógł najdalej.

ROZDZIAŁ III

PIERWSZE SPOTKANIE Z MIESZKAŃCAMI ZAMKU


Kiedy odbiegł kawałek, zobaczył, że trawa jest tak wysoka i bujna i może go ukryć. Zła Kucharka na pewno go nie zauważy.
100 4434.jpg

Do uszu Tomka dobiegły dziwne dźwięki. Przypominały odgłosy upadku przedmiotów, które ktoś wyrzucał przez drzwi kuchni. Rzucał je wprost na brukowany dziedziniec. Odgłosom uderzania się o kamienie towarzyszyły głośne okrzyki. – Och! Ach! Oj! Mój ogonek! – Też coś! Wypraszam sobie! Okrzyki wydawały zwierzątka, które Zła Kucharka zebrała na szufelkę i wyrzuciła przez szeroko otwarte drzwi kuchni. Zwierzątka spadały na kamienie, jednakże się nie potłukły. Pozbierały się od razu i podwinąwszy ogonki, przemykały pomiędzy szparami w bramie na łąkę, by się ukryć w bujnej trawie. Srebrzyste kłoski dzikiego żyta rozchylały się na boki, by mogły przebiec, a kiedy przemknęły, gęste trawy od razu się zamykały i nikogo nie było widać. Odezwały się również ciche i zmieszane okrzyki. – Prędzej! Pośpieszcie się! – Och, nie! Podarła go na strzępy! – Kogo podarła Zła Kucharka? – Szmacianego Króla! – Co teraz będzie? - Zbierać Jaśnie Pana! - odezwał się basowy głos. - Pośpieszać! - Pośpiesam, Wasa Wielmozność - zaseplenił ktoś w odpowiedzi, przebiegając niewidocznie wśród traw. Wierna zwierzastra zbierała kawałki Szmacianego Króla, którego Zła Kucharka podarła na kawałeczki. - Susłak! Kto niesie nogę Jaśnie Pana? - zapytał basem Borszuj Dalipan, nazywany Wasą Wielmoznością. - Świsteł! On zawse bieze, co nie tseba - zaseplenił Susłak. - Spadł z niej pantofel! - zawołał wesoły głos. - Nicpoń, poszukaj go, to sprawa wagi państwowej! - napomniał go bas. Tomek słyszał więc cztery zwierzątka: Wasą Wielmozność wydającego rozkazy basem i Susłaka, który seplenił. Świsteł niósł za to nogę Szmacianego Króla, a Nicpoń z niego żartował. - Szszukamy! Waszsza Wielmożżność! - odkrzyknął Świsteł przez szparę między zębami. - Kto niesie oczy? - zaniepokoił się Wasa Wielmozność basem. - Ocy? Mości panowie, kto niesie ocy Jaśnie Pana? - powtórzył sepleniąc Susłak. - Kto? Kto? - powtórzyło wiele niespokojnych głosów myszajstwa. - Mości Panowie! - wezwał wszystkich Borszuj basem. - Szukać oczu Jaśnie Pana. - Nicpoń ma ocy - powiedział Susłak. - Coo?! - oburzył się basowy głos. - Kto dał Nicponiowi oczy Jaśnie Pana? - On ma tylko jedno z ocu, Wasa Wielmozność - odpowiedział Susłak. - Które ? - zapytał bas. - Nicpoń nie wie, które z ocu tsyma - odpowiedział sepleniący Susłak, który nie umiał ułożyć zdania bez użycia słów z głoskami sz lub ż, czyli rz. Zwierzątka biegały bezładnie. Właśnie na Tomka wpadł Susłak, który miał brzuch tak omotany złotą szmatką, że wystawał niewiele w górę i jeszcze mniej w dół. Był to chudy myszurek, dźwigający na plecach ramię, uszyte ze szmatek i wypchane watą. Uderzywszy niechcący czołem w stopę Tomka, stanął i natychmiast wyszarpnął patyk zza pasa i trzymając go niby szablę ostrym końcem do góry, zaczął z przejęciem wykrzykiwać. - Psysięgam bronić ramienia Smacianego Króla, jakem Susłak Świscypała, Marsałek Mys Polny! - Po czym cofnął się o krok i nastawił patyk, by zadać, jak sobie wyobrażał, straszliwe pchnięcie, poruszywszy przy tym groźnie pyszczkiem w lewą stronę, a potem jeszcze okropniej w przeciwną. Tuż za nim nadbiegała hałastra zwierząt, po prostu zwierzastra. Tłoczyło się tam zwyczajne, szare myszajstwo spiżarniane. Przed nimi przepychały się groźne myszury wąsate. Ramię w ramię z Marsałkiem Mysem Polnym stał dzielny towarzysz jego, co to nie jeden raz do walki go zagrzewał swym świstem przez szparę w zębach i stąd wziął imię swe - Świsteł. Był to chudopachołek, któremu za cały majątek musiało wystarczać wyszarzałe na grzbiecie futerko i sława. Jego patyk długi i cienki, po bokach wyszczerbiony, a na końcu złamany, wisiał ledwo na guziku z zieloną pętelką. Ale to on, Świsteł dostąpił honoru dźwigania nogi Jaśnie Pana, zrobionej z kawałka zrolowanego koca, zagiętego na końcu i zszytego zieloną nitką na okrętkę tak, że udawał stopę. I to na niej właśnie nie było królewskiego pantofla. Stojąc naprzeciwko Tomka, nieduzi, lecz z groźnymi minami, trzymali krzepko wciąż uniesione patyki, które uważali za szable. - Jest pantofel Jaśnie Pana - pomiędzy myszywojów wbiegł wesoły Nicpoń o ruchliwym nosku, trzymając oburącz wysoko przed sobą pantofel uszyty z czerwonego aksamitu. Jego zelówka była oderwana i potem przyszyta na okrętkę zieloną nitka. - Macie tu dużo zielonych nici - rzekł Tomek. Na te słowa Susłak Świszczypała spojrzał na swego towarzysza walki, a ten poruszył groźnie wąsami o wiele większymi niż on sam, Świsteł Chudopachołek. Zanosiło się na coś okropnie krwawego. Właśnie ze zwierzastry przepchnął się na środek okazały Borszuj Dalipan i stanął o krok przed wszystkimi. Miał on na zbyt długim łańcuszku, olbrzymi złoty zegarek obijający się o kolana. Próbował do niego dosięgnąć, sapiąc, lecz zawadzał ramieniem o zbyt wydatny brzuch. - Mości Myszajstwo! - zaczął przemówienie, stojąc w dumnej postawie na samym środku. Właśnie uniósł zegarek do oczu, lecz zanim zdążył sprawdzić, którą godzinę wskazuje, Wiatr lekko dmuchnął i futerko na zwierzątkach zafalowało. - Sprawdźmy, czy ona już skończyła. - Tak, sprawdźmy - zawołało gromko myszajstwo, a w głosach brzmiała tęsknota. Wierzyli, że Zła Kucharka skończyła sprzątać i powrócą do domu. Jakże straszne były jej porządki! Zanim dotarł do nich następny podmuch, zwierzastra rozbiegła się na wszystkie strony, gubiąc i podnosząc po drodze drogocenne części osoby Szmacianego Króla. Muszą odnaleźć wszystkie kawałki i pozszywać je zieloną nitką. Kiedy odbiegli, Tomek zauważył coś błyszczącego tuż obok swojej stopy. Był to zielony guzik. Podniósł go i włożył szybko do kieszeni. Guzik służył jako oko Jaśnie Pana. Musi koniecznie dać je zwierzątkom, aby przyszyli oko Szmacianemu Królowi, by mógł czytać dzieciom piękne baśnie z Wielkiej Księgi Baśni. Kiedy Szmaciany Król czytał baśnie, Królestwo Baśni istniało. Jeżeli nie będzie czytał, Królestwo Baśni zniknie. Tomek nie może dopuścić, by zginęło Królestwo Baśni. Podniósł się więc, by się za nimi rozejrzeć. W tym właśnie momencie podbiegło małe zwierzątko o ruchliwym nosie, nazywane Nicponiem. - Gdzie jest oko Jaśnie Pana? - pochylił się i zaczął węszyć przy ziemi.- Zgubiłem je, gdy szukałem pantofla. Nim chłopiec odpowiedział, zwierzątko odbiegło. Tomek został sam. Musi pobiec za nimi, by ocalić Królestwo Baśni Wszystko w jego rękach! Nie może jednak przejść przez bramę. Tak bardzo się boi Złej Kucharki. To ona wprowadziła okropne porządki! A dlaczego to zrobiła!? Bo Tomek to zaniedbał. Czuł się okropnie. To wszystko jego wina.


ROZDZIAŁ IV

DZIWNE SPOTKANIA
100 4431.jpg


Tomek nagle zobaczył, że od strony Zamku idzie sobie przez łąkę jakaś postać, wymachując laseczką i wesoło pogwizdując. Był to na pewno Czarodziej, przynajmniej tak wyglądał. Miał na głowie wysoki, czarny kapelusz. Z tyłu, za plecami powiewała czarna, lśniąca peleryna. Szyję spowijał mu szeroki, biały szal, jedwabny niewątpliwie, a lśniące lakierki okrywały jego stopy. Prezentował się znakomicie i elegancko. Najwidoczniej nic sobie nie robił ze Złej Kucharki i jej okropnych porządków. Kiedy zbliżył się do Tomka, okazało się, że z bliska nie wyglądał tak nieskazitelnie jak z daleka. Jego czarny kapelusz nie miał denka, zamiast którego sterczało kółeczko z drutu. Peleryna była podarta, z jednej strony dłuższa, a z drugiej za to krótsza. Biały szal był utytłany w błocie, a buty nie od pary. Kiedy Czarodziej się zbliżył, rzekł zadowolony – O, publiczność. Zatrzymał się i przyglądał się chłopcu z uśmiechem. Potem przesunął kapelusz na lewe ucho, by wyglądać zabawnie i zawadiacko. Piękne damy i dostojnie panowie –zaczął donośnym głosem. – Oto stoi przed wami mistrz białej magii i czarodziej estrady. – Powiedział tak, choć przed nim stał tylko jeden chłopiec. Czarodziej podciągnął sztywne mankiety koszuli i podrzucił laskę do góry. Stanęła cienkim końcem na jego wskazującym palcu. Miała ciężką, kryształową gałkę, która przeważyła. Laska spadła, lecz Czarodziej schwytał ją tuż nad ziemią. Piękne damy, voila! – Czarodziej klasnął w ręce i dodał szeptem. - Voila to po francusku. Czarodziej pochylił się do Tomka i szepnął mu do ucha. - Prawdę mówiąc, nie jest mi wcale do śmiechu, gdyż musiałem się oddalić w najwyższym pośpiechu. Ha, ha, świetny rym, prawda? I to w takiej sytuacji. Nie traci się animuszu. Zauważyłeś siłę charakteru, nieprawdaż? W zamku została moja czarodziejska walizeczka i buty od pary. Powiedz, jak ja będę teraz zarabiał na życie? Umiem tylko pokazywać sztuczki dzieciom. Bardzo mu było żal Czarodzieja, który umknął z Zamku, aby Zła Kucharka go nie wyrzuciła. Czuł, że i to jest również jego winą. - I co teraz zrobisz? – zapytał. - Zagwiżdżę wesołą piosenkę i nauczę się nowych sztuczek. Na śmiech i radość jest zawsze zamówienie. -I mnie nie jest do śmiechu – rzekł Tomek. – Zrobił się okropny bałagan w moim pokoju, a ja nagle wpadłem do baśni. Nie mogę powrócić do mojego pokoju, bo Zła Kucharka wrzeszczy i wszystkich wyrzuca. – Chcesz chyba stąd wyjść, nieprawdaż? - Chcę wyjść – przytaknął Tomek. - No to szukaj wyjścia. - A gdzie ono jest? –zapytał Tomek. - Wyjście to odwrotna strona wejścia – rzekł Czarodziej i uchylił kapelusza. - Adieu, gamoń – rzekł, odchodząc. – To znaczy po francusku żegnaj. Mistrzowie sztuk używają francuskiego. I odszedł, pogwizdując nową piosenkę i podciągając mankiety, by przećwiczyć nowe sztuczki. Tomek znowu został sam i nie było nikogo, kto mógłby mu pomóc lub udzielić mądrej rady, a chłopiec bardzo tego pragnął. Co robić? Dokąd pójść? O, gdyby umiał być tak wierzyć w siebie i we własny dobry los jak Czarodziej!? Na pewno wszystko by mu się udało. Od drugiej strony łąki nadbiegała następna osoba w ogromnym pośpiechu. Był to Bączek. Co chwilę robił przysiady i okręcał się wokoło siebie, jak to bączek. Był tak okropnym grubasem, że kamizelka w kratkę nie zapinała mu się na brzuchu. Kiedy podbiegł do Tomka, zatrzymał się i długą chwilę patrzył na chłopca okrągłymi oczami bez wyrazu. Następnie uderzył się w czubek głowy i zaczął robić przysiady, okręcając się jednocześnie wokół siebie. Kiedy się wykręcił, stanął i powiedział do Tomka. - Nie jestem zbyt mądry, bo mnie wszyscy uderzają w głowę, ale ci powiem, że Zła Kucharka wcale nie lubi porządków. Chce tylko, aby wszyscy zwracali na nią uwagę i podziwiali ją: „Jaka pyszna lemoniada, Kucharko! Jakie czyste szklanki, Kucharko!” Ale nikt tak nie mówi i dlatego ona jest taka zła. Ktoś jej powinien powiedzieć coś miłego. Docenić ją, uznać jej wysiłki. Znowu uderzył się w głowę i zaczął robić przysiady, i okręcać się wokół siebie. Kiedy się zatrzymał, powiedział. - Nie jestem zbyt mądry, to z powodu stukania w głowę, ale ci powiem, że wpadłeś do baśni. Jeśli chcesz stąd wyjść, musisz iść naokoło. - Dlaczego mam iść naokoło? – zdziwił się Tomek. - Dlatego, że ja tak robię, więc jest to najlepszy sposób. I Bączek, uderzywszy się w głowę, zaczął okręcać się wokół siebie. I tak, wirując oddalił się, zrobił się mniejszy i zniknął w oddali. Tomek nie wiedział, co ma robić. Nie może przejść przez bramę z powodu wrzasków i sprzątania Złej Kucharki, która wzbudzała w nim przerażenie. Musi jednak to zrobić, aby powrócić do swego pokoju. Ale w jego pokoju panował okropny bałagan. Czuł się naprawdę w sytuacji bez wyjścia. Zła Kucharka robi sprzątanie. Okropne jest to sprzątanie. Kucharka wygania wszystkich z kuchni, a oni nie mają gdzie się podziać. Są nieszczęśliwi i tylko nadrabiają minami. Tomek to czuje i jest mu tak bardzo żal zwierzątek. Chciałby im pomóc, ale jak? Przecież sam się boi Złej Kucharki. Tomek nie wie również, kogo się posłuchać. Czarodzieja, który mu radził szukać wyjścia, czy może Bączka, który zachęcał do obchodzenia wszystkiego w kółko. Cóż to za rady, jak z nich skorzystać, skoro są sprzeczne? Czy może raczej powinien zdobyć się na odwagę i przejść przez bramę? Tomek pomyślał, że powinien stanąć przed Złą Kucharką i powiedzieć jej: „Wpuść zwierzątka do ciepłej kuchni”. Nie mógł sobie jednak wyobrazić, że stanie twarzą w twarz przed Złą Kucharką, która trzaska drzwiami! Która wrzeszczy! Nie może nawet pomyśleć o tym, że mógłby jej powiedzieć: „Ugotuj nam budyniu, kucharko”. Zapragnął usiąść i pomyśleć. Poczuł się nagle bardzo zmęczony. A trawa była taka miękka i bujna, słonko takie rozleniwiające. Położył się i zamknął oczy.

ROZDZIAŁ V

SPOTKANIE Z ŻÓŁWIEM

Nie wiedział, czy zasnął ani też jak długo spał. Poczuł, że coś trąciło go w łokieć napominająco. Usłyszał również kaszlnięcie - Kch! Kch! Tuż przed nim, opierając nos o jego łokieć, stał Żółw na swoich krzywych łapkach. Cały się ukrywał w brązowej skorupie, spod której wystawała szyja sztywna jak drąg. Na końcu szyi tkwiła płaska głowa, pokryta zielonymi łuskami. Żółw szedł w kierunku, jaki pokazywała jego szyja, prosta i sztywna jak drąg, więc nie zbaczał. Nos Żółwia natrafił na łokieć Tomka. Dwoje oczu żółtych jak bursztyn patrzyło na Tomka. Oczy były bardzo wypukłe. Odbijała się w nich twarz chłopca. Ale jak się zmieniła! Nos się skurczył do rozmiaru guziczka od marynarki, a policzki za to wyglądały jak poduchy. Tomek bardzo się zdziwił. Podniósł głowę, a wtedy nos podjechał do góry i rósł. Rósł coraz bardziej i pędził do góry. Stał się olbrzymi, wyrastał z jego twarzy jak konar drzewa. A co się stało z policzkami? Wydłużały się i wydłużały jak guma i robiły się wklęsłe. Jakie to ciekawe, jakie niezwykle! - Kch! Kch! - odezwało się kaszlnięcie. Żółw wydobył z siebie kaszlnięcie kch, kch zamiast słów. Kaszlnięcie kch! kch! Oznaczało napomnienie. Mniej więcej takie: „Źle się zachowujesz”. Po chwili ponownie z gardła Żółwia wydobyło się kaszlnięcie kch! Kch! Tym razem oznaczało ponaglenie: „Ustąp mi z drogi, natychmiast”.

Tomek jednak nie ustąpił mu z drogi, chociaż wiedział, że to jest niezbyt grzeczne, ale był bardzo zaciekawiony dziwnym wyglądem swojej twarzy w oczach Żółwia. Bardzo chciał się dowiedzieć, dlaczego jego nos i policzki tak się wykrzywiają.
2.jpg

- Dlaczego tak dziwnie wyglądam w twoich oczach? - zapytał Żółwia. - Takie jest prawo - rzekł Żółw wyniośle i zamilkł. - Jakie prawo? - zapytał chłopiec. To było nadzwyczaj ciekawe i tajemnicze. - To stare prawo filozofii - rzekł Żółw pozornie lekko. - Wszystko zachodzi według prawa. - Nawet wpadanie do baśni? – zapytał Tomek. - Wszystko! – odrzekł wyniośle Żółw. - I szukanie drogi? – Tomek pytał nadzieją i radością. - Wszystko, wszystko, wszystko! – grzmiał Żółw spod swej skorupy. - Chcę je poznać! – wykrzyknął Tomek. Chciał dowiedzieć się czegoś ważnego o swojej sytuacji. Żółw jakby czekał na to, że Tomek poprosi go o wyjaśnienia. Powolnym ruchem wyjął spod swojej skorupy zeszyt w linijki. Położywszy go przed sobą, wygładził powoli i dokładnie łapką pokrytą zielonymi łuskami i ślamazarnie odwrócił pierwszą kartkę. Jego grube powieki powoli nasunęły się na oczy, następnie odkaszlnął. Było to odkaszlnięcie napominające, jakby chciał uciszyć salę pełną studentów, którzy przyszli na jego wykład i wcale się nim nie interesowali. Po czym trzymając głowę sztywno na pomarszczonej szyi, zaczął mówić żółwim głosem. - Filozofia, kch, kch, jest dziedziną wiedzy - tu przerwał i otworzył oczy. Powolnym ruchem obrócił kartkę łapką pokrytą łuskami. Tomek pragnął poznać prawo, odwrócił więc cichutko kartkę w jego zeszycie. Wiedział, że to nie jest zbyt uprzejme, ale wykład był tak nudny i niezrozumiały, że Tomek zapomniał o szacunku dla starszych. Żółw powoli podsunął powieki do góry i czytał z notatek - Poglądu na istotę, kch! kch. - Te słowa nie tworzyły z związku z poprzednimi, lecz Żółw tego nie zauważył. Tomka bardzo rozbawiło to, że Żółw w ogóle nie wiedział, co mówi. I tak łatwo było go zwieść, znów więc odwrócił kartkę. - Zasad dotyczących poglądu kch! kch! - Ponownie nie było w tym sensu. Gdyby Żółw uczynił wysiłek myślenia! Gdyby skupił się nad tym, o czym mówi i zakazał Tomkowi tak postępować. Ale Żółw upajał się tym, co robi i wcale nie myślał. Tomek tak bardzo pragnął, jak najszybciej poznać prawo, tymczasem musiał wysłuchiwać wykładu, który gubił sens. Szybkim ruchem wyciągnął zeszyt wprost spod samego nosa Żółwia. Uniósł zeszyt do oczu. Stronice pokrywało równe pismo, linijka w linijkę, bez marginesów po bokach, czy pustych miejsc u góry i na dole kartki. Litery wyglądały jednakowo i miały taką samą wysokość. Uczyniono wszystko, by notatki miały nudny wygląd i nikt nie chciał czytać. W każdym zdaniu znajdowało się wiele bardzo trudnych słów, takich jak „albowiem" i „tudzież". A na dobitkę wszystkiego, Tomek zauważył słowo „aczkolwiek"! To było najstraszniejsze. Tomek położył szybko zeszyt z powrotem pod nos pokryty łuskami. Jakże był rozczarowany! Zamiast poznać coś najważniejszego na świecie, dowiedzieć się, usłyszał bezsensowne i nie powiązane ze sobą myśli. Spojrzał Żółwiowi prosto w oczy, by mu powiedzieć, jak bardzo go zawiódł, jednakże w żółtych oczach wcale nie było zrozumienia dla sytuacji Tomka, tylko jego wykrzywiony obraz. - Istnieją tylko odbicia w oczach – rzekł Żółw. - A jeśli zamkniesz oczy? – zapytał Tomek. - To ciebie nie będzie – powiedział Żółw, zamykając oczy. - Jestem! A kuku! – krzyknął chłopiec, przeskakując w inne miejsce i zaglądając w oczy Żółwia. . Pochylił się i przybliżył swoją głowę do głowy Żółwia, nieomal nos w nos. - Nie ma cię- upierał się Żółw, zamknąwszy oczy. - Jestem! – zawołał Tomek. – Nie zniknąłem. Nagle Tomek usłyszał odgłos, jaki wydaje ktoś pogrążony w głębokim śnie. - Jestem, a kuku! – zawołał Tomek, wrzeszcząc prosto w to miejsce, gdzie powinno być ucho Żółwia. - Nie ma cię – odpowiedział Żółw sennym głosem, gdyż we śnie również nie zmieniał zdania.

ROZDZIAŁ VI

WIATR NA WIEŻY


-Stój! Ani kroku dalej! – Tomek usłyszał ostrzeżenie. Głos dobiegał z wieży stojącej nieopodal. Na wieży było okno w murze. U dołu okna był szeroki kamienny parapet. Na parapecie zawinięty w futerko siedział Wiatr. Głowę położył na kolanach podkurczonych nóg. Spał. Było to takie dziwne i niezwykłe, że Tomek koniecznie musiał to zbadać. W tej chwili Wiatr poderwał głowę i spojrzał na Tomka ogromnymi oczami, które błyszczały od niewyspania. Było to trochę straszne. - Stój, ja nieee śpię – rzekł Wiatr i mocno zawiało. Rozwierał przemocą powieki. Wielkim wysiłkiem woli starał się nie zasnąć. Nagle głowa opadła mu na kolana i zachrapał- Chrr, pćsiu. Niemal od razu Wiatr się obudził, uniósł głowę i wlepił Tomka błyszczące oczy. Mimo zabawnego chrapania, okropnie błyszczące oczy sennego Wiatru były przerażające. -Nie wooolno spaać. - Dlaczego? – Tomek wyjąkał pytanie, bo tylko tyle zdołał wykrztusić ze strachu. Wiatr zaczął powoli wysuwać spod futra swoje długie i niezmiernie chude ramię. Kiedy już je wysunął, zakrzywił długi, kościsty palec. Swoim niezmiernie chudym palcem kiwnął na chłopca. Zrobił to raz, a potem drugi, jeszcze okropniej. Było to przerażające. - Choodź no tuu. Powiem ci na uuucho. Tomek nie mógł się ruszyć z przerażenia. Jeśli Wiatr śpi, nie ma go, to oczywiste – mimo że chłopiec nie podszedł do Wiatru, on wyjawił mu swą tajemnicę. Kiedy to powiedział zadrżał z przerażenia na samą myśl, że mogłoby go nie być, a skrawki futerek zatrzęsły się. Nagle coś okropnie zazgrzytało. - Co tak zgrzyta? – zapytał Tomek z niepokojem. - Straszne dźwięki, prawdaa? – przytaknął Wiatr z zadowoleniem. – Nie można spać, jak coś tak strasznie zgrzytaa. Wiatr wysunął spod futra chudą i długą nogę. Obejmowała ją żelazna obręcz, od której ciągnął się gruby łańcuch. Łańcuch był połączony z hakiem. Hak był wbity głęboko w mur. Wiatr ujął łańcuch swymi kościstymi rękami i zaczął obracać ogniwa. Żelazo pocierało się o żelazo, wydając okropne piski i zgrzytania. - Komponuje muzykę, aby nie spaać. Muzyka, którą skomponował, była przerażająca. Lecz Wiatr przysłuchiwał się, pochyliwszy głowę. Na jego chudej twarzy pojawił się wyraz zadowolenia. Zgrzytania stanowiły przygrywkę. Skończywszy ją, zaczął zawodzić okropnym głosem.


Auu, oo, aa, Ciicho, szaa. Straszną bajkę ci opowiem, Aż się zjeży włoos. Gdy łańcuchem brzęknę toobie, Śmiać się będziesz w głoos.

Auu, uu, aa, Były kotki dwa, A może i trzyy. Jeden maały, drugi biaały, Trzeci bardzo złyy.

Miał je chłopczyk miiły I głaskał pod włoos. Koty tego nie lubiiły, I ciągnęły go za noos.


Śpiewając, Wiatr się podnosił. Po chwili stanął na parapecie, wyprostowany na całą swoją wysokość. Był wielki. Jego szuba łopotała na wietrze. Śpiewał w upojeniu, z rozwianymi włosami, wlepiając przed siebie błyszczące oczy. Kiedy rozpoczął refren, auu, oo, aa, podmuch poderwał Tomka z ziemi. Tomek zobaczył, że Wiatr mógłby z łatwością wysunąć swą chudą nogę z obręczy łańcucha i odlecieć z zimnego okna. Wiatr jednakże wcale nie pragnął innego miejsca. Było to jego miejsce. Kochał swe okropne piosenki, uwielbiał zgrzytanie zardzewiałych ogniw łańcucha i był szczęśliwy w swym smutku. Zrobiło mu się bardzo żal Wiatru. Jakże był biedny! Pokochał takie smutne miejsce. Ileż musiał się namęczyć, aby pozostać sobą! Tomek lecąc, zastanawiał się, gdzie Wiatr go rzuci. Coraz bardziej się oddalał od tego, co powinien zrobić.


ROZDZIAŁ VII

KTO PYTA, TEN BŁĄDZI


Wiatr nagle przestał wiać. Przestały zgrzytać ogniwa łańcucha i ucichła upiorna piosenka, która chroniła Wiatr przez zaśnięciem. Tomek spadał. Chciał podeprzeć się rękoma, ale natrafił tylko na opór powietrza. Wiatr jeszcze dmuchnął lekko i po chwili Tomek siedział na piasku. Nic mu się nie stało. Piasek był miękki i ciepły. Było go bardzo dużo, gdzie tylko Tomek spojrzał, widział żółty, sypki piasek. Całe rozległe morze piasku, a może po prostu pustynia? Na żółtych pagórkach wyrastały tu i ówdzie mizerne trawki, o długich i wąskich liściach. Liście miały ostre brzegi i rysowały na piasku koła, ponieważ łodyżki, z których wyrastały nieustannie obracały się wokoło. Wciąż wiał lekki wiatr i wysokie rośliny o wąskich liściach wciąż się obracały naokoło siebie, rysując koła. Obracały się w jedną stronę, a za chwilę w stronę przeciwną, rysując koła i w kółko poruszając listkami. Nagle okazało się, że obracają się również trzy najbliższe pagórki. Okręcały się wokoło swoich osi. Okręcały się i obracały, aż oderwały się od podłoża i zaczęły unosić w powietrzu. Ciągle wirowały tuż ponad gładkim piaskiem Po chwili wirujące pagórki zaczęły się zmieniać. W połowie zrobiły się węższe, u dołu oczywiście szerokie, wydęte i baniaste, co więcej! Zaczęły im wyrastać głowy. Wciąż wirowały i się obracały wokoło siebie samych, aż przemieniły się zupełnie. Tuż przed Tomkiem w równym rządku wirowały śmiejąc się zabawne i baniaste w Piaskopanie. Ich spódnice z piasku były olbrzymie jak pagórki. Na rękawach miały bufki powyżej łokci, a wokoło szyi falowały wysokie i sztywne kołnierze, również z piasku. Piaskopanie tańczyły z rękoma wzniesionymi ponad głową. Ich piaskowe usta rozciągały się w zadowolonym uśmiechu. Chociaż tańczyły i wirowały, wciąż ustawiały się w rządku, wirując z ciekawości. Jaśnie panie, czy ma pan sznurek? - zapytała Pierwsza Piaskopani. Co to za miejsce? – zapytał Tomek. Nie czuł się zagubiony, raczej odczuwał zdziwienie. Ale przecież chciał się dowiedzieć, gdzie się znalazł i dokąd ma dalej iść. - Fuj! - krzyknęła Druga Piaskopani. - On się brzydko wyraża. - Czy może zechciałbyś nas obrazić? - Pierwsza Piaskopani zapytała z nadzieją w głosie. Mam ważne pytanie- powiedział Tomek. Był bardzo zdziwiony, przecież nic nie powiedział brzydkiego, a by je obrazić. Zatrzymujesz je dla siebie. O, to bardzo ładnie z twojej strony. - rzekła Druga Piaskopani. - Ponieważ nie masz lusterka, to ja ci powiem wierszyk - zaczęła Pierwsza Piaskopani. Pytałaś o sznurek - uściślił Tomek. - Nie o lusterko. Po co mi lusterko? Nie zauważył nawet, jak Piaskopanie zaczęły go wciągać w swoją dziwną rozmowę. Po co mu lusterko? – zachichotała Trzecia Piaskopani. – Do dzielenia przestrzeni. Tomek nie widział sensu w tym, co mówiły Piaskopanie. Nie wiedział wcale, że lusterko kiedyś pokaże mu swą tajemnicę, którą teraz wyjawiły Piaskopanie. A sznurek? Może i on będzie bardzo kiedyś potrzebny? Może ktoś go o to zapyta? Piaskopani się cofnęła i założywszy jedną rękę za stanik sukienki, uniosła drugie ramię w górę, a następnie zaczęła wrzeszczeć na całe gardło.


Mrugały ptaszki dzisiaj z rana, Mrugały z wszystkich sił, Ach, po cóż ich ta praca znojna? By ser dziurawy był I aby kotek wypił mleczko I aby powiał wiatr By dzidziuś bawił się łyżeczką I by się kręcił świat.

Mrugały siedząc na gałęziach Wyrosłych, dziwne! z pni Abyś otworzył pudełeczko, ach! I guzik znalazł w nim I aby gwiazdki nocą śmiły I ja ci pomrugam, miły.

- Nie mówi się „śmiły” - zauważył Tomek. - Oczywiście, że nie, ale inaczej nie byłoby rymu do „miły” - powiedziała Pierwsza Piaskopani. Ona jest bardzo zdolna - powiedziała Druga Postać - to jej nieoryginalna twórczość. Mówi się oryginalna – zauważył Tomek. – Czyli jej własna. Tymczasem dwie Piaskopanie kręciły się i przeszkadzały sobie nawzajem. – Niczym się nie przejmujecie – zarzucił im Tomek. – A ja czuję się zagubiony. To bardzo ładnie z twojej strony - powiedziała Druga tonem pełnym podziwu. Dlaczego mamy się przejmować twoimi sprawami- powiedziała Pierwsza Piaskopani. Trzecia Piaskopani kręciła się naokoło nich i robiła miny. - To ja ci powiem jeszcze jeden wierszyk - rzekła Pierwsza, zakładając rękę za stanik sukienki i uniósłszy ramię, zaczęła wrzeszczeć jeszcze głośniej niż poprzednio.

Raz wyśniołki kosmate Nie chciały zejść z poduszki Gryząc cztery jej rogi I strosząc puszyste swe nóżki Gdy do pierza się dobrały To je wszędzie rozkichały My się śnimy. I znikły A czyj to uszka wystaje koniuszek?


Właśnie, czyj? - zapytała Trzecia. To było ucho wyśniołka - powiedział Tomek. Ha, dałeś się złapać - rzekła Pierwsza. I tak było naprawdę. Tomek dał się wciągnąć w ich rozmowę. - A ja myślę, że koniuszek poduszki- powiedziała Trzecia. - - Zapnij się pod szyją, bo jest za gorąco - zwróciła jej uwagę Druga Piaskopani. Wasza dyskusja nie ma nonsensu - rzekła Pierwsza, która była autorem tej poezji. Mówi się, że nie ma sensu – napomniał je Tomek. Przecież to się śniło. A komu, komu? - pytała Trzecia z wielką ciekawością. Najtrudniejsze są rzeczy oczywiste do zauważenia – powiedziała Druga Piaskopani. Niczego nie mógł się od nich dowiedzieć. Gadały do siebie byle co, aby się pośmiać. Śmiały się również w nieodpowiednim miejscu. Przekręcały wyrazy, jak tylko się dało. I niczego nie kończyły. Były ciekawskie i wścibskie i nieustannie kręciły się wokoło siebie i swoich koleżanek. I wcale nie przejmowały się jego kłopotami. Raz mówiły coś ważnego, innym razem plotły trzy po trzy. Jak z tego bałaganu myśli i słów wyłowić to, co jest ważne? - Znasz pustynne przysłowie? - zapytała ją Druga, która najwyraźniej była najważniejsza. - Kto pyta, ten błądzi. - Chyba odwrotnie - wtrącił się Tomek.- Kto pyta, nie błądzi. - Zapytaj nas o drogę - zaproponowała Pierwsza - to się przekonasz. - Gdzie jest stąd wyjście? Wszędzie - rzekły trzy Piaskopanie jednocześnie. I wciąż wirując, zaczęły przykucać, a ich baniaste suknie zamieniały się na powrót w nieruchome pagórki, talie się wypełniły, głowy wpadły w ramiona i po chwili przed Tomkiem były tylko trzy pagórki z piasku, na których rosły roślinki na długich łodyżkach, wciąż rysujące koła na piasku ostrymi liśćmi. To, co mówiły Piaskopanie, rozpierzchło się jak piasek rozmieciony wiatrem. Tomek siedział jeszcze chwilę na piasku, usiłując uporządkować to, co się wydarzyło. Ale nie mógł niczego zrozumieć, zbyt wielki panował nieład i wszystko obracało się zbyt szybko. Wreszcie się podniósł i obracając we wszystkie strony, oglądał pustynię. Wszędzie był taki sam piasek, pagórki i roślinki okręcające się wokoło. Nie wierzył, że wyjście jest wszędzie. Mimo to w którąkolwiek by udał się stronę, tam samo nie było drogi. Po chwili wahania ruszył przed siebie, potem się obrócił i znowu zrobił kilka kroków – w tym kierunku również było przed siebie. Obracał się tak wiele razy i zawsze miał kierunek do przodu i przed siebie. Nie wiedział, co wybrać. Pełen rozterek i wahań zatrzymał się i był w samym środku swej niepewności na początku drogi.


ROZDZIAŁ VIII

KRÓLOWA PUSTYNI



- Wynoś się stąd - usłyszał nagle głosik. Był to cichy i cieniutki głosik, należący z pewnością do niewielkiej osoby. Rozejrzał się, lecz nie dostrzegł nikogo. - Idź stąd, potworze! - powtórzył piskliwy głosik, starający się brzmieć zdecydowanie i groźnie. Dobiegał z okolicy lewej stopy Tomka. Zauważył tam maleńką Jaszczurkę, stojącą na dwóch tylnych nóżkach. Przednimi łapkami ujęła się pod boki. Uniosła pyszczek i patrzyła gniewnie. W świetle słońca widział cieniutkie kosteczki pod przejrzystą skórą. - Dlaczego mnie stąd wyganiasz? -zapytał. - To jest moja pustynia! - krzyknęła co sił, ale z jej gardziołka wydobył się tylko cienki głosik. - Dlaczego jest twoja? - Bo należy do mnie. - Jaszczurka spojrzała na Tomka wnikliwie. - Ty również powinieneś mieć swoją pustynię, potworze. - A po co mi pustynia? - Każdy musi mieć swoją pustynię, albo coś takiego, potworze. - Dlaczego nazywasz mnie potworem? Zmierzyła go spojrzeniem z góry na dół i jeszcze raz z dołu do góry. - Ha! Ha! - zaśmiała się sztucznie.- On nie wie! Jaszczurka zaczęła uderzać o piasek ogonkiem jak zygzaczek, czekając, aż chłopiec zrozumie, co miała na myśli. Rzeczywiście, w porównaniu z Jaszczurką był potwornie olbrzymi. W tym właśnie momencie przytoczyły się ziarenka piasku i wirując, zaczęły się zamieniać w Piaskopanie. Jaszczurką, zacisnąwszy pięści, stanęła w postawie bokserskiej. -A masz! A masz! - zamknąwszy oczka, wymierzała ciosy w powietrze. Piaskopanie zawirowały i umknęły, zadowolone z żartu. Otworzywszy oczy, Jaszczurka otrzepała łapki i z triumfem rzekła. - Nikt ze mną nie wygra. - Po czym spojrzała na Tomka z dołu, lecz wyniośle i rzekła - Możesz tu zostać. Nie czekając na odpowiedź, zaczęła pracowicie wspinać się na niewielki pagórek piasku, który w porównaniu z nią był wysokim szczytem. Co zrobiła kilka kroków w górę, to osuwała się po piasku w dół, ale natychmiast się podnosiła i szła wciąż do przodu. Tomek poruszył ostrożnie stopą, mimo to piasek się osypał, spychając Jaszczurkę. Podniosła się zaraz i wyprostowawszy łapki zakończone małymi, przejrzystymi pazurkami, krzyknęła. - Uważaj potworze! Zrobiło mu się jej żal, więc pochyliwszy się ostrożnie, ujął ją delikatnie i położył na dłoni. Przyglądał się chwilę, jak słońce prześwituje przez jej delikatne ciało. Wyglądała jak zrobiona z kryształu. - Uważaj, potworze, bo mnie upuścisz! - krzyknęła dzielnie, lecz mimo to zadrżała. Trzymał dłoń szeroko otwartą, by jej nie urazić. Jaszczurka się opanowała i, rzuciwszy na Tomka groźne spojrzenie, stanęła na tylne łapki, mówiąc. - Nie myślisz chyba, że się przestraszyłam. - Oczywiście, że nie! - roześmiał się i ręka mu drgnęła, a Jaszczurka szybko wczepiła się pazurkami w brzeg jego dłoni. - Uważaj, potworze! - krzyknęła drżącym głosikiem.- Zaryczę na ciebie. - Podniosła się na tylne nóżki i otworzywszy szeroko pyszczek, zapiszczała - Rrr! Tomek opanował śmiech, by ręka mu znowu nie zadrżała. Patrzył na małe ząbki Jaszczurki, które nie mogły jej obronić. - Jak najszybciej postaw mnie z powrotem na piasku. - Dokąd idziesz, Jaszczurko? - Na szczyt! - odpowiedziała z dumą, wskazując niewielki pagórek tuż przed nimi. Dla Tomka było to kilka kroków, a dla małej Jaszczurki wielka wyprawa. Trzymając ją ostrożnie, wszedł na wzgórek i postawił na szczycie. Ale ona natychmiast stanęła na tylnych łapkach i, wziąwszy się pod boki, zapytała groźnie. - Dlaczego mnie tu wniosłeś?! - Chciałem ci pomóc. Uniemożliwiłeś mi wykonanie najszczytniejszego zadania, jakie mam w swym życiu do spełnienia - zaczęła przemawiać, stojąc wyprostowana. - Jest to moja służba i honor - wyprężyła się na baczność i tak stała przez chwilę, poczym zapytała. A jakie jest twoje zadanie? Moje? - zapytał zdziwiony Tomek. – Nie mam żadnego. - A ja żyję tylko po to, aby przez całe przedpołudnie wspinać się ku szczytowi pagórka, a resztę dnia poświęcać na schodzenie. - Nigdy nie bywasz zmęczona? - zdziwił się Tomek. - Owszem, ale mimo to nigdy się nie zatrzymuję i mówię do siebie: "Bądź dzielna, Elizo, odwagi, moja droga, na pewno sobie jak zwykle poradzisz". Mam na imię Eliza. Ładnie, prawda? Toteż zawsze dokładnie o godzinie dwunastej stawiam stopę na samym szczycie pagórka. Podnoszę wówczas dłoń do oczu i się rozglądam po okolicy. Sprawdzam, czy wszystko jest w porządku. To mój kawałek świata i ja za niego odpowiadam. Każdego dnia o tej samej porze biorę moją krainę w posiadanie, gdyż ona po to istnieje. Pustynia została usypana dla wypełnienia mojego zadania. Musisz sobie znaleźć taką pustynię, już mówiłam. - Czy kamienie na drodze są po to, abyśmy je omijali? - zapytał zdziwiony Tomek. - Oczywiście! - krzyknęła Jaszczurka. - Czy chciałbyś się o nie przewracać?! - Deszcz pada po to, aby się przed nim kryć? - Musisz kiedyś posiedzieć w domu, prawda?- zawołała Jaszczurka z wielką pewnością siebie. - Słońce świeci po to, aby nam było gorąco? - upewniał się Tomek. - Inaczej nigdy byś się nie rozbierał, to jasne! - upierała się Jaszczurka. - Po co więc są jaszczurki? - chciał się dowiedzieć Tomek. Jaszczurka rozejrzała się wokoło. - Są potrzebne po to, by mogły istnieć pustynie. Już ci o tym mówiłam. Stała na samym szczycie pagórka. Podniosła dłoń do oczu i spojrzała przed siebie, po czym obróciła się w drugą stronę, jej dumny wzrok sięgnął aż na kraniec pustyni, była o tym przekonana. Obracając się w cztery strony świata, wykonywała takie same gesty. Potem podniosła głowę do góry i, zasłaniając oczy, sprawdziła, czy słońce stoi tuż ponad jej głową. Była właśnie godzina dwunasta, więc przez moment trwała w milczeniu, gdyż wymagało tego wypełnienie zadania, a potem podjęła drugą część swego dzieła. Zaczęła schodzić z pagórka. Nie obejrzała się, zajęta wykonywaniem obowiązku. Jaszczurka dała mu wielką lekcję odwagi i wytrwałości. Pewna, że wszystko na świecie zrobiono specjalnie dla niej. Wykonywała zadanie, które było dla niej ważne.


ROZDZIAŁ IX

NUMERATORKI W NIEBIESKIE PASECZKI


Tomek zobaczył nagle, że w piasku coś błyszczy. Było to lusterko. Nagle lusterko drgnęło i zsypał się z niego piasek. Małe rączki napierały od spodu na taflę. Odezwały się również okrzyki zachęty. -Heej! Rraz! Razem, panowie. Lusterko uniosło się nieco, lecz zaraz opadło. -Kto je upuścił? - zapytał donośny głos. - Mówcie po kolei. -Siedemdziesiąty! - rzekł ktoś szybko. -Jestem na to zbyt leniwy, Dwudziestko - odpowiedział Siedemdziesiąty. -Zrobił to Trzechsetny, sam widziałem -rzekł szybko Setka. - Nie mogę wykonywać takich rzeczy, mam zbyt niski numer - szepnął Trzechsetny. -Ależ, panowie - odezwał się donośnie Jedynka. - Musimy to ustalić. Zapadła długa cisza. -Ono samo spadło! - odezwał się cienki głosik Trzysetki. - Zapamiętaj sobie Trzysetko raz na zawsze – rzekł donośnie Jedynka. – Nic nie dzieje się samo! - Wychodźmy, panowie. Heej, rraz! Podnoście! – zachęcały się głosiki. Chciał zobaczyć, jak wyglądają Numeratorki. Był tam Jedynka, mówiący donośnym głosem, Dwudziestka, który mówi szybko. Siedemdziesiąty, który jest leniwy, Setka, który daje szybkie odpowiedzi oraz Trzechsetny, który jest skromny z powodu swego niskiego numeru. Pochylił się nad lusterkiem i wtedy się okazało, że może przez nie zajrzeć do środka. Zobaczył schody, idące prosto w dół. Na każdym stopniu siedziało mnóstwo Numeratorków, ubranych w sweterki w niebieskie paski. Widząc Tomka, pochylającego się nad taflą lustra, podniosły buzie i przyglądały się, łypiąc oczkami. Na dole ktoś jest – odezwał się drżący głosik. -Jak zwykle fantazjujesz, Siedemsetny – rzekł Dwudziestka. Zapamiętaj raz na zawsze – rzekł donośnie Jedynka. – Musi być przyczyna. Trzeba to sprawdzić – rzekł rozsądnie Trzechsetny. Kto to zrobi? – zapytał donośnie Jedynka. Niech zrobi to Trzechsetny – rzekł szybko Setka. Jestem zbyt małą liczbą – zastrzegł Trzechsetny. Niech zrobi to Siedemdziesiąty – rzekł Dwudziestka. Jestem na to zbyt leniwy – przyznał się jak zwykle Siedemdziesiąty. Damy szansę małej liczbie– zadecydował Jedynka. – Idź, Siedemsetny. Muszę się najpierw pożegnać ze wszystkimi – rzekł odważnie Siedemsetny. -Do widzenia, Jedynko. -Do widzenia, Siedemsetny -Do widzenia. Drugi. -Do widzenia, Siedemsetny. Tomek się zastanawiał, jak długo będą trwały ich pożegnania. Ilu ich jest oprócz Siedemsetnego? Dwadzieścia tysięcy, a może osiemset trzydzieści dziewięć? A jeżeli o wiele więcej? Nieskończenie wiele? Czy istnieją takie liczby? Na przykład skończenie nieduża liczba? -Do widzenia, Ósmy. -Do widzenia, Siedemsetny. Słysząc kolejne pożegnania, Tomek zrozumiał, że będą trwały w nieskończoność. Podniósł lusterko do góry. Siedzące na schodkach Numeratorki spojrzały na niego. Po chwili jeden z nich łypnął niebieskim oczkiem. Potem łypnął jakiś inny. Siedemsetny i Dziewiąty właśnie podawali sobie ręce i tak zastygli. Bardzo grzecznie i po kolei, lecz nie kolejno, Numeratorki zaczęły wychodzić na powierzchnię Pustyni. Tomek próbował je z początku liczyć, ale była ich niezliczona ilość. Po prostu bez liku. - Dlaczego powiedziałeś, że jestem na dole? - zapytał Tomek. - Bo jesteś – odpowiedział donośnie Jedynka. - Przecież wychodziliście do góry! Z naszej strony jest inaczej– odpowiedział Jedynka. – Inne kierunki. Jakie kierunki? – zapytał Tomek. Zapytaj raczej, ile? – napomniał go Jedynka i od razu odpowiedział. – Tyle, ile jest nas. Wszystko robiło się coraz trudniejsze dla Tomka. Jak odnaleźć kierunek? Numeratorki wciąż wychodziły na powierzchnię. Miały sweterki w niebieskie paski i buzie pomalowane w paski fioletowe i różowe. -Panowie, do dzieła! – wezwał ich Jedynka. Wszystkie Numeratorki zaczęły brać po garstce piasku i przenosić w inne miejsce. Kręciły się we wszystkie strony, ale nigdy się ze sobą nie zderzały. Co wy robicie? – zdziwił się Tomek. – Co to za porządki? Ale nie słuchały, kręcąc się. Było ich naprawdę bardzo dużo, więcej niż najwięcej. - Ciekawe, ile trzeba Numeratorków, by przesypać cały piasek? Ale zanim zaczął się zastanawiać, usłyszał szum. Nasłuchiwał, szumiało coś naprawdę bardzo dużego. Tomek wbiegł na pagórek i zobaczył przed sobą morze. Było niebieskie i gładkie. Nie było na nim ani jednej fali. Tuż przy brzegu stał okręt. Tomek wziął olbrzymi zamach ramieniem i rzucił im lusterko. Lusterko upadło na piasek. Od razu gęsta fala Numeratorków zaczęła wpływać do lusterka. Niknęły w jego wnętrzu, łypiąc oczkami. A na brzegu szkła widać było niebieskie paski sweterków i buzie pomalowane na fioletowo i różowo. To, co Tomek usłyszał od Numeratorków, było takie dziwne i tak zupełnie odmienne od tego, co potocznie się wie! Ale nie mógł o tym myśleć, gdyż stał przed wielkim i niebieskim morzem. Jego nos wciągnął zapach wiatru i słonej wody. A to wszystko oznaczało jedno, wielką podróż i wielką przygodę, a więc dwie rzeczy, jakby powiedziały Numeratorki. Nie myślał teraz o tym, że coraz bardziej oddala się od tego, co powinien zrobić, i to nie jest dobrze. Czekała go wielka przygoda. Nadzwyczajna, przepiękna przygoda. Nie myślał o tym, co za nim. Pragnął przygody.


ROZDZIAŁ X

WIELKA PODRÓŻ


Tomek podbiegł do okrętu i wszedł po trapie na pokład. Nagle zauważył, że na pokładzie otworzyła się klapa włazu. W tej chwili z włazu wysunęła się mała łapka. Paluszki obmacały okrągły brzeg włazu, szukając zaczepienia, lecz nagle łapka się cofnęła. A wtedy Tomek usłyszał westchnienie - Ach, moja głowa. Dobiegało z wnętrza włazu. Po chwili z włazu wysunęła się głowa. Obwiązywał ją ręcznik złożony wzdłuż, zamieniony w ten sposób w kompres. Spod brzegu ręcznika wystawał spiczasty pyszczek Szczurka z sześcioma wąsikami, trzema po każdej stronie. Wąsiki stanęły na sztorc jak antenki, ale nie wyczuły żadnego niebezpieczeństwa, więc z powrotem przylgnęły gładko do pyszczka. Palce małej łapki uchwyciły brzeg włazu. Szczurek usiłował wygramolić się na pokład. Był jednak zbyt ciężki, a może jego przednie łapki były zbyt cienkie i za mało umięśnione, by go unieść. Zahaczył więc ostrożnie lewą nóżką o kant włazu i spojrzał, czy nie zadrapie się skóra na czerwonym buciku. Cofnął szybko nóżkę i po chwili wysunął prawą, również ubraną w piękny i nowy bucik z czerwonej skórki. Zahaczył obcasem o brzeg włazu. Obawiając się jednak, że może oderwać obcas, gdy się zaprze, szybko cofnął nóżkę. Aby się wydostać, Szczurek podskoczył, uchwycił się włazu łapkami, a nóżki w czerwonych bucikach zaczepił o brzeg i tak zawisł. Nie mógł zrobić żadnego ruchu, ani do góry, ani też w dół. Leżał jak drąg, a raczej jak dwa drągi położone na krzyż. Próbował podnieść się na rękach, były za cienkie i miały za słabe mięśnie. Usiłował zaprzeć się nóżkami, lecz bał się, że poniszczy czerwone buciki. Co wybrać? Czy wisieć tak, aż zmęczy się i spadnie, czy narazić się na zadrapanie skórki na bucikach? Biedny Szczurek! Wisiał tak dość długo, patrząc na swoje buciki, które były nowe. Tak bardzo było mu ich żal. Pot zaczął skapywać Szczurkowi spod ręcznika, tak ogromnie wysilał swoje cieniutkie mięśnie na przednich łapkach. W końcu znieruchomiał i przygotowywał się na najgorsze, to znaczy na bolesny upadek na twarde i żeberkowane poszycie statku. Tomek zrozumiał, że Szczurek nie wydostanie się na pokład o własnych siłach. Podszedł więc po cichu i wydobył mu prawą nóżkę z włazu, i oparł ją na pokładzie. Szczurek poczuł pod nogą twarde deski. Przesunął się nieco za nóżką i wreszcie wygramolił się na pokład. Leżał jeszcze chwilę, dysząc i wypoczywając. Wcale nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś mu pomógł, i nie widział Tomka, gdyż kompres z ręcznika osunął mu się na oczy. Po chwili się podniósł, rozprostował szeroko ramiona jak ktoś szczęśliwy, i wolny, lecz zaraz jęknął. Ach, moja głowa – i dotknął łapką kompresu. Ręcznik dawno wysechł na słońcu i nie był już kompresem, nie chłodził obolałego czoła Szczurka. Ciekawe, dlaczego tak bolała go głowa? Na co przykłada się zimny kompres? Szczurek ruszył przez pokład do przeciwnej burty, by zmoczyć ręcznik w morskiej wodzie. Gdy zrobił krok, czerwony bucik uwiązł w szparze. Gdy z trudem wyciągał nogę, kompres zsunął mu się na oczy. Potem zrobił następny krok i znowu stało się tak samo. W ten sposób Szczurek przeszedł w poprzek przez cały pokład. Zatrzymał go reling. Oparł się brzuszkiem i macał łapkami w powietrzu, by natrafić na linkę relingu. Gdy ją namacał, uchwycił się jej kurczowo. Drugą łapką ściągnął z głowy ręcznik, przechylił się poza reling i zamoczył ręcznik w wodzie, poczym wyprostował się i jedną łapką obwiązał ręcznik naokoło głowy. Dopiero wtedy odetchnął, jakby miał za sobą wielki wyczyn. Chwilę odpoczywał, lecz nagle coś sobie przypomniał. Spod kompresu nieomal zasłaniającego oczy wpatrywał się w brzeg morza z wyraźnym niepokojem. Podniósł łapkę do góry i narysował w powietrzu linię, ciągnącą się od brzegu. Linia przechodziła wprost przez środek jego głowy. Odskoczył w bok. Tomek zdążył zobaczyć, że Szczurek ma na czole porządnego guza i dużego siniaka. Kiedy Tomek do niego podszedł, Szczurek zasłonił głowę ramionami i krzyknął. A, krzesło! A więc tak daleko sięgały straszne porządki Złej Kucharki, która wyrzucała krzesła. Czy wiesz, ile jeszcze w kuchni zostało krzeseł? – zapytał Szczurek. Tomek nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie chciał kłamać, mówiąc, że odważył się wejść do kuchni. Nie mógł się również przyznać do swego braku odwagi. Szczurek przechylił głowę na ramię i spod kompresu spojrzał w oczy Tomka. Nie wszedłeś do kuchni, prawda? Nie – odrzekł cicho chłopiec. Bałeś się, wiem. I zanim Tomek zdążył cokolwiek powiedzieć, Szczurek rzekł. – Posłuchaj mojej strasznej historii. Muszę ją komuś opowiedzieć, by wyrzucić ją z siebie i ulżyć sercu. Było to tak. Mieszkałem w bibliotece. Najczęściej przesiadywałem na półce z naukowymi dziełami. Były to księgi rachunkowe. Pamiętam ich chrupiące okładki – Szczurek oblizał się na wspomnienie. – Pamiętam również tytuły dzieł: „Jak zostać rachmistrzem w trzy godziny”. To było znakomite dzieło. Jakie mięciutkie, jak dobrze się trawiło kruszące się kartki. Cudowne popołudnia w cichej bibliotece. Te godziny zmitrężone nad dziełami – wspominał Szczurek z westchnieniem. – Czy kiedyś powrócą? Czy znowu zaznam smaku gazetowego papieru, na którym były drukowane? A ten upojny zapach farby drukarskiej, jakże nęcił nozdrza, jak dodawał aromatu. Ciche i samotne godziny nad dziełami w bibliotece, gdy już wszyscy odeszli. Szczurek zamilkł, rozkoszując się wspomnieniami. Czy nie masz jakiejś książki? – zapytał znienacka. – Tak uwielbiam studia. Tomek pokręcił przecząco głową. Może chociaż skrawek gazety? Tomek znowu pokręcił przecząco głową. Choćby jedną kartkę, może być nie zapisana – nalegał Szczurek. – Chciałbym znowu poczuć się uczonym. Przypomnieć sobie chrzęst rozgryzanej okładki, zlizywać okruszki z wąsów. Czy kiedyś powrócą te piękne dni? Wiek strawiłem nad dziełami. Swoje młode lata. Aż pewnego dnia zaszedłem nieopatrznie do kuchni. Uczony, zagłębiony w studiowaniu dzieł, nie zwróciłem uwagi na to, że w kuchni jest Zła Kucharka. „Szczur! – wrzasnęła. – Gamoniu, wyrzuć to wstrętne zwierzę”. Na mnie tak powiedziała. A Gamoń, jak to Gamoń. Pochwycił mnie za, za, za... – Szczurek nie mógł wypowiedzieć tego strasznego słowa. – Zamachnął się. Gamoń jak to Gamoń i wyrzucił mnie za, za, za... – To zbyt straszne na moje stargane nerwy. Tak postąpić z osobą uczoną! – Szczurek zamilkł i zamyślił się nad swym losem. Ale co z tym krzesłem? – przypomniał Tomek. – Nadleci i znowu cię walnie w czoło. Będziesz miał drugiego guza i jeszcze większego siniaka. Czy mam cię pochwycić za ogon, jak zrobił to Gamoń, i wrzucić do włazu? Tomek czasami zachowywał się bardzo gruboskórnie. Nie zwracał uwagi na innych, nie oszczędzał ich uczuć, zależało mu na tym, aby odpowiedzieć na pytanie, kiedy ponownie będzie przelatywało krzesło, wyrzucone z kuchni silną ręką Złej Kucharki. Gardło Szczurka poruszyło się, a wąsiki opadły. Wreszcie zdołał przełknąć zniewagę. Szczurek jęknął – Ach, moja genialna głowa. Wykręcił się od odpowiedzi, a krzesło mogło w każdej chwili nadlecieć. Duże i ciężkie krzesło, bardzo niebezpieczne i szybkie. Musimy stąd odpłynąć – rzekł zdecydowanie Tomek. Zrozumiał, że nie może liczyć na współpracę Szczurka. Obraził go, zadrasnął jego uczucia, ośmieszył go, przypominając, ze został potraktowany jak pierwszy lepszy szczur domowy, a nie jak uczony, który trawił w bibliotece, młode lata oczywiście. Trzeba działać, i to szybko. Nie ma czasu na rozmowy i rozmyślania. W maszynowni mieszkają Straszydłaki – ostrzegł go Szczurek. Ta wiadomość zatrzymała Tomka w miejscu. Lecące krzesła niosły ogromne niebezpieczeństwo, mogły w każdej chwili nadlecieć, nawet w dużej ilości i zatopić okręt, a nawet nabić na czole porządnego guza, co było straszne, jednakże Straszydłaki były straszniejsze. Co tu robić? Chłopiec był w okropnej rozterce. Było mu jednocześnie przykro i wstyd, że tak ośmieszył Szczurka. Chciał mu to jakoś wynagrodzić. I nie mógł oczywiście dopuścić do tego, aby krzesło pokaleczyło małe zwierzątko. Tyle przeżył strachu, a teraz jeszcze czyhają na niego Straszydłaki w ciemnej i pustej maszynowni. Jak rozwiązać tę sprawę? Tomek przypomniał sobie Żółwia i jego filozofię. Jeżeli zamknie oczy, nie będzie Straszydłaków. One znikną. Tak powiedział Żółw. Jego filozofia, której nie mógł zrozumieć, była jednak wartościowa. Może więc zastosować tę z zasad, którą może i rozumie. Tomek podszedł blisko do włazu prowadzącego w dół, do ciemnej maszynowni. Uchwycił się żelaznej barierki i zacisnąwszy mocno powieki, zaczął schodzić po schodkach.


ROZDZIAŁ XI

RODZINA STRASZYDŁAKÓW


Maszynownia była małym, zupełnie ciemnym pomieszczeniem. Stała w nim maszyna. Miała równe tłoki i lśniące cylindry. Tłoki jednak nie poruszały się w górę i w dół wewnątrz cylindrów. Nie tłoczyły pary. Para nie poruszała okrętu. U dołu olbrzymiej maszyny było otwarte palenisko, w którym czerwono żarzył się węgiel, ale nie strzelał płomieniami. Obok maszyny, w drewnianej skrzyni na podłodze leżały bryły czarnego węgla. O skrzynię stała oparta łopata. Wystarczyło wziąć łopatę, dorzucić węgla do paleniska, by buchnął ogień i ogrzał wodę w kotle. Woda się zagotuje, wytworzy się para, którą tłoki wtłoczą do cylindrów. Okręt wtedy popłynie. Tomek sięgał już ręką po łopatę, gdy nagle zobaczył coś w ciemności. Straszydłaki. Rodzina Straszydłaków była bardzo liczna. Składała się z prababek i pradziadków, po których następowały babcie i dziadkowie. Po nich następowały ich dzieci, które już stały się ojcami i matkami. Z kolei one miały mnóstwo dzieci, dużych, średnich i zupełnie małych. Cała rodzina siedziała w kątach, zajmując je od podłogi do sufitu. Prababcie i pradziadkowie siedziały w najgłębszych kątach, ich dzieci, będące już babkami i dziadkami umieściły się nieco wyżej, ich dzieci, będące ojcami i matkami, jeszcze wyżej, a dzieciaki poprzyklejały się do sufitu jak purchawki. Straszydłaki rozłożyły się w kątach, robiąc zapamiętale na drutach. Jako surowiec służyła im miękka i przyjemna ciemność, którą przędły i zwijały na motki. Ubierały się w ciemność jak w sukienki, swetry i płaszcze. Prababcie i pradziadkowie zbierali ciemność w duże kosze. Babcie i dziadkowie robili na drutach palta, ich dzieci będące już ojcami i matkami, robiły swetry i sukienki. Dzieci małe, średnie i duże zajmowały się nawijaniem ciemności na kłębki i układaniem w stosy. Dzieci zupełnie małe siedziały rodzicom na kolanach i odwijały wełnę ciemności z kłębków. Wszyscy mieli mnóstwo pracy, gdyż rodzina była bardzo liczna, a wzory ciemności szybko wychodziły z mody. Należało wciąż wymyślać nowe, jeszcze ciemniejsze. Byli zadowoleni z tego, że mieszkają w miłym miejscu. Dobrze czuli się w ciemności, która była ciepła i otulała ich ze wszystkich stron. Cieszyli się z tego powodu, że są razem i zajmują się pożyteczną pracą. Kiedy zobaczyli Tomka, przestali robić na drutach. Dzieci wtuliły głowy w kolana rodziców. Matki i ojcowie narzucili szale na głowę. Babcie i dziadkowie powtykali głowy do pudełek wypełnionych ciemnością i powiedzieli sobie, że za nic w świecie ich nie wyjmą. Bali się go ogromnie. A jeżeli napali w palenisku i stanie się jasność? To ich zabije. Blask był dla Straszydłaków zabójczy. Bały się go jak ognia. - Jest tu ktoś? - zawołał Tomek półgłosem. Nikt nie odpowiedział, każdy się bał. Mały Straszydłak wyjrzał zza kłębka wełny i tak się przeraził widokiem chłopca, że potrącił kłębek, a ten się potoczył i ciemność zaczęła się rozwijać. Tomek przestraszony pochwycił łopatę i dorzucił węgla do paleniska. Buchnął ogień i zrobiło się widno. Maszyna zaczęła pracować, statek ruszył do przodu. Zrzedła ciemność, z której były zrobione ubrania Straszydłaków i cała rodzina została tylko w przejrzystych koszulkach. Dygotali z zimna. Jednak ucieszyli się, że przeżyli pierwszy atak blasku, i rzucili się sobie w ramiona. Potem Straszydłaki usiadły skulone w resztkach ciemności, podciągając kolana pod brodę. Patrzyły, czy chłopiec zamierza dorzucić jeszcze jedną łopatę węgla. Obawiały się, że nie przeżyją kolejnego ataku jasności. Ojciec Straszydłaków postanowił ratować rodzinę. Zdecydował, że musi poświęcić się dla dobra wszystkich i wyjść z kąta, narażając się na zamarznięcie. Poprosi Tomka, aby już więcej nie pracował. Toteż wstał i zbliżał się powoli, gdyż czuł, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Musiał jednak znaleźć w sobie siły ze względu na dobro całej rodziny. Tomek zobaczył, że ktoś wychodzi z ciemnego kąta, lecz nagle się zatrzymuje. Straszydłak nie mógł ze strachu postąpić ani kroku, ani wypowiedzieć swojej prośby. Tomka sparaliżowało przerażenie. - Bboję się - powiedział szeptem. - Bboję się - powtórzył ojciec Straszydłak. - Cieciebie się boję - powiedział Tomek. - Cieciebie się boję - powtórzył ojciec Straszydłak, gdyż czuł to samo. - Nnie strasz mnie - powiedział Tomek. Nnie strasz mnie - powtórzył ojciec Straszydłak. Tomek pochwycił łopatę i dorzucił bryłę węgla. Zrobiło się jasno. Chłód objął natychmiast ojca Straszydłaka. Jego ciało zrobiło się sztywne i trzeszczało od mrozu. Jego tułów pękał jak zrobiony ze szkła. Ręce i nogi kruszyły się. Oczy Straszydłaka wpatrzone w Tomka zrobiły się bardzo smutne. Już chyba nigdy nie zobaczy swej rodziny i nie wtuli się w ciepłą ciemność. Tomek nagle przestał się bać i z całej siły odepchnął od siebie Straszydłaka. Ojciec Straszydłak wpadł do kąta, gdzie ciemność była gęsta i ciepła. Cała rodzina natychmiast go otoczyła. Babcie okryły go wełnianymi swetrami, dzieci średnie zaczęły mu rozcierać ramiona, a duże dzieci masowały mu nogi. Powoli ostre igły chłodu zaczęły się roztapiać w ciele ojca Straszydłaka. Po chwili otworzył oczy i uśmiechnął się blado. Wszyscy błysnęli oczami z radością, a małe dzieci Straszydłaki położyły u jego boku to, co miały najcenniejszego, swoje kłębki wełny powiązane w taki sposób, że utworzyły miłe misie przytulanki. Ojciec Straszydłak rozgrzał się, przytulił misie i wszystkie swoje dzieci. A cała rodzina powróciła z powrotem do swej pracy, którą tak lubiła. Prababcie wyjęły głowy z pudełek i zaczęły do nich wkładać motki ciemności, a pradziadkowie zabrali się do robienia swetrów. Babcie wymyślały nowe wzory, a matki przędły wełnę na cienkie nici. Wszyscy się cieszyli jej pięknym, czarnym kolorem, puszystością i ciepłem. Tomek zamknął drzwiczki od paleniska i wybiegł na pokład. Już dobijali do brzegu. Tomek podbiegł do schodków i szybko zbiegł na piasek. Zbiegając, usłyszał odgłos zatrzaskiwania pokrywy włazu. To Szczurek bez pożegnania wskoczył do włazu i zatrzasnął za sobą pokrywę. Nie mógł mu wybaczyć tego okropnego upokorzenia. Tomek to rozumiał, ale o tym już nie myślał. Nagle w powietrzu od strony przeciwległego brzegu nadleciało krzesło. Musiało to być krzesło, bo tego się spodziewali i o tym rozmawiali przed chwilą ze Szczurkiem. Krzesło było bardzo duże, nawet jak na krzesło kuchenne, które zawsze stoi w kącie przy drzwiach i każdy może na nim usiąść. A ono stoi tam od niepamiętnych czasów, kiedy to jeszcze nasza babcia była młodą dziewczyną i szykowała się do ślubu. W tamtych czasach robiono wszystkie rzeczy bardzo duże i ciężkie, szczególnie meble, które miały być ślubnym prezentem i służyć przez całe życie i dłużej. Tomek tylko pobieżnie rzucił okiem na krzesło i rzucił się do odpychania okrętu od brzegu. Krzesło nie może spaść na pokład. Było tak ciężkie, że może przełamać pokład na pół. Coby się stało ze Szczurkiem? Okręt powoli odsuwał się od brzegu. Nie miał jednak pary w tłokach, by płynąć szybciej. Szczurek był w maszynowni. Być może pochwycił łopatę i zaczął dorzucać węgiel. A jeśli jego mięśnie na przednich łapkach były zbyt słabe, by udźwignąć łopatę? Szczurek wiedział, że blask zabije Straszydłaki i postanowił zaryzykować. W ten sposób oddawał swoje życie za życie rodziny Straszydłaków. Tomek o tym wszystkim nie myślał i może nie wiedział, chciał tylko ratować Szczurka i ocalić piękny okręt, który miał przed sobą jeszcze wiele wspaniałych przygód na toni Niebieskiego Morza.


ROZDZIAŁ XII

WIERNY KAPEĆ


Krzesło lecąc, znalazło się już nieomal ponad pokładem okrętu. Na czterech rogach tego rzekomego krzesła rozpościerały się na boki cztery grube kończyny. Krzesło chyba się rozprostowało, leżąc na brzuchu. Krzesło odziewał niebieski mundur tak mocno opięty, że rozciągnęły się dziurki od guzików. Z przodu krzesło miało wąsy. Wytrzeszczało niebieskie oczy, patrząc z przerażeniem. - Ty nie jesteś chyba kuchennym krzesłem? - krzyknął Tomek, lecący nie przypominał krzesła, nawet rozprostowanego. -Jestem Odźwierny! - odkrzyknął lecący. - Z drogi! Nie umiem kierować! Przed nim w powietrzu nikogo nie było. -Skręcaj! - krzyknął Tomek. – Bo spadniesz na pokład! - W którą stronę?! - odkrzyknął Odźwierny, obracając oczami naokoło. - Wszystko jedno! - Tomek tupnął, krzycząc - Prędzej! Lecący wytrzeszczył oczy, by zobaczyć, gdzie się znajduje ten kierunek. -Nie wiem, jak się skręca we wszystko jedno - odkrzyknął z góry Odźwierny. Tomek złapał się za głowę i pobiegł przed siebie. Odźwierny jednakże jakoś zakręcił we wszystko jedno i skierował się w stronę głębokiego morza. Okręt był ocalony. Tomek odetchnął i odjął ręce od głowy. Zobaczył jednak, jak bardzo jest ciemna woda tuż pod brzuchem lecącego Odźwiernego. Woda była tak granatowa, że nieomal czarna. Jakże musiało być tam głęboko! Odźwierny zaraz spadnie do tej głębokiej wody. Gruby i ciężki Odźwierny utonie. Jego mundur nasiąknie wodą, nasiąkną wodą jego wąsy, a ciężkie srebrne guziki pociągną go w głębię. Tomek nie morze do tego dopuścić. - Hamuj! Hamuj! – zaczął wrzeszczeć. Podskakując, machał ramionami ponad głową. Odźwierny nie pamiętał, która noga naciska pedał gazu, a która hamulec, toteż pochylił głowę, by popatrzeć na swoje stopy i sobie to przypomnieć. Przechylił się do przodu, obrócił się wokół siebie i zaczął koziołkować w powietrzu. Zaraz spadnie. Na szczęście już był ponad piaszczystym brzegiem. Wprawdzie minęło niebezpieczeństwo utonięcia, ale gruby i ciężki Odźwierny uderzy silnie o brzeg. Na pewno się potłucze. -Głowa między kolana! – krzyknął Tomek. W ostatniej chwili Odźwierny pochylił się, wsunął głowę pomiędzy kolana i objął je ramionami. W takiej pozycji spadł na piasek. Piasek był miękki. Odźwiernemu nic się nie stało. Leżał tak przez chwilę, a potem zaczął obmacywać głowę, byłą cała. Pomacał kolana, były dwa. Nogi kończyły się stopami jak przed upadkiem. Wreszcie Odźwierny pomacał swoją twarz, wszystko było na miejscu. Dotknął palcami powiek i wtedy otworzył oczy. Zrozumiał, że żyje. Siedział przez chwilę oszołomiony i rozglądał się, mrugając. Kiedy się podniósł, zaczął dreptać wokoło, człapiąc jedynym kapciem, z przydeptaną piętą. Na piasku odbijał się ślad jego stopy w kapciu. Był szeroki i płaski. Drugi ślad pozostawiła bosa stopa. Był głęboki i wąski. Odźwierny się zatrzymał i pochyliwszy się nad śladami stóp, przyglądał im się przez chwilę z wyraźnym smutkiem. -Nie wiem, dlaczego mnie opuścił – rzekł z westchnieniem. Poczym stanął twarzą do morza. Zrobił z dłoni daszek nad oczami i podniósł głowę do góry. Wypatrywał czyjegoś przylotu. Jednakże nadaremnie. Znowu zaczął chodzić wzdłuż brzegu morza, zostawiając na piasku ślady. Założył ręce za plecy, jakby się nad czymś zastanawiał i od czasu do czasu kiwał głową, jakby się z czymś godził. Przeszedł tak kilka razy w tę stronę i z powrotem, aż wreszcie stanął przed Tomkiem. -Opuścił mnie – rzekł ze smutkiem. -Kto?- zapytał Tomek. -Tyle lat byliśmy razem – westchnął Odźwierny.- Jak on mógł mi to zrobić? Odźwierny przeżywał ciężką stratę. Usiadł na piasku i zdjął z nogi kapcia. Przysunął go do oczu i patrząc na niego, rzekł – Powiedz, jak twój brat mógł mi to zrobić? Ale Drugi Kapeć tylko zmarszczył nos, myśląc nad odpowiedzią. Tomek zrozumiał, że podczas lotu spadł kapeć z nogi Odźwiernego, a ten nie mógł zapomnieć straty. Odźwierny się podniósł i trzymając kapcia przytulonego do piersi, zapatrzył się w sine morze. Po długiej chwili powiedział. - Teraz mogę spełnić swoje marzenia. Zawsze chciałem podróżować.- Zamilkł i po chwili rzekł. – Ale jednak serce mnie boli. Całe życie byłem Odźwiernym Lubiłem siedzieć na krześle przy bramie. -Zostałeś po prostu wyrzucony jak stare krzesło?- zapytał Tomek. Był zły, że Odźwierny zachowywał się tak egoistycznie. Myślał o swoim starym kapciu i nawet nie zauważył, co ważnego zrobił dla niego Tomek. A może ten kapeć miał zupełnie inne znaczenie, niż Tomek sądził? Może przypominał mu wszystkie dni spędzone w szczęściu przy bramie, kiedy czekał na gości? Zgubił go i utracił tamto życie, które dotychczas wiódł. Odtąd będzie inaczej, może ciekawiej, ale przyszłość zawsze kryje różne niespodzianki, co do których sądzimy, że nie damy sobie rady. Taki właśnie niepokój i niepewność zalęgły się w umyśle Odźwiernego, a tęsknota za starym kapciem była tego wyrazem. -Marzyłem – zaczął Odźwierny swoją historię - aby stać się niezwykłym człowiekiem i przeżywać czarodziejskie przygody. I teraz moje marzenie może się spełnić. Powinienem być szczęśliwy– mówiąc tak, Odźwierny otarł łzę, która kapnęła mu na wąsy. -Czujesz się rozdarty – zrozumiał Tomek. -Kochałem swoje codzienne przyzwyczajenia- powiedział Odźwierny. - Lubiłem człapać po płaskich kamieniach dziedzińca w jedną stronę i potem w drugą, czekając na Żółwia. Lubiłem mówić: „Proszę wejść, otwarte”. -Może Kucharka chciała wyrzucić tylko krzesło i nie zauważyła, że na nim siedzisz – rzekł Tomek.- To oczywiste- dodał, bo lubił proste wyjaśnienia i chciał go jakoś pocieszyć, mimo że Odźwierny myślał tylko o sobie. Odźwierny potwierdził skwapliwie. -Kiedy Kucharka robi porządki, wyrzuca, co jej się nawinie pod rękę. Nie chciał powiedzieć, że został wyrzucony, wstydził się przyznać. -Teraz mogę przeżywać przygody – rzekł. – Jednakże kiedyś powrócę na zawody w wycinaniu dziurek z Żółwiem. Tomek chciał zapytać, na czym polegają zawody w wycinaniu dziurek, był bowiem bardzo ciekawy wszystkiego. Ale Odźwierny znowu uronił łzę, gdyż kochał swoją przeszłość, z którą nie mógł się na zawsze pożegnać. Nagle w powietrzu ukazała się mała, czarna kulka. Zbliżała się szybko, powiększając. Kiedy się zbliżyła jeszcze bardziej, nabrała kształtu, okazało się, że jest to Pierwszy Kapeć od pary. Zobaczywszy Odźwiernego, kapeć zmarszczył z zadowoleniem nos, zezując w dół. Wypuściwszy z siebie powietrze z głośnym pufnięciem, zaczął powoli opadać jak jesienny liść, by wylądować tuż obok swego brata od pary. Ująwszy go w locie, Odźwierny przyjrzał mu się ze wzruszeniem, po czym usiadł na piasku, tuląc do piersi swego wiernego kapcia o pomarszczonym nosie. Po chwili nałożył go na stopę. Poruszył palcami, by sprawdzić, czy jest mu tak samo wygodnie jak przedtem. Potem się podniósł i ruszył przed siebie. Tomek pozostał sam na brzegu morza. Stał przez dłuższą chwilę i spoglądał za odchodzącym Odźwiernym którego sylwetka robiła się coraz mniejsza, aż wreszcie stała się tak niewielka jak ciemna plamka, która i tak po chwili rozpłynęła się w powietrzu. Chłopiec stał długo, by powstrzymać łzy, a potem ruszył w stronę przeciwną.


ROZDZIAŁ XIII

ZMARMURZAŁE BOGINIE


Kiedy Tomek poszedł w tamtą stronę, zauważył, że stoi przed dwoma wysokimi posągami. Jeden przedstawiał piękną boginię, a drugi równie piękną Nimfę. Wiatr lekko wzdymał ich szaty, bo i wiatr był wyrzeźbiony. Posągi stały naprzeciwko siebie. Tomek już zamierzał przejść na drugą stronę. - Gdzie się pchasz? - usłyszał głos dobiegający z góry od posągu. Marmurowe oczy bogini skierowały marmurowy wzrok prosto na Tomka i ciskały na niego marmurowe promienie gniewu. Marmurowe usta rozchyliły się i lekko wykrzywiły w marmurowym, różowym gniewie. Bogini trzymała w ręku tabliczkę pokrytą woskiem. Na powierzchni pokrytej woskiem były napisane litery. Uniósłszy ramię, pacnęła Tomka tabliczką w głowę. - Co tam mamroczesz?! – zapytała marmurowo. Nie czekając na wyjaśnienia, dodała. - Musisz natychmiast nauczyć się prawidłowej wymowy. Musisz stać się człowiekiem, ty nieokrzesańcze! Kiedyś to docenisz i podziękujesz mi za to, co zrobiłam dla ciebie. Zwracając się do mnie, układaj usta starannie, bo nie znoszę bełkotania. Jestem Retoryką, pilnuję praw mowy. Jeśli chcesz zadawać pytania, musisz umieć mówić. Powiedz: „a". -„Aa" - rzekł szybko Tomek, bo chciał jak najszybciej wypełnić rozkazy i umknąć. - Nie mów „aa", lecz „a" - napomniała go bogini Retoryki. - „A" - wymówił szybko Tomek. Bogini podniosła ramię i z rozmachem uderzyła go tabliczką w głowę. Źle! Ćwicz, najpierw samogłoski: a, e, o, u, i, y, ę, ą. Jeszcze raz! Dwa razy! Sto razy! Tysiąc razy: a, e, o, u, i, y, ę, ą. Powtarzając uderzała kantem dłoni o tabliczkę, wystukując rytm. - Praca i jeszcze raz praca, czyni mistrza. Mistrzowie wiedzą wszystko. I nie zadają pytań. - Nieprawda! - dobiegł głos z tyłu. Tomek się obejrzał. Głos dobiegał z ust drugiego posągu. Był on również marmurowy i jego zaprzeczenie było również marmurowe. Posąg przedstawiał Nimfę. Trzymała prostokątne płytkę ze srebra, która została tak wypolerowana, że stała się lusterkiem. Nimfa przyglądała się swemu odbiciu i podziwiała marmurową urodę własnej twarzy. - Gdy zobaczysz piękną twarz, wiesz wszystko i nie zadajesz pytań – powiedziała z marmurową pewnością siebie. Tomek odsunął się na wszelki wypadek. Rzeczywiście Nimfa była zachwycająca, ale nie wiadomo, czy nie przyłoży mu srebrnym lusterkiem. - Przyznaj, że jestem najpiękniejsza - rozkazała. Odwróciła się bokiem do lustra, by obejrzeć ramiona. - Czy wiesz, że jestem zbudowana według złotej miary? - Nie. Aby poznać prawa rządzące pięknem, powinieneś zacząć od studiowania mojej stopy – uniosła nogę i wysunęła stopę spod tuniki, podsuwając mu ją pod oczy. - Zwróć uwagę na to, że nie jest ani za duża ani za mała. Przekręciła ją w bok, by mógł dokładnie obejrzeć. - Oto kostka u nogi, zbytnio nie sterczy ani nie jest płaska. - Po prostu, średnia – uściślił Tomek, gdyż czasami lubił wszystko nazywać, szczególnie wtedy, gdy to nie było zbyt grzeczne. - Nie waż się tak mówić! - krzyknęła Nimfa i kopnęła go z rozmachem. - Moja stopa jest doskonała! Przewrócił się, a ona dwoma marmurowymi palcami ujęła go za kark i uniosła aż do wysokości swej marmurowej twarzy. - Zacznij studiować piękno. Poznasz wieczne pytania i wiecznie odpowiedzi. - Nie mam aż tyle czasu - zaoponował Tomek - chcę powrócić do domu. - Cicho bądź! - krzyknęła na nią Retoryka. - Naucz się mówić! - rozkazała Tomkowi. - Będziesz człowiekiem. Powiedz: "a". - Ćwicz! Wargi lekko zaokrąglone. Wyciągnąwszy ramię, wyszarpnęła Tomka z ręki Nimfy. Jej palce były o wiele bardziej marmurowe. -Milcz! - krzyknęła na nią Nimfa. - A ty weź natychmiast sznurek i zacznij pomiary mojej stopy! – rozkazała Tomkowi. Tomek przypomniał sobie, że Piaskpanie pytały go, czy ma sznurek. Jakby by się teraz mu przydał. Zacząłby zdejmować pomiary stopy bogini, co by ją na pewno udobruchało. A teraz jego życie było w niebezpieczeństwie, i to z powodu braku kawałka sznurka! Tymczasem Nimfa, nie czekając na odnalezienie sznurka, jednym ruchem wyrwała chłopca z rąk Retoryki. Trzymając wysoko ponad ziemią, potrząsnęła nim, trzymając za kark, a on zwisał w jej marmurowych palcach. - Oddaj mi go! - rozkazała Retoryka. - Muszę nauczyć go wymowy. - Najpierw ma przyznać, że jestem doskonała i zdjąć moje wymiary! - krzyknęła Nimfa. Retoryka wyszarpnęła Tomka z palców Nimfy swymi o wiele bardziej marmurowymi palcami. Trzymając go ponad ziemią, potrząsała nim jak szmacianą kukiełką. -Puść go! - krzyknęła Nimfa i popchnęła Retorykę, ta rozwarła palce, a on runął na ziemię, jak strącony z nieba przez bogów, czy raczej boginie. Upadł na piasek i nie czekając na dalsze przejawy humorów jednej i drugiej bogini, szybko odczołgał się na bok. Boginie mierzyły się marmurowym wzrokiem z marmurową wściekłością. Zaczęły się kołysać na swoich postumentach, co wydawało ogromny łoskot. Zanosiło się na porządną burzę. Co to będzie, jak zaczną walczyć ze sobą?! Jakiż będzie łomot i hałas! Będzie strasznie! Tomek chciał już powiedzieć, że będzie się uczył prawideł pięknej wymowy i odtąd naprawdę przyłoży wszelkich starań do starannego wymawiania wymowy. Czuł, że coś mu się pomyliło i na pewno byłby skracony, skrócony, och nie, skarcony przez boginie. Podniósł nawet grzecznie do góry dwa palce, jak to robi się w klasie, ale było za późno! Postumenty kołysały się niebezpiecznie i bardzo głośno. Zaperzone boginie ani nie słyszały, ani nie dostrzegały Tomka i jego skruchy. Już miały ruszyć na siebie i rozpocząć walkę na śmierć i życie, gdy nagle rozległy się dziwne stukotania. Boginie odwróciły swe marmurowe głowy i skierowały swój marmurowy wzrok w tę samą stronę. Marmurowe ramiona uniesione do bójki znieruchomiały. Marmurowe piąstki zaciśnięte do zadawania razów zamieniły się w marmurowe bryłki. Boginie zamieniły się z powrotem w marmurowe posągi, zastygając z uniesionymi ramionami i wykrzywionymi ustami, z marmurowym niesmakiem na wargach. A wtedy Tomek również usłyszał odgłos kroków po twardej ziemi.


ROZDZIAŁ XIV

MAJERANEK POETYCKI

Stukały po ziemi kopytka. Były to drobne kroczki. Jednak po chwili zamieniły się na dłuższe susy, jakby ktoś skakał. Wtedy słychać było okrzyk. - No, hyc! - biegnący ponaglał się do większego wysiłku. Z pewnością skok wymagał dużej odwagi. Znowu zastukotały kopytka. Tym razem, jakby ktoś wybijał rytm. Biegnąca niewidoczna osoba zaczęła tańczyć, biegnąc. Wystukiwała raz szybszy, raz wolniejszy rytm. Po chwili biegnąca niewidoczna osoba złapała rytm, w jakim chciała biegnąc, tańczyć. Były to trzy szybkie i małe kroczki: tup, tup, tup. A potem cztery dłuższe kroczki: stuk, stuk, stuk, stuk. Wtedy słychać było okrzyk. - No, hyc! – i biegnący skakał. Tomek był bardzo ciekawy, kto biegnie, tańcząc i skacząc. Znowu usłyszał szybkie i małe kroczki: tup, tup, tup, a potem cztery dłuższe: stuk, stuk, stuk, stuk i wtedy dobiegł go okrzyk. - No, hyc! I skok! Długi, bardzo długi skok! Zza posągów wyskoczyła kosmata postać. Cztery kopyta były wyprostowane sztywno. Ogon sterczał z tyłu w linii poziomej. Z przodu był duży łeb. Był to Kozioł. Na ramionach powiewała mu dumnie czarna baranica. Z rozpędu zahamował z poślizgiem tuż przed Tomkiem. Kopytka worały się w ziemię. Ogon z tyłu sterował. Kozioł zatrzymał się i stał chwilę z uniesionym łbem, czekając, aż wytraci pęd. - No, super! – zawołał Kozioł. – Co za piękny skok! Widziałeś? Był tak pewny swego kunsztu, że wcale nie potrzebował pochwały z ust Tomka. Podszedł do postumentu Nimfy i podścieliwszy sobie czarną baranicę, usiadł na niej wygodnie. Po chwili, zastanowiwszy się, założył jedną kosmatą nogę na drugą. Chwila przerwy, Kozioł przypominał sobie, co ma zrobić. Ujął swój długi ogon, zakończony kitką i zaczął ją trzepać. Wysypały się niej źdźbła traw i słoma, suche płatki kwiatów i nasionka. Wytrzepawszy kitkę porządnie, starannie ją rozprostował i ułożył równo na kolanach. Chwila przerwy, tym razem dłuższa. Kozioł obrócił oczami, przechylając głowę w lewo. Następnie obrócił oczami w stronę przeciwną i przechylił głowę w prawo. Dopiero teraz przypomniał sobie, co miał zrobić. Ujął swoją koźlą brodę i zaczął z niej wytrząsać pozostałości posiłków. Sypały się okruchy biszkoptów i sezamków, kruchych ciasteczek i krakersów. Kiedy dokładnie wytrzepał brodę, rozpostarł ją na swojej chudej, koźlej piersi. Ukończył w ten sposób zabiegi kosmetyczne i poczuł się jeszcze bardziej zadowolony ze swej urody niż poprzednio. Kozioł zaczął powoli wciągać powietrze przez nozdrza. Wciągał i wciągał, i coraz więcej go nabierał. Jego przepona brzuszna podnosiła się coraz wyżej i wyżej, a brzuch stawał się coraz bardziej wklęsły. Kozioł podniósł dumnie głowę do góry i patrząc w niebo wypuścił z płuc cały zapas wciągniętego powietrza z okrzykiem szczęścia. - I hahaha! Ihaha! Życie jest piękne i ciągle mi wesoło, ihahaha! Kiedy okrzyk przebrzmiał, Kozioł wciąż się w niego wsłuchiwał, trzymając łeb podniesiony do góry. Jego wzrok wciąż był utkwiony w błękitnym niebie i w oczach nadal malował się wyraz szczęścia. Słuchał długą chwilę swego pięknego, koźlego beczenia, po czym opuścił łeb i przysunął go do Tomka. - Postukaj! – zaproponował. Chłopiec postukał: stuk, puk. Głowa Kozła wydała pusty odgłos jak wielka beczka, do której nie nalano oleju. Niosło się w niej dalekie echo. Była bardzo duża i tak samo bardzo pusta, a może nawet jeszcze bardziej. Echo niosło się od jednej ścianki do drugiej. - No widzisz! Pusto. Ihaha! Widziałeś bardziej pusty łeb? – i nie czekając na potwierdzenie, zawołał. - Ihaha! Wszystko mnie cieszy. Ihaha! Tomek zrozumiał, że nie należy o nic pytać Kozła, gdyż w jego pustej głowie nie ma żadnych odpowiedzi. Nie mógł sobie nawet przypomnieć najprostszych czynności jak trzepanie brody i kitki ogonkowej, chociaż na pewno robił to codziennie. Tomek spojrzał na stosik drobiazgów, które zostały wytrząśnięte z brody i z kitki ogonkowej i pomyślał, że na pewno nie były trzepane codziennie. Kozioł nagle spojrzał na Tomka. W jego wzroku była wyjątkowa przenikliwość i zapytał. - A o cóż to chciałeś mnie zapytać? – patrzył wciąż na Tomka, zaglądając mu głęboko w oczy, jakby poprzez gałki oczne czytał jego myśli. Tomek nie odpowiedział ze zdziwienia. - No, zamurowało cię – rzekł Kozioł, wciąż się wpatrując się w oczy Tomka jeszcze bardziej intensywnie niż przedtem. Zamilkł i tylko badał oczy Tomka swym wzrokiem, a jego spojrzenie było o wiele bardziej intensywne i ciemne niż przed chwilą. - Szukasz wyjścia – powiedział powoli, a jego wzrok jeszcze bardziej ściemniał. – Nie jest to brama. - Mylisz się – zaprzeczył Tomek. – Szukam właśnie bramy. Chcę odnaleźć wejście do baśni. - Nigdy się nie mylę w takich sprawach – rzekł bardzo poważnie Kozioł, a jego wzrok tak ściemniał, że zrobił się prawie czarny. – Nie szukaj. Samo się znajdzie. Tomek siedział zdziwiony, lecz wcale nie wierzył słowom Kozła. Jak można przyjmować poważnie kogoś takiego jak Kozioł? Głowa Kozła była przecież pusta jak duża beczka, a on sam nie umiał sobie przypomnieć, co ma za chwilę zrobić. Takim osobom się nie wierzy. Mówiąc uczciwie, Tomek uważał go za głupca. I to głupca zadowolonego z siebie. Nagle Kozioł się zerwał z postumentu. - No, to zatańczymy! Ihaha, ihahaha! I haha, i hahaha! Pochwycił Tomka pod ramię i poderwał go do wesołego tańca. Kopytka Kozła stukotały, stuk, stuk, stuk, puku, puku. A potem znowu: puku, puku, stuk, stuk, stuk. Tańczyli wokoło posągów i było bardzo wesoło. Gdy nagle z oddali dobiegły dziwne dźwięki.


ROZDZIAŁ XV

WYGŁUPKI

Z oddali dobiegła piosenka. Głos wydobywał się jakby z wielkiej beczki, która była zbyt pełna. Usłyszawszy piosenkę swego przyjaciela Brubasa, Kozioł uśmiechnął się z zadowoleniem, ujął ogon i zaczął nim wymachiwać do taktu. A zbliżający się Brubas, wyśpiewywał na całe beczkowe gardło.

Udziec barani i wina dzban, To wszystko, co mam, To wszystko, o co dbam, Ram, tam, ta, tam.

- Teraz będzie druga zwrotka - powiedział Kozioł. - Jeszcze gorsza.


Udziec barani i wina dzban, To wszystko, co chcę, To wszystko, co zjem.

- Rym „chcę - zjem" nie jest zbyt dokładny. Dalej będzie jeszcze gorzej, obiecuję ci to - powiedział Kozioł. - Teraz trzecia zwrotka

Udziec barani, a lepiej trzy, Po nocach mi się śni, Do rana się śni.

Brubas stanął obok posągu bogini Retoryki. Śmiał się szeroko, a jego czerwone policzki wyglądały jak jabłka. Niebieskie oczka promieniały radością. Zrobiło się cieplej i przyjemniej. Wyglądał jak góra, przed którą w dużej odległości posuwał się olbrzymi brzuch. Na głowę Brubas nasadził olbrzymi wieniec ze zwiędłych róż. Było ich bardzo dużo, zostały splecione byle jak, więc wyglądały jak strzecha. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i zakończył piosenkę, podnosząc głowę i ciągnąc do góry. - Z czoosnkiem. Przez chwilę wsłuchiwał się w echo, a potem zapytał Kozła. - Czy znasz rym do: czosnek? - Czosnek, czy z czosnkiem? - upewniał się Kozioł. - Jest on rzeczywiście potrzebny, aby pieczeń barania była dobra, ale nie zapominaj, że najpierw należy ją potrzymać w occie, toteż rym do: „ocet" lub „w occie" jest chyba ważniejszy. - Słusznie, udziec skruszeje - przytaknął z radością Brubas. - Mięsko można także natrzeć majerankiem, ułatwiającym trawienie. - O czym wy rozmawiacie?! - krzyknął Tomek zdziwiony. - O rymach, czy o pieczeni? - W taki sposób życie splata się ze sztuką - powiedział uczenie Kozioł. - Lubię po obiedzie toczyć rozmowy o poezji - sapnął Brubas zadowolony. - łączę przyjemne z pożytecznym. Takie również mam imię, brudas i grubas, a więc Brubas. Tomek czuł, że dzieje się tu coś dziwnego. Nie umiał zrozumieć zachowania Kozła, który czynił wszystko z wielką powagą. Jednakże ta powaga nie miała w sobie powagi. A ich głupota wcale nie była głupia. Brubas nie starał się wcale, chociaż starał się bardzo. Było to dziwne i Tomek nie umiał tego zrozumieć. Brubas usiadł na postumencie bogini Retoryki, unosząc z trudem swój obfity brzuch. Nosił skórzane ubranie, mocno obszarpane i lśniące od tłuszczu, gdyż wycierał w nie palce po licznych obiadach, na których z pewnością królował udziec barani z czosnkiem i majerankiem. Jego olbrzymi czerwony nos świadczył o tym, że na stole znajdował się niejeden dzban wina. - Znalazłem! - krzyknął Kozioł. - Majerankiem jest rymem do: rankiem. - Teraz możemy ułożyć dalsze zwrotki naszej pięknej piosenki - rzekł Brubas. - Układajmy! - przytaknął Kozioł, siadając na postumencie Nimfy. Wbił wzrok w niebo, odwracając oczy tak mocno do góry, że tęczówki prawie się schowały. Trzymając swój ogon, obracał nim w kółko raz wolniej raz szybciej. Minęła długa chwila pełna straszliwej pracy mózgowej. Nagle się zerwał, stanął na środku i wziął głęboki oddech. Jego klatka piersiowa uniosła się, brzuch zrobił wklęsły, a cały Kozioł stał się cienki i wyższy. Ale jeszcze wciągał powietrze, strasznie się przy tym nadymając. Brzuch spotkał się wreszcie z kręgosłupem, a on nadal wspinał się na palce. Wreszcie stanął na samym brzegu kopytek, wyglądając przy tym jak kosmaty znak zapytania. Już miał wykrztusić coś genialnego, gdy nagle puuff! wypuścił powietrze. Zapomniał, co wymyślił. Powrócił na swoje miejsce obok stopy Nimfy. Zastanowił się, co ma zrobić. Założył nogę na nogę i wytężył pamięć, by sobie przypomnieć, co ma zrobić, ale było to bardzo trudne. Myślał i myślał. Wreszcie sobie przypomniał. Ujął swój ogon i zaczął nim w kółko okręcać, ze wzrokiem wbitym w niebo. Szukał w błękicie natchnienia. Tymczasem Brubas siedział z bezmyślnym wyrazem twarzy. Jego oczy otworzyły się szeroko i znieruchomiały. Nagle - Yyk! - wyrwało się Brubasowi. Kozioł wytrącony z natchnienia, jeszcze szybciej zaczął okręcać ogonem. Brubas zasłonił usta ręką i wstrzymał oddech. Kozioł ponownie uniósł oczy do góry. Jednakże - Yyk! - wyskoczyło znowu bardzo głośno z brzucha Brubasa. Kozioł wstał gwałtownie, obszedł postument naokoło i tam usiadł plecami do nich. Podniósł łeb do góry i utkwił wzrok w niebie, szukając w błękicie rymów. Brubas, rzuciwszy spojrzenie na Tomka, rozciągnął wargi od ucha do ucha i zrobił przepraszającą minę, wzruszając ramionami. Nagle Kozioł wyszedł zza postumentu, triumfująco, i stając na środku w wyniosłej pozie, rzekł. - Ułożyłem! Zamieńcie się w słuch! Po czym, nabrał powietrza i zaśpiewał swym przepięknym, iście koźlim głosem. - Bee, Udziec beearani i wina dzbeean, Natarty majerankiem, I czosnkiem wczesnym rankiem, Ja kooocham ! - ciągnął wysokim głosem, przechylając do tyłu głowę. Jego pysk się wydłużał, a wargi wyciągały w dłuugi dzióób. - To piękne - pochwalił go Brubas. - W nagrodę za sukcesy na polu poezji przyozdobię twą skroń. Po czym zdjął wieniec z czoła i włożył go na głowę Kozła. Sponad róż wystawały sterczące uszy Kozła zakończone pędzelkami. Nagle jeden płatek róży spadł, Kozioł podniósł go wzruszony i położył z powrotem na wieniec. Stał bardzo dumny, z uniesioną brodą i podziwiał sam siebie. Tomek patrzył na nich szeroko otwartymi oczami. Zachowywali się śmiesznie i wcale ich to martwiło. Co więcej, nie dbali o to, czy są śmieszni czy też nie. Nie tracili dumy, jeśli zrobili coś głupiego i śmiesznego. Tomek nie mógł jeszcze tego zrozumieć. Tak siebie lubili i nie miel żadnych wątpliwości do tego, że mogą być sobą we własnym towarzystwie, skoro nikogo swym zachowaniem nie obrażali i nie gorszyli. Właściwie, Tomek im zazdrościł, że nie rozdzierała ich niepewność tak jak jego i nie pytali nikogo o radę, gdyż znali wszystkie odpowiedzi, bo nie mieli żadnych pytań. - A teraz wygłoszę przemówienie! - rzekł nagle Kozioł. Wskoczył na postument Nimfy, chrząknął i zaczął wzniosłym tonem - Koledzy! Zrobiliśmy już dosyć zła na polu poezji. Te marne wierszydła, te bzdurne piosenki! Kiepskie rymy, wyboiste rytmy! Wykonaliśmy kawał niezłej roboty, odnieśliśmy sukces. Teraz... - zawiesił głos, aby wzrosło zaciekawienie. - Już wiem! - krzyknął Tomek. - Przestaniecie układać wiersze, by wpierw nauczyć się zasad poezji. - Nigdy! - zaprzeczył Brubas. - Poznacie reguły piękna! – krzyknął Tomek. - Zrobimy teatr! Staniemy się sławni! - ryknął Kozioł. - Wygłupiacie się - powiedział Tomek. - Tak! Oczywiście! Zgadłeś! Wygłupiamy się! - Uwielbiamy to! - Nie ma nic lepszego niż porządnie się wygłupić - powiedział Kozioł z przekonaniem. - Jesteśmy, jacy jesteśmy - rzekł Brubas poczciwie. - Mimo brzydoty i głupoty, robimy, co umiemy. Gramy swoje role jak najlepiej potrafimy - dodał Kozioł i roześmiał się. - To ja wychodzę – powiedział Tomek. - Musisz wpierw odegrać swoją życiową rolę - powiedział Kozioł. - Zejdziesz ze sceny i to będzie wyjście - dopowiedział Brubas.



ROZDZIAŁ XVI

ZACZAROWANY TEATR


Nagle Szara Myszka wbiegła na środek w wielkim pośpiechu. Wymachiwała ramionami, przyzywając innych i wołała. - Chodźcie! Będzie teatr! Małe zwierzątka nadbiegały zewsząd i aż zaroiło się na ziemi. Przebierając szybko łapkami, wykrzykiwały z radością. - Teatr! Prawdziwy teatr! Myszka stała na środku, pokazując, które miejsca widzowie mają zajmować. Biedronki, unosząc sukienki w kropki, pytały: - Czy sukienki się nie pogniotą?- I zajmowały miejsca w pierwszym rzędzie. - Dylu, dylu – Pasikoniki przygrywały na skrzydełkach, siadając na miejscach dla orkiestry. Mrówki milczały, krocząc rytmicznie w takich samych kapeluszach i obok siebie. Widzowie gromadzili się, szurając butami, i siadali na ziemi, tworząc najpierw jeden krąg, potem drugi, nieco większy. Chmara małych zwierzątek trzymała się grzecznie z tyłu. Na środku pozostało okrągłe miejsce, będące sceną. Widzowie odwijali szeleszczące papierki z cukierków, chrupali słone orzeszki, prażona kukurydza trzeszczała w zębach. - Pani mi zasłania - rzekł Żuczek do Mrówki.- Proszę zdjąć ten olbrzymi kapelusz. - Też coś, ja bez kapelusza! - parsknęła obrażona elegantka, a Żuczek musiał się przesiąść. - Gdzie się podziały bliźnięta? Poszukaj ich, mężu! - zaniepokoiła się Mszyca. - Zgubiłaś nasze dzieci, żono? - Jest ich tak wiele! Policzę jeszcze raz: dwieście pięćdziesiąt trzy, dwieście pięćdziesiąt pięć. Są bliźnięta! - Tylko zachowujcie się grzecznie, dzieciaki! - Dobrze, tato! - odezwał się chór głosików. Kiedy publiczność sadowiła się i uciszała, aktorzy, stojąc na środku sceny, objęci ramionami, zaczęli się szeptem naradzać. Kierownikiem stał się, oczywiście Kozioł, którego policzki poczerwieniały z przejęcia. - Zagramy role o bohaterach i boginiach. - Kto będzie brał rolę bohatera? - zapytał Tomek z nadzieją w głosie. - My - powiedzieli Kozioł i Brubas. - A ja?! - krzyknął Tomek. - Sam znajdź swoją rolę - powiedział Kozioł. - Nie wiem, jaką rolę mam odegrać - powiedział Tomek. - Nie umiesz być sobą - powiedział Kozioł. - Nie wiesz, jaki jesteś - dodał Brubas. - To ci przydzielę rolę - dodał Kozioł. - Co mam grać? – zapytał Tomek. - Kiedy machnę ogonem z góry na dół, będziesz chwalić nasze czyny, a kiedy z dołu do góry, musisz nas zganić - wyjaśnił Kozioł. - Przecież nie ma różnicy, w którą stronę machniesz! - oburzył się Tomek. - Toteż będziemy grać, nie zwracając uwagi na twoje uwagi - dopowiedział Kozioł. - Cóż to za rola! - oburzył się Tomek. - Całe życie grasz, bo świat jest sceną, a ludzie aktorami - wyjaśnił Brubas z przejęciem. -Za-czy-nać! Za-czy-nać! - wołały rytmicznie Pasikoniki. Siedzące przed nimi Mrówki poprawiły kapelusze, sięgając po prażynki. A dzieci Mszycy, nadmuchawszy puste torebki po cukierkach, wystrzeliły buum! Uznano to za sygnał do rozpoczęcia przedstawienia. - Kurtyna! - szepnął Kozioł z przejęciem. W tej sekundzie uległ zupełnej przemianie. Otoczyła go niewidzialna mgła. Tomek przetarł oczy, bo nie widział już zwyczajnego kozła z krzywymi nogami i dużym łbem, lecz aktora, który promiennie uśmiechnięty, lekkim krokiem wbiegł na scenę. Wspaniałym gestem podniósł ramiona do góry i potoczył wzrokiem po oczekującej publiczności. Był już Bohaterem. Skłonił się nisko i wskazał Brubasa. W tym momencie Brubas również się zmienił do niepoznania i lekkim krokiem wszedł na scenę, gdzie stanął w boskiej postawie. Brubas i Kozioł recytowali poemat we wzniosłej pozie, a wszyscy bili brawo. Tomek poczuł, że spadły z niego jakieś więzy. Lekkim krokiem wbiegł na scenę. Poczuł się nagle tak swobodnie, że zaczął się wygłupiać. Był również bardzo z siebie zadowolony. Opadły z niego wszystkie wątpliwości i smutki. Był w zaczarowanym teatrze.


ROZDZIAŁ XVII

POCIĄG W JEDNĄ STRONĘ

Tomek usłyszał gwizd pociągu. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył, że pociąg właśnie nadjeżdżał. Szybko zbiegł ze sceny. Tuż przed nim był stopień, więc wskoczył i wszedł do pociągu. Znalazł się w zupełnie pustym korytarzu. Po prawej stronie korytarza ciągnął się rząd okien. Z boku każdego okna wisiała na drążku zielona zasłonka. Wpadał wiatr wzdymał firanki i okręcał je na drążku. Wszystkie części wagonów klekotały w rytm kół. Nagle z ciemności wdarł się gwizd pociągu. Było to tak niesamowite, że Tomek wskoczył do pierwszego przedziału. Usiadł z rozmachem na kanapie, wzbijając tuman kurzu. Wszystko było pokryte grubą warstwą kurzu. Leżał na obu przeciwległych kanapach i na dywaniku na podłodze. Nagle zaskrzypiała pod sufitem żarówka. Było to niesamowite i straszne. - Apsik! Apsik! – to kurz wzbudził kichanie. Musiał koniecznie zobaczyć okolicę, przez którą przejeżdżali, więc przybliżył twarz do okna. W poprzek szyby ciągnęły się rude zacieki od deszczu i nic nie było widać. Bez wahania przetarł szybę zasłonką, jednakże tylko rozmazał brud i kurz. Usiadł z westchnieniem na kanapie. Była tak miękka, że wpadł głęboko, opierając na niej nogi. Okazało się, że po przeciwnej stronie siedzi Pasażer. Był to starszy, poważny człowiek w czarnym garniturze. Miał na głowie kapelusz ozdobiony metalowym znaczkiem w kształcie ósemki, leżącej na brzuszkach. Był to znak nieskończoności. Nie patrzył na Tomka, siedząc z pochyloną głową. Po chwili wyjął zegarek z kieszeni marynarki i sprawdził czas. - Apsik! Dokąd jedzie ten pociąg? Apsik! - zapytał Tomek. - Donikąd - odpowiedział Pasażer. - Aapsik! A kiedy będzie stacja? Apsik! - Nie ma żadnych stacji - odparł Pasażer. - A co to za pociąg, apsik!? - To jest czas. - Dokąd pędzimy? - Do nieskończoności. Oto jej znak - Pasażer wskazał ósemkę na kapeluszu. Pasażer wysunął rękę i spojrzał na zegarek na przegubie. Następnie rozpiął marynarkę i z kieszonki kamizelki wyjął zegarek na baterie, taki jaki kupuje się na międzynarodowych lotniskach. Taki zegarek pokazuje czas w różnych miastach. W każdym miejscu na świecie była inna godzina, na wschodzie jeszcze panowały wczesne godzinny poranne, na zachodzie zbliżał się wieczór. Nie wiadomo, ile jeszcze zegarków ukrywały jego kieszenie. Pod kamizelką nosił następną kamizelkę i w niej również miał kieszenie z zegarkami. Dlaczego porównywał czas, wskazywany przez różne zegarki? - Czy jest więcej niż jeden czas?- zapytał Tomek - Jest ich nieskończenie wiele - odpowiedział Pasażer. - Apsik! Jak wyglądają? - Są jak niewidzialne pociągi pędzące w różne strony. Niektóre jadą w bok, inne w górę, jeszcze inne w dół. Czasami ich tory się krzyżują. Wówczas widzimy pociąg przejeżdżający obok. Przez oświetlone okna spostrzegamy pasażerów. Machamy im ręką, oni nam, i już odjeżdżają. - Dokąd? - zapytał chłopiec. - W zapomnienie. - Czy ich jeszcze spotkamy? - Nigdy w tym samym miejscu i nigdy takich samych. - To smutne, aapsik. Pasażer wyjął następny zegarek z drugiej kieszeni kamizelki. Był to okrągły, złoty zegarek z dużą śrubką do nakręcania, od którego biegł łańcuszek, ginący w głębi kieszonki. Pasażer otworzył szkiełko, przykrywające tarczę i wpatrywał się w nią w napięciu. - Co pokazuje ten zegarek? - zapytał Tomek. - Twój czas. Tomek pochylił się nad tarczą zegarka. Była duża i pokryta białą emalią. Jednak niczego nie mógł na niej dojrzeć. - Nie ma go. Aapsik! - kichnął. Pasażer zamknął klapkę zegarka i schował go do kieszeni. - Chcę mieć swój własny czas! – zawołał Tomek. – Jak to zrobić? - Kiedy się go ma, zawsze się o tym wie – odpowiedział niesamowity Pasażer. Tomek zerwał się z kanapy. Nie wolno mu pozostać ani chwili dłużej. Czy trafi z powrotem w to samo miejsce czasu? A jeżeli nie? Jeżeli jego dom będzie w jednym czasie, stojący jak domek przy to torach, a on sam przejedzie obok, pędząc w pociągu czasu? Wtedy nigdy nie powróci do domu. Wybiegł z przedziału, nie oglądając się. Znalazł się w oświetlonym i pustym korytarzu. Wszystkie okna były otwarte i wpadał w nie wiatr. Powiewały zielone firanki w oknach. Słyszał jak pociąg głośno klekocze, pędząc poprzez czas. Pędził poprzez czarną noc i mijał czas. Tomek zaczął biec przed siebie. Mijał drzwi do zamkniętych przedziałów, ich mosiężne klamki stały pionowo. Biegł bardzo szybko, ale pociąg pędził jeszcze szybciej i czas umykał do tyłu. Tomek biegł i biegł, i czuł się coraz bardziej zmęczony. Nogi były coraz słabsze i kolana się pod nim uginały. Czuł, że traci siły i nie może wyprzedzić umykającego czasu. Mimo ogromnego zmęczenia, nie ustawał. Nie miał siły biec, lecz już tylko szedł. Był tak wyczerpany, że chwytał się stojących pionowo mosiężnych klamek od przedziałów i czepiając się ich, posuwał się do przodu. Pot zalewał mu twarz i ręce mdlały, mimo to nie ustawał, choć szedł coraz wolniej. Szedł bardzo powoli na ugiętych nogach, trzymając się klamek. Wreszcie upadł na kolana i wieszając się klamek posuwał się do przodu. Nagle poczuł powiew nocnego powietrza i to dodało mu sił. Ostatnim wysiłkiem uniósł głowę i zobaczył przed sobą tylne drzwi pociągu. Była na nich metalowy znaczek przedstawiający nieskończoność. Wyglądał jak ósemka leżąca na boku. Znaczył wisiał nieporządnie na gwoździu i kołysał się w rytm pociągu. Nieskończoność nie byłą zbyt solidnie wykonana. Tomek chwytając się ściany podniósł się resztką sił i obrócił znaczek na drugą stronę. Drzwi się otworzyły, a on wysunął ramiona i rzucił się przed siebie w ciemność.


ROZDZIAŁ XVIII

TAJEMNICZA BRAMA

Tomek znalazł się w tym samym miejscu, skąd wystraszyły go wrzaski Złej Kucharki. Stał przed tą samą bramą, zbitą dość nieporządnie z desek, pomiędzy którymi były szpary, wystarczająco szerokie, by zajrzeć na dziedziniec i zobaczyć, czy Zła Kucharka znowu wyrzuciła kogoś z ciepłej kuchni. Miejsce wprawdzie było to samo, ale Tomek już nie był taki sam. Jeszcze jednak nie wiedział, jakiej uległ zmianie. Był na pewno bardziej odważny i pewniejszy siebie, ale jeszcze nie tak bardzo, jakby chciał i jak trzeba. Nadal nie wiedział, jak należy postępować i potrzebował kogoś, komu można zadać ważne dla niego pytanie. Nagle dobiegł go głos Złej Kucharki. - Wycierać kurze z góry na dół. Zamiatać z lewej strony na prawą. - Gdzie jest lewa strona, Kucharko? – zapytał Gamoń. - Lewa jest przeciwna do prawej. Mów do mnie, jaśnie pani, Gamoniu - zwróciła uwagę Kucharka. A więc Gamoń nadal sprzątał. - A teraz nie wiem, gdzie jest prawa strona, Kucharko - powiedział Gamoń. - Prawa jest przeciwna do lewej, Gamoniu. Mów do mnie jaśnie pani. A więc Gamoń nadal nie wiedział, gdzie jest lewa, a gdzie prawa strona, a może tylko tak droczył się z Kucharką, by jak najmniej pracować. W kuchni ciągle trwało solidne sprzątanie. Właśnie na progu kuchni stanęła Zła Kucharka. Wyglądała bardzo groźnie. Na głowę nałożyła sobie sitko w ten sposób, że rączka sterczała jej ponad czołem. Musiała więc zadzierać brodę, gdy chciała kogoś zwymyślać. Drewnianą łyżką do mieszania zupy uderzyła z całej siły w futrynę wrzeszcząc. - Nie wolno wchodzić - po czym znikła w głębi ciemnej kuchni. Kucharka była okropna, wszyscy się jej bali. Wzbudzała również poważny niepokój w myślach Tomka. Nie bał się jej tak jak poprzednio, ale chciał uniknąć z nią spotkania. Miał nadzieję, że nie będzie musiał stanąć przed nią twarzą w twarz. Liczył na to, że wszystko uda się załatwić bez konieczności zmierzenia się z najgorszym. Nie był na to gotowy. Po chwili znowu stanęła na progu, groźnie patrząc spod sterczącego sitka. Dwukrotnie uderzyła łyżką o futrynę, czyniąc ogromny hałas. - Wytrzyj nogi i czekaj, aż się skończy sprzątanie - i znikła w głębi ciemnej kuchni. Tomek nie wiedział, czy do niego skierowała swoje ostrzeżenie. Nie wiedział, jak się zachować. Naprawdę, Kucharka była wstrętna i zła. Po raz trzeci stanęła na progu. Wyglądała jeszcze groźniej. Sitko sterczało ponad nosem, musiała więc zadzierać głowę. Tym razem podniosła ją tak wysoko, że widać było jej dwie dziurki w nosie, równie straszne jak ona sama. Tym razem nic nie powiedziała, co było jeszcze straszniejsze, tylko potoczyła wściekłym wzrokiem po kamieniach dziedzińca, podejrzewając, że zdążyły się w międzyczasie pobrudzić. Nie miały odwagi nawet się poruszyć. Uderzyła trzy razy łyżką w futrynę, jeszcze raz spojrzała i odwróciwszy się groźnie, znikła w ciemnej kuchni. - Zamiataj z prawej do lewej, Gamoniu!- zabrzmiał wrzaskliwy głos i uderzanie łyżką o futrynę.- I nie zapominaj zwracać się do mnie, jaśnie pani. Kucharka robiła porządki, które nigdy się nie kończyły. Jej porządki były złe. Wyrzuciła Odźwiernego jak stare i niepotrzebne krzesło. Kazała Gamoniowi wyrzucić Szczurka poza mur Zamku, pochwyciwszy go za ogon. Kucharka z nikim się nie liczyła. Jej porządki krzywdziły innych. Były niezgodne z ich upodobaniami i przyzwyczajeniami. Ten okropny sposób wprowadzania porządku spowodował, że wszyscy czuli się nieszczęśliwi. I właściwie całą kraina baśni rozpadała się na kawałki. Wprowadzanie porządku wszystko rozbijało i wszystkich roztrącało. - To wcale nie jest porządek! - powiedział Tomek stanowczo. – Trzeba to zmienić. Mimo to nie chciał stanąć do walki ze Złą Kucharką. Nie był gotowy, żeby się z nią zmierzyć. Kucharka była naprawdę najgorsza ze wszystkich złych kucharek na świecie. Tomek rozumiał, że musi zastukać do bramy. Teraz było to dla niego pewne. Podniósł rękę i zastukał. Nikt jednak nie otwierał. Tomek czekał przez chwilę, a potem zastukał ponownie. Tym razem znacznie głośniej. Usłyszał wreszcie głos. - Skaczę już, skaczę! Spodziewany nie gościu. Ktoś zeskakiwał w klapiących kapciach i przystawał na każdym stopniu. Trwało to dość długo, wreszcie kapcie zaklapały na kamieniach dziedzińca i kroki się zatrzymały po drugiej stronie bramy. W dziurce po sęczku pokazało się duże oko. Oko obróciło się w górę i w dół, a po chwili w lewo i w prawo. Wzrok jednak nie napotkał Tomka. Oko się cofnęło, a z dziurki po sęczku wysunął się duży nos. Z tamtej strony bramy odezwał się głos. - Zapomniałem, czy miałem cię zobaczyć, czy powąchać? Nos zaczął wąchać, wciągając powietrze ze wszystkich stron. - Jesteś Żółwiem? - zapytał głos zza bramy. - Oczywiście, że nie - odpowiedział Tomek głośno. - Bo mój dziadek zaprosił Żółwia na rozgrywki. Wysłał mu zaproszenie, ale on dotychczas nie przyszedł. Tomek, uświadomił sobie, że musiało minąć dużo czasu, od kiedy spotkał Żółwia i rozmawiał z Odźwiernym, który przyleciał. - Jakie rozgrywki? - zapytał z roztargnieniem. - Zwyczajne, stubój bez przeszkód, skakanie do celu, strzelanie w dal i wycinanie dziurek. - Dlaczego wycinanie dziurek? - Bo mój dziadek był naprawdę w tym dobry - powiedział głos zza bramy z roztargnieniem. - A więc gdy usiedli i zamknąwszy oczy, zaczynali wycinać, to Żółw wołał pierwszy: „Mam trzysta osiemdziesiąt!", a mój dziadek wtedy: „A ja trzysta osiemdziesiąt i pół”! Był naprawdę szybki. Kiedy Wnuk Odźwiernego skończył mówić, zapomniał, po co podszedł do bramy. Tomek usłyszał oddalające się skakanie w klapiących kapciach po płaskich kamieniach dziedzińca. Tomek wiedział, że musi przejść przez tę bramę i nikt mu nie pomoże, bo pewne rzeczy trzeba zrobić samemu. Podniósł ramię, by pchnąć bramę i wtedy zobaczył, że wcale nie było w niej zamka. Brama nigdy nie była zamykana. Kiedy tknął ją tylko ręką, brama się otworzyła szeroko na obie strony, a on wszedł na dziedziniec. Odźwierny pochyliwszy się, szukał swoich kapci, które mu spadły z nóg, macając rękami po płaskich kamieniach. Po chwili zapomniał, czego szuka, gdyż usiadł i zaczął się zastanawiać. Kapcie leżały na samym środku dziedzińca. - Tu są! - Tomek je podniósł i podał Odźwiernemu. Odźwierny je pochwycił i przycisnął do piersi. - Czy wiesz, dlaczego zeszły z moich nóg? Nie chcą mnie chyba opuścić? - i szybko wsunął kapcie na stopy. Podskoczył kilkakrotnie, sprawdzając, czy dobrze się trzymają. Z zadowoleniem przysłuchiwał się ich klapaniu. A potem spojrzał poważnie na Tomka. - Kucharka kazała przyprowadzać każdego gościa do siebie, do kuchni. Rozumiesz, służba, obowiązek – powiedział przepraszającym tonem. Tomek poczuł straszny stan paniki. Bał się strasznie. Przerażała go myśl, że stanie przed nią twarz w twarz i nie będzie miał odwagi nic powiedzieć ani nawet podnieść głowy. Ta chwila wstydu i hańby przerażała go bardziej niż samo spotkanie. Wnuk Odźwiernego położył mu rękę na ramieniu. - Chcę być uczciwy, ale Kucharka nie powiedziała, że muszę cię przyprowadzić natychmiast. Przemkniemy się po cichu. Ukryję cię, zanim nie skończy sprzątać. Tuż obok była baszta z oknem, w którym siedział Wiatr. W baszcie u dołu znajdowały się niewielkie drzwiczki, przez które Tomek zobaczył schody prowadzące do góry. Wnuk Odźwiernego wskakiwał na stopnie, klapiąc kapciami, a Tomek za nim podążał. Musiał się ukryć w pokoju Odźwiernego, gdyż nie był jeszcze gotowy, by stawić czoło Złej Kucharce i się z nią rozprawić.



ROZDZIAŁ XIX

WYCINANIE DZIUREK


Wreszcie znaleźli się w pokoju Odźwiernego. Panował tu ogromny nieporządek. Było tam wiele stoliczków, komódek i szafeczek. Stały na nich koszyczki uplecione z wrzosów i słomki, pełne ciasteczek i orzechów. Po podłodze turlały się skorupki, które grzechotały za każdym krokiem. Na wielu z nich pozostały jeszcze sreberka z napisem "Wesołych Świąt". Cała podłoga była zasypana okruszkami po ciastkach i herbatnikach. Wnuk Odźwiernego przeszedł przez turlające się i grzechoczące skorupki, kłapiąc kapciami i stanął przed wiszącym na ścianie obrazkiem i przejrzał się w jego szkle. Tomek zobaczył, że zamiast obrazka oprawiono w ramki zaproszenie dla Żółwia na zawody. Zaproszenie nigdy nie zostało wysłane. Ponad nim wisiał portret Odźwiernego, o poczciwych, niebieskich oczach. Przez chwilę Wnuk Odźwiernego przyglądał się sobie roztargnionym wzrokiem, zapomniał jednak przeczesać wąsy i odwróciwszy się od obrazka, usiadł w fotelu. - Więc to było tak - ciągnął swoją opowieść, chociaż jeszcze jej nie zaczął. Przysunął sobie koszyczek z orzechami, a Tomkowi z kruchymi ciasteczkami. - Kucharka wciąż sprzątała, mimo że każdy miał równy przedziałek i wszystko było zabronione. Miała na sobie fartuch w paski. Były one niebieskie, pamiętaj, to bardzo ważne. - Dlaczego wciąż sprząta? - zapytał Tomek. - Bo robi porządki. - Tu przerwał, gdyż tłocząc się zaczęły wchodzić zwierzęta, które Tomek spotkał przed bramą. Wchodzili nieporządnie, skacząc jeden przez drugiego, bez żadnego porządku, bo tak lubiły. Pierwszy wkroczył Borszuj Dalipan. O kolana obijał mu się zegarek na zbyt długim łańcuchu. Po jego prawym i lewym boku trzymali się Susłak i Świsteł, niby straż przyboczna, a wokoło nich kotłowało się gęsto myszajstwo, popychając się i poszturchując, a wszyscy mieli pyszczki otwarte z ciekawości. Gdy szli, grzechotały skorupki turlając się po podłodze, a sreberka się odwijały, z szafek stoliczków i komódek zsypywały się okruchy. Nieład znacznie się powiększył. I było bardzo pięknie. Panował hałas i przepychanie się wśród grzechotania skorupek. Myszajstwo rozsiadło się na komódkach, stoliczkach i szafeczkach i gdzie się dało. Wszyscy czuli się tutaj dobrze, gdyż byli u siebie i panował tu ich własny porządek. Ktoś nazwał go nieładem, lecz to był porządek zgodny z ich sercem. Każdy miał obok siebie tego, kogo lubi, siedzi w miejscu, które kocha i zajada smakołyki, za którymi przepada. Każdy już trzymał na kolanach koszyczek z orzechami lub ciasteczkami i wpatrując się w Odźwiernego oczkami błyszczącymi z ciekawości, czekał na dalszy ciąg historii. Słychać było tylko ciche pogryzanie ciasteczek. Okruchy sypały się na kolana, na koszyczki z traw i wrzosów, i na szafeczki. Szeleściły odwijane sreberka. Po chwili cała podłoga została zaśmiecona i zrobiło się jeszcze piękniej. Kucharka robiła porządki, które to wszystko niszczyły. Zwierzastra schroniła się do pokoju Odźwiernego, gdyż było to ich ostatnie bezpieczne miejsce. Ale na pewno i tu dotrze Zła Kucharka ze swym strasznym porządkiem, miotłą i tłuczkiem. Wszyscy staną się sierotami bez swego miejsca. Czas naglił, ktoś musiał uratować nieporządek, jaki kochali. - I wtedy nastąpił ten najstraszniejszy wypadek - rzekł wnuk Odźwiernego i urwał. Zrobiła się wielka cisza. - Czy nie chcielibyście powycinać? - zapytał niespodziewanie. - Tak, tak, powycinajmy - odezwały się zewsząd głosy myszajstwa. Borszuj Dalipan stanął na środku, usiłując wyplątać łańcuszek od zegarka spomiędzy swoich kolan. Susłak i Świsteł położyli łapki dzielnie na patykach i groźnie się rozejrzeli naokoło. Nicpoń siedział najbliżej Tomka i wciąż ruszał nosem. Myszajstwo potrącało się w kątach. - Nie chcę żadnego wycinania! - zawołał Tomek. - Opowiedz, co się stało! - No, to wycinamy! - zawołali chórem, gdyż znali tę historię. Zamknęli oczy. Nicpoń nagle otworzył jedno oko, ale zaraz je zamknął. - Siedemdziesiąt pięć! - krzyknął wnuk Odźwiernego. - Siedemdziesiąt seść i pół! - zawołał Susłak sepleniąc. - Osiemdziesiąt! - wrzasnął z całej siły Nicpoń. Wszyscy otworzyli oczy, wycinanie zostało skończone. - Nie pozwalam! - krzyknął któryś z myszajstwa. - On wycinał moje dziurki! - rzekł dostojnie Borszuj Dalipan. - Musisz mu oddać jego dziurki - rzekł wnuk Odźwiernego. - Takie są zasady. - Ale ja nie wiem, ile ? - wykręcał się Nicpoń. - Zamykamy oczy i liczymy, raz, dwa - powiedział wnuk Odźwiernego. Wszyscy zamilkli, tylko skorupki grzechotały, turlając się po podłodze. - Wszystkie! - krzyknął Nicpoń. - Oddałeś, co do jednej? - upewniał się wnuk Odźwiernego. - Niektóre nawet dwa razy - potwierdził Borszuj Dalipan. Na dole dało się słyszeć trzaskanie drzwiami i głos Kucharki zawołał. - Sprzątnięte! Można wchodzić! Odźwierny podniósłszy się z fotela stanął przed Tomkiem, podnosząc służbowo przydeptane pięty swoich kapci. - No, trudno, muszę cię doprowadzić do kuchni. - Przygotuj się na najgorsze - powiedział Borszuj. - Ona będzie wrzeszczeć - powiedział Nicpoń. - Wchodzić! - dobiegł z kuchni wrzask Kucharki i głośne uderzenia łyżką o futrynę. Wszyscy patrzyli na Tomka z przerażeniem w oczach. - Dlaczego ona jest taka zła? - zapytał. - To z powodu pasków na fartuchu - powiedział Odźwierny. - One były niebieskie. - I co, i co? - zapytał Tomek. - I pewnego dnia, pamiętam jak dziś - rzekł wnuk Odźwiernego. - Żółw miał właśnie przyjść na kolację i zawody. Stubój z przeszkodami. - Skakanie do celu! - krzyknął Świsteł. - Stselanie na odległość! - dodał Susłak. - I wycinanie dziurek! - zakrzyknął Nicpoń. - Powycinamy? - zapytał Odźwierny. - Nie! - zawołał Tomek. - Powiedz, dlaczego ona jest taka zła!? - Miała fartuch w paski. One były niebieskie, to ważne, zapamiętaj. I pewnego dnia one... - Odleciały! - krzyknął Nicpoń. - Ale dlaczego niebieskie? - zapytał ze zdziwieniem Tomek. - Bo takie właśnie były - odrzekł z powagą Borszuj Dalipan. - Wchodzić, wchodzić! - wrzeszczała Kucharka, uderzając łyżką o futrynę. Tomek nasłuchiwał złego wrzasku. Stał jak sparaliżowany. Nie miał odwagi zejść do kuchni. Nawet nie potrafił sobie wyobrazić, że stanie twarzą w twarz naprzeciwko Złej Kucharki. Wszyscy milczeli i czekali na to, co zrobi Tomek. Straszna cisza się przedłużała, a on nie miał siły postąpić kroku w stronę kuchni. - Co się odwlecze, to nie uciecze! - krzyknął Nicpoń. I nagle wszyscy, kotłując się i popychając, wybiegli przez małe drzwiczki i zaczęli się wspinać na drabinę, prowadzącą na strych, pociągając za sobą Tomka. Wszyscy weszli na drabinę, która zaczęła trzeszczeć, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Popychali się skacząc jeden przez drugiego. Myszajstwo właziło Tomkowi nieomal na plecy, od dołu popychał go Borszuj Dalipan, a Odźwierny następował mu na pięty. Wspinali się po długiej i trzęsącej się drabinie na strych, byli już bardzo blisko wejścia, gdy kucharka znowu wrzasnęła tłukąc łyżką o garnek z całej siły i czyniąc ogłuszający hałas. - Sprzątnięte! Wchodzić! Ale nikt nie zwracał na to uwagi, tylko Nicpoń się odwrócił i pokręcił pogardliwie nosem w kierunku, skąd dochodziły łomoty. Ledwo weszli na najwyższy szczebel, klapa od strychu została podniesiona do góry i wpadli do środka.


ROZDZIAŁ XX

SZMACIANY KRÓL

Był to mały stryszek na wieży, tuż pod dachem podpartym drągami. Pomiędzy belkami więźby wisiały czarne nietoperze głową w dół, zaczepione różowymi pazurkami o drewno. W przylepionych gniazdach z twardego błota siedziały jaskółki. Na podłodze stała skrzynia pełna skarbów. Leżały w niej zwinięte sznury pereł z białych paciorków, złote monety z tektury, drewniany miecz owinięty sreberkiem i królewska korona wyklejona złocistymi cekinami. Oparte plecami o skrzynię siedziały trzy lalki w starych i pocerowanych sukienkach. Ich buzie były brudne, a loki nie czesane. Od dawna nikt nie prosił ich do tańca. Pajacyki, misie, żołnierze i strażacy, usiedli grupą koło lalek. Tuż obok stały samochody w długim rzędzie, a pod sufitem na belkach wisiały samoloty. Zabawki były wszędzie. Było ich o wiele więcej niż najwięcej. Myszajstwo porozsiadało się wszędzie, każdy zajął miejsce obok swej ulubionej zabawki. Niektórzy wzięli je na kolana, inni przytulili do siebie ukochane zabawki. Kiedy już się usadowili i każdemu było wygodnie, zamilkli i czekali na coś bardzo pięknego i miłego. Wszystkie oczy skierowały się w jedną stronę. W najciemniejszym kącie na niskim stołeczku siedział Szmaciany Król. Podparłszy policzek ręką, tak się zaczytał w bajkach, że niczego nie słyszał. Pozszywano go byle jak ze szmatek, jego tułów był poduszeczką przewiązaną w pasie czerwoną tasiemką. Głowę wypchano watą. Na białym płótnie twarzy namalowano różowe policzki wodną farbką, zamiast ust przyszyto zamek błyskawiczny, a wpięta agrafka udawała nos. Zrolowane kawałki kocyka to były ręce i nogi. Ubrano go w czerwony płaszcz z resztek pluszowej kapy, a koronę wyklejono ze sreberka po czekoladzie. - Bajek! Chcemy bajek! - zaczęło nagle wołać myszajstwo. Szmaciany Król podniósł głowę. Miał tylko jedno oko z guzika, drugie zostało oderwane i zagubione. - Nie mogę czytać bajek - rzekł, wskazując na swe jedyne oko. - Chyba, że tylko jedną stronę, a drugą będę opuszczał. Zapadła cisza, wszyscy poczuli się rozczarowani. Westchnęły trzy laleczki, żołnierze oparli się smutno na karabinach, a pajacyki zrobiły żałosne miny. - Co się stało z okiem Jaśnie Pana? - zapytał Borszuj Dalipan. - Nicpoń zgubił! Wszyscy spojrzeli na Nicponia, a on schował się za Tomka, stojącego przy drzwiach, lecz wystawiwszy głowę zza jego pleców robił miny. Tomkowi coś się przypomniało. Miał przecież z kieszeni guzik! Wyjął go, i położywszy na dłoni, pokazał. A wtedy wszyscy zawołali. - Jest oko Jaśnie Pana! Nicpoń wyskoczył zza placów Tomka, chwycił guzik i podbiegł do Szmacianego Króla. Ten uśmiechnął się, rozciągając zamek błyskawiczny służący mu jako usta, ale wciąż przyglądał się Tomkowi swoim jednym okiem z niebieskiego guzika. - Nici, gdzie są nici? - wołało zewsząd myszajstwo. - Świsteł ma zieloną pętelkę! Świsteł wystąpił na środek i rzekł dumnie. - Ja, Świsteł Chudopachołek, poświęcam swoją własną i jedyną pętelkę dla Jaśnie Pana Szmacianego Króla. Wisiał na niej jego patyk udający szablę, lecz nic to, on dumnie odpruł pętelkę i zwinąwszy nić, położył na kolanach Szmacianego Króla. Patyk musiał zatknąć za swoje wyszarzałe futerko. - Igła, gdzie jest igła? - rozległy się pospieszne głosy. Wtedy wystąpił Susłak i powiedział. - Ja Susłak Swiscypała Marsałek Mys Polny Jego Królewskiej Mości poświęcam swoją jedyną igłę do cerowania dla Smacianego Króla. - Ja nawlekam! - zawołał Nicpoń śliniąc nitkę.- Jestem przecież najlepszy w wycinaniu dziurek. - A kto dostąpi zascytu psysycia oka Jaśnie Pana? - zapytał Susłak. - Borszuj Dalipan! - zawołało myszajstwo. - Tylko on jest godny! Borszuj Dalipan wystąpił na środek i wziąwszy od Nicponia igłę z nitką, podszedł do Szmacianego Króla, ale się zaplątał w łańcuszku od zegarka. Odezwał się wówczas głosik z kąta. - Dlaczego mnie nikt o to nie poprosi? Wszyscy odwrócili się w stronę, skąd dobiegła ta uwaga. Wypowiedziała ją najskromniejsza laleczka w połatanej sukience, która siedziała osobno i wyglądała biednie. Wtedy Szmaciany Król podniósł się ze stołeczka, podszedł do laleczki w połatanej sukience i przykląkł przed nią na jedno kolano. Borszuj podał jej igłę, a ona zaczerwieniwszy się, przyszyła sprawnie guzik i wszyscy patrzyli, jak pięknie to robi. Potem Król ujął ją za rączkę i poprowadził do swego stołeczka. Laleczka usiadła obok kolan Szmacianego Króla, by przewracać kartki w Księdze Baśni. - Jakich chcecie posłuchać baśni? - zapytał Szmaciany Król, rozsuwając zamek błyskawiczny, służący jako usta. - O dzielnych rycerzach! - przekrzykiwało się myszajstwo. - O pięknych królewnach - szepnęły, czerwieniąc się porzucone w kącie laleczki. - O zwycięskich bitwach - zagrzmiał zgodnie oddział żołnierzy. Szmaciany Król spojrzał jednak pytająco na Tomka swymi oczami, z którym jedno było niebieskie jak niebo, a drugie zielone jak trawa. Tomek bardzo chciał usłyszeć bajkę dla siebie. Szmaciany Król wpatrywał się w Tomka przez długą chwilę, a potem pochylił się nad Księgą Baśni i zaczął czytać: „Był kiedyś piękny pałac w szczęśliwym królestwie, gdzie rządził król. W pałacu mieszkały trzy piękne księżniczki i jeszcze jedna - tu Król spojrzał na laleczkę w połatanej sukience i czytał dalej. Każda z nich była najpiękniejsza, miała najładniejszą sukienkę i najlepiej upięte włosy. Cały dzień księżniczki urządzały bale i zapraszały gości. Najmilszymi gośćmi było myszajstwo, zawsze wesołe i skore do żartów. Pod dachem mieszkały pracowite jaskółki, nietoperze spały w dzień, a pilnowały zamku nocą, latając bezszelestnie i omijając przeszkody. Królestwa broniło dzielne wojsko w czerwonych mundurach i z karabinami, a przy bramie stał Odźwierny, który wpuszczał każdego, kto chciał wejść. Aż kiedyś do pałacu przyszła Zła Kucharka i od tego czasu wszystko się zmieniło. Podarła Króla na kawałki, jego wierne myszajstwo nie umiało go naprawić. Księżniczkom zabrała ich piękne balowe sukienki. Przeganiała jaskółki, twierdząc, że hałasują, a nietoperzy po prostu nienawidziła, gdyż latały zbyt cicho. Odźwiernemu zakazała wpuszczać kogokolwiek, wreszcie go wyrzuciła. Nastały złe czasy. Kucharka kazała wciąż wycierać nogi, przegoniła myszajstwo, mówiąc, że rozsypuje okruchy. Na wszystkich krzyczała i kazała Gamoniowi bez przerwy sprzątać. A kiedy trwało sprzątanie, wyrzucała zabawki, darła Króla na kawałki i wierne jego myszajstwo musiało wciąż go zbierać. Gdy któryś z mieszkańców pałacu wszedł do kuchni, by poprosić o budyń, Kucharka zaczynała wrzeszczeć i robiła to tak długo, aż biedak musiał skryć się w kącie. Po pewnym czasie nikt już nie wchodził do kuchni i wszyscy uciekali, gdy tylko usłyszeli głos Kucharki, a ona wstawała o wschodzie słońca i od razu zaczynała wrzeszczeć na Gamonia, by zaczął sprzątać. Biedny Gamoń najbardziej lubił spać pod jabłonką do południa, lecz ona w ogóle nie pozwalała mu wychodzić do ogrodu, tylko trzymała go w ciemnej kuchni. Myszajstwo już nie dostawało ciastek. Wygnane na strych, nie miało co robić, więc ciągle wybuchały kłótnie. Mieszkali tam wszyscy, wygnani i bardzo przygnębieni, a Kucharka wciąż na wszystkich wrzeszczała. W Królestwie Baśni zapanował smutek i nieszczęście, a porządku i tak wcale nie było, gdyż wszyscy z rozpaczą w sercach poddawali się bezwzględnym rządom Złej Kucharki, która wszystkimi poniewierała. Aż pewnego dnia przybył do zamku królewicz z Zaczarowanej Krainy. Zobaczył, w jak okropnym stanie znajduje się Król, jak biednie wyglądają najpiękniejsze księżniczki, a myszajstwo kryje się ze strachem po kątach. Wtedy królewicz..." W tym właśnie momencie usłyszeli głos Kucharki i odgłosy tłuczenia łyżką o garnek, które były wręcz ogłuszające. - Sprzątnięte, wchodzić! Laleczki o potarganych włosach spojrzały na siebie, a myszajstwo skuliło się w kąciku. Nikt nie chciał zejść do kuchni, każdy wiedział, że tam czeka sprawdzanie paznokci, wrzaski i niegrzeczne słowa. Król przerwał, laleczka przewróciła mu stronę w Księdze Baśni. Tomek widział ich smutne miny i słyszał westchnienia. Było mu ich strasznie żal. Czuł, że zaraz pęknie mu serce. Zapanowała wielka cisza. Król nie czytał dalszego ciągu baśni, mimo że laleczka przewróciła stronę. Podniósł głowę i spojrzał na Tomka oczami, z których jedno było niebieskie jak niebo, a drugie zielone jak wiosenna trawa. Wszystkie oczy skierowały się na chłopca. Wtedy dobiegł z dołu wrzask Kucharki. - Sprzątnięte! Wchodzić! - tłukła z wściekłością łyżką o garnek i wrzeszczała ze wszystkich sił. Hałas przerażał wszystkich. Szmaciany Król milczał. Wszak on najbardziej był narażony na wybuchy wściekłości Złej Kucharki. Nie raz darła go na kawałki, a guziki, służące jako oczy, wyrzucała byle gdzie, najczęściej jedno w lewą, a drugie w prawą stronę. Laleczki skuliły się w kącie, pragnąc, by pokrył je kurz i pajęczyny, tak aby Kucharka ich nie dostrzegła. Każdy bał się wyrzucenia za mur Zamku, odłączenia od przyjaciół i bliskich. Wyrzucony daleko, tracił na zawsze ukochany dom i nigdy już nie dostawał budyniu. Kucharka wprowadzała swoje porządki. Z tego powodu wszyscy czuli się nieszczęśliwi, przerażeni i zagrożeni. Jej porządki nie odpowiadały nikomu. - To o mnie jest ta bajka - powiedział głośno Tomek. - Ja muszę uratować królestwo. Ono jest moje. Popatrzył na wszystkich. - I wy wszyscy należycie do mnie. Wszyscy patrzyli na niego. Nie padło ani jedno słowo. - Muszę zrobić porządek! Zrobiło się jeszcze ciszej. Wtedy Tomek przełknął głośno ślinę, bo nagle coś mu uwięzło w gardle i postąpił krok w kierunku drzwi. Czuł, że jego nogi są dwoma kawałkami drewna. Musiał podejść trzy kroki do drzwi, ale było to trudne. Kiedy się nareszcie odważył i stawiał powoli stopę za stopą, wszyscy na niego patrzyli. Na progu się odwrócił i jeszcze raz spojrzał w oczy Szmacianego Króla, z których jedno było niebieskie jak niebo, a drugie zielone jak wiosenna trawa, i szybko zbiegł po schodach.

ROZDZIAŁ XXI

ZŁA KUCHARKA

Gruba Kucharka siedziała w kuchni na stołku. Sitko sterczało jej ponad czołem i zadzierała głowę. W jednej ręce trzymała łyżkę od mieszania zupy, w drugiej tłuczek do ziemniaków. Obok niej stał sztywno Gamoń i gapił się przed siebie, wytrzeszczając oczy. Jego grzywka była świeżo przylizana poślinionymi palcami. -Można wejść, sprzątnięte! - wrzasnęła na Tomka. -Stanął przed nią na miękkich nogach i nagle przypomniał sobie załzawione oczka tych wszystkich, którzy czekali, i powiedział głośno. - Dlaczego jest tak brudno w twojej kuchni, Kucharko? - Mów do mnie, jaśnie pani! - wrzasnęła, rozglądając się z niepokojem. - Gdyby tu rządził Szmaciany Król, ta kuchnia lśniłaby czystością. Kucharka poczuła się niezręcznie.- Podaj lemoniadę, Gamoniu. Właśnie ze strychu zaczęło schodzić po cichu myszajstwo i reszta. Słychać było klapanie pantofli Odźwiernego. Kiedy Gamoń wręczył Tomkowi szklankę, ten rzekł. - W tej lemoniadzie pływa mucha, kucharko. Gdyby tu latały jaskółki, nie byłoby w niej much. Oddał Gamoniowi szklankę, a ten podniósł ją pod światło, wzruszył ramionami i szybko wypił. Całe strychliwe towarzystwo zatrzymało się tuż za progiem, zaglądając przez otwarte drzwi do kuchni. Kucharka uderzyła łyżką o tłuczek. Na ten sygnał ruszyły się z pieca kuchennego garnki i patelnie i zaczęły po jednej zeskakiwać na podłogę, gdzie ustawiły się w rzędzie: garnki po jednej stronie, a patelnie naprzeciwko nich. - Tańczyć! - rozkazała Kucharka. Patelnie stanęły na swych trzonkach, a garnki uderzyły pokrywkami. W rytm tej muzyki naczynia zaczęły się kręcić: garnki w lewo, a patelnie w prawo. Garnki robiły to ciężko i powoli, a patelnie traciły równowagę na jednej nodze. Hałas pokryw był trudny do wytrzymania. - Dosyć tego! - krzyknął Tomek. - Gdyby tu były lalki, one pokazałyby, jak się tańczy. - Na miejsce ! - wrzasnęła kucharka. - Ściskała w garści łyżkę i tłuczek, sitko obsunęło się jej na oczy, więc niewiele widziała. Gamoń, w białym dziś kołnierzyku, stał sztywno i gapił się w dal. Wszyscy, którzy stali za progiem i nie mieli odwagi wejść, zaczęli się cichutko śmiać. Garnki i patelnie wcale nie słyszały rozkazu Kucharki i tańczyły dalej w głośnym hałasie. Kucharka schowała głowę w ramiona. - Przestańcie! - wrzasnęła. Wielki sagan stanął naprzeciwko Kucharki i walił pokrywką z całej siły, a patelnie ustawiły się parami i zaczęły o siebie stukać. Kucharka szybko zasłoniła uszy rękami, w których trzymała łyżkę i tłuczek uderzając się nimi w głowę. Opuściła ręce, siedziała otumaniona. Sagan dał znak pokrywą, garnki i patelnie tocząc się niezgrabnie, zaczęły po jednemu wskakiwać z powrotem na piec, gdzie się ustawiły w rzędzie, zadowolone. Sagan brzęknął ostatni raz ostrzegawczo i zapadła cisza. Kucharka podniosła głowę i zrobiła złą minę. Chciała wstać, więc dała znak Gamoniowi, by jej pomógł. A Gamoń, jak to Gamoń, niezgrabnie podjął ją pod ramię, wykopując spod niej stołek. Kucharka runęła na podłogę, nakrywając się nogami. Łyżka i tłuczek wypadły z jej rąk, a sitko zakryło twarz. Wrzasnęła więc niewyraźnie spoza sitka. - Gamoń! Podnieś mnie! Gamoń, jak to Gamoń! Trzymał właśnie stołek, nie odstawił go na podłogę, lecz mając ręce zajęte, usiłował ją podnieść. Kucharka i stołek upadły na podłogę, ona pod spodem, on na wierzchu. - Ty Gamoniu! - wrzasnęła Kucharka. - Natychmiast zdejmij ze mnie ten stołek! Gamoń stał drapiąc się w głowę i przyglądał się leżącej Kucharce. A potem powiedział stanowczo. - Musisz mnie poprosić, Kucharko! - Ty Gamoniu! Podnieś mnie natychmiast! Lecz on włożył dłonie pod pachy i stał obok, patrząc na nią z góry. A wtedy Kucharka zaczęła z całej siły wrzeszczeć. Gamoń zbladł, towarzystwo kryjące się przy wejściu schowało pyszczki za drzwi. Wtedy Tomek podszedł i wyjął Kucharce z ręki łyżkę i tłuczek i odłożył je daleko. Kucharka nagle zamilkła. Strąciła sitko z głowy i przyjrzała się swoim pustym rękom zupełnie otumaniona, a potem zerwała się z podłogi wywracając stołek. Podniosła go i postawiwszy ze stuknięciem na podłodze, usiadła na nim z rozmachem, ale to już nie był tron, a ona nie mając łyżki, tłuczka, ani sitka, nie mogła się uważać za królową. Siedziała ogłupiona, przewracając oczami, ale znikąd nie było dla niej pomocy. Wtedy Tomek powiedział głośno. - Ugotuj dla wszystkich budyniu! Na te słowa, jak na sygnał, towarzystwo strychowe zaczęło wołać zza drzwi. - Budyniu! Kucharka powstała powoli i ujęła się pod boki. - Coo! - wrzasnęła. - Mam gotować dla tej hałastry?! Wszyscy przestali wołać i zrobiła się cisza. - Chcemy budyniu, Kucharko! - powtórzył Tomek.- Jeśli się zgodzi, powiem, że ją lubimy jak ten budyń – postanowił w myśli. Ale Kucharka, trzymając się pod boki, potoczyła po wszystkich złym spojrzeniem i krzyknęła. - Nigdy! Cisza była okropna. Ważyły się losy królestwa. Tomek podszedł trzy kroki do przodu i stanął blisko, naprzeciwko Kucharki patrząc w jej złe oczy. I powiedział to, o czym wszyscy myśleli, a nikt nie miał odwagi głośno powiedzieć. - Wynoś się stąd, Kucharko! A Kucharka zrobiła się bardzo zła. Po prostu zła jak końska mucha. Zerwała się ze stołka i zaczęła się kręcić po kuchni bucząc. - Muchy w lemoniadzie, co za wstyd, brudna kuchnia, co za wstyd, wynoś się stąd, co za wstyd. Obróciła się parę razy i zrobiła się jeszcze bardziej zła, niż przedtem. Kręcąc się coraz szybciej powtarzała bez przerwy. - Muchy w lemoniadzie, wynoś się stąd, co za wstyd - a potem kręciła się już tak szybko, że nie można było niczego zrozumieć oprócz buczenia: mmmmmm. I Kucharka wirowała tak szybko, że sama zamieniła się w muchę. Wtedy towarzystwo zza progu, które dotychczas nie miało odwagi wejść, wbiegło i skacząc wołało: "A sio! A sio!" Gamoń zaś zaczął machać ramionami. Kucharka - mucha pokręciła się jeszcze, aż wreszcie bzyknęła ze złością i wyleciała przez otwarte drzwi. Wszyscy zaczęli się cieszyć, wrzawa zrobiła się nieopisana. Jeden przez drugiego opowiadali, jak to się przed chwilą odbyło. Potem wszyscy zamilkli i spojrzeli na Tomka. Stał na środku i nie wiedział, co ma powiedzieć. - Ja - wyjąkał niepewnie. - E... Cisza była ogromna. Tomek czuł, że powinien wygłosić błyskotliwe przemówienie, wypowiedzieć słowa, które wszystkim zostaną w pamięci, ale w jego głowie było pusto. Rozejrzał się szukając pomocy i wtedy jego wzrok padł na Gamonia. A Gamoń, jak to Gamoń! Uważał, że wszystko potrafi. Wyszedł na środek, stanął przed wszystkimi i rzekł. - Ja jestem stołek. Jakże gromki wybuchł śmiech! A potem laleczki zaczęły gotować budyń dla wszystkich i każdy dostał w swojej ulubionej miseczce i usiadł na swoim ulubionym miejscu przy piecu. Wszyscy jedli gorący budyń i byli bardzo szczęśliwi. A kiedy budyń został już zjedzony, a miseczki i garnki wymyte i postawione na swoje miejsce, wielki sagan uderzył w pokrywkę. Na ten znak wszystkie garnki i patelnie zaczęły cicho i słodko pobrzękiwać. Była to piękna muzyka i zaczął się bal. Laleczki uczesały włosy i uprasowały sukienki, myszajstwo wyszczotkowało futro i wszyscy zaczęli tańczyć. Tomek, uśmiechając się, stał z boku. Było to tak, jakby piękne dni beztroskiej zabawy znowu do niego powróciły, ale czuł, że nie o to mu chodzi, bo ma jeszcze coś ważnego do zrobienia.



ROZDZIAŁ XXII

WYZNANIA KUKUŁKI

Kiedy bal się skończył i wszyscy zmęczeni posnęli na strychu, Tomek został sam w kuchni. Panował półmrok. Siedział na stołeczku, zastanawiając się nad tym, co się wydarzyło. Usłyszał nagle głośne tykanie, dobiegające z kąta po prawej stronie. Wisiał tam drewniany zegar, tak stary, że rozeschły się jego boki i poprzez szpary prześwitywały zębate koła. Pod nim kołysało się wahadło, a poniżej wisiał barometr z napisami: "Pogoda" i "Deszcz". Tomek podbiegł do zegara. Na tarczy zobaczył dwie wskazówki, dużą i małą. Obserwował je przez dłuższą chwilę, wcale się jednak nie poruszyły. Bardzo chciał mieć swój własny czas, więc palcem popchnął nieco minutową wskazówkę. Nic się nie wydarzyło. Po chwili posunął ją znacznie dalej. I znowu nic. Wtedy zaczął obracać wskazówkami jak szalony i wszystko zaczęło ożywać. Przed zegarem siedziała na drążku drewniana niebieska Kukułka. Jej pierś się podniosła i wydobyło się z niej okropne, rozdzierające westchnienie. Z oka wypłynęła łza, a Kukułka otarła ją dokładnie skrzydłem. - Ona wiele przeżyła, dużo cierpiała - odezwał się głos. W kącie była rozsnuta gęsta pajęczyna, bardzo stara i zakurzona. Wszystkimi nogami zaczepiony wisiał na niej głową w dół wychudzony Pająk. Jego brzuch był wklęsły, a grzbiet zapadnięty. - Dlaczego wisisz głową w dół? - zainteresował się Tomek. - W ten sposób wypoczywam, bo zmienia się ciśnienie w czaszce. Rozumiesz, gdy ktoś bardzo dużo rozmyśla. - O czym wciąż rozmyślasz? - O życiu i w ogóle - odpowiedział Pająk. - O czym więcej? - chciał się dowiedzieć Tomek. - Więcej o „w ogóle" - odpowiedział zadumany Pająk i zakołysał się na pajęczynie. - A dlaczego jesteś taki chudy? - Post zapewnia jasność myślenia. Gdy zacząłem mniej jadać, mój umysł skupił się nad ważnymi sprawami. - Nad „w ogóle" - przypomniał Tomek. - Na tym szczególnie. Im mniej przyjmowałem pokarmów, tym więcej pojmowałem. - Gdybyś nie jadł zupełnie nic, zrozumiałbyś szczególnie nie tylko „w ogóle", ale i w ogóle szczegóły. Pająk zakołysał się na pajęczynie, zastanawiając się nad tym, co usłyszał. Musiał długo myśleć, by rozstrzygnąć, czy było to bardzo głupie, czy raczej zupełnie genialne. Zegar tykał miarowo, wahadło się kołysało. - Czasami się zastanawiam - podjął Pająk po chwili - dlaczego jestem tym, kim jestem. - Westchnął ciężko. - Wielkie pytania bez odpowiedzi. - Gdy nie zjesz kolacji, to znajdziesz odpowiedź - rzekł Tomek. - Powiesz sobie : „Jestem głodnym pająkiem". - Samotność - szepnął Pająk. - Wielkie pytania bez odpowiedzi i okropne przeżycia. Kukułka na pewno ci o nich opowie, prawda? - dodał proszącym tonem. Tylko na to czekała, więc skwapliwie podeszła na koniec drążka i zaczęła drewnianym głosem. - Pamiętam, jak dziś. Był dzień moich zaręczyn. - A kiedy to było? - chciał jak zwykle uściślić Tomek. - Nie przerywaj - napomniała go Kukułka - te wspomnienia to ciężkie przeżycie. - A jak ciężkie? - Wielkie pytania bez odpowiedzi - wtrącił Pająk, wisząc jeszcze bardziej w dół niż zwykle. Kukułka zaczęła szybko opowiadać. - Od samego rana ubrałam się w odświętną sukienkę, aby oczekiwać narzeczonego. Miał przybyć punktualnie o dwunastej w południe i poprosić mnie o rękę. Stół był już nakryty szydełkowaną serwetą w kwiaty, stał na niej serwis do herbaty. O dziesiątej piłam zazwyczaj herbatę z moją bliższą rodziną, a tego dnia i z dalszą, gdyż ciocia i wujek przybyli z prowincji, aby wziąć udział w uroczystości. Siedzieli więc przy stole. Nalałam każdemu po filiżance herbaty, a na talerzyku położyłam pięć herbatników. Srebrna cukierniczka stała na środku stołu. Była to pamiątka. Moja matka dostała ją od swojej w dniu jej zaręczyn. Rzecz bardzo stosowna na tę okoliczność, gdyż na wieczku była para gołąbków złączonych dzióbkami. I wtedy to się stało. Godzina zaczęła się rozciągać. Spojrzałam na zegar. Wskazywał pięć po dziesiątej. Ciocia wsypała jedną łyżeczkę cukru do herbaty i mieszając, powiedziała: „Dziękuję”. Wujek wsypał trzy łyżeczki, nie rzekł nic, tylko wsunął do ust herbatnika, szybko popił gorzką herbatą i sięgnął po następnego, który był dla cioci. - Ona jest na diecie - mruknął. - Dba o linię. Ciocia uśmiechnęła się z pobłażaniem, mówiąc - Ach, mężczyźni, mężczyźni! - Łyżeczkę odłożyła na spodeczek bez stuknięcia i upiła jeden łyk, po czym otarła kąciki ust chusteczką z wyhaftowanym jej imieniem: „Zofija". Pomyślałam, że przepięknie haftuje, ściegiem o dziwnej ortografii i jest delikatną i grzeczną osobą, wujek natomiast - tu skarciłam się za krytykowanie starszych i to należących do rodziny - jest łakomczuchem. Powinien zapytać ciocię, czy może zjeść jej herbatnik. I po co wsypywać tyle cukru, jeżeli się go nie pomiesza? Spojrzałam na zegar, wskazówka nadal stała na pięć po dziesiątej. Minęło zaledwie dziesięć sekund! - Czy ten zegar dobrze idzie? - zapytałam z niepokojem ojca. - Czy to był ten sam zegar? - wtrącił Tomek, wskazując na wiszący na ścianie. - Nie przerywaj - rzekła Kukułka ostro. - Wielkie pytania...- zaczął Pająk. - Cicho bądź! - ofuknął go Tomek. - To jest proste pytanie i proszę o odpowiedź. - Oczywiście! - odrzekła Kukułka z wściekłością. - A więc zapytałam ojca, czy ten zegar... - Jeżeli to był właśnie ten - przerwał Tomek - chodził dobrze. Cały czas go obserwuję. Możesz być spokojna, jeżeli wskazywał dziesięć sekund, to na pewno tyle minęło. - Słuchaj, jakie to okropne przeżycie - zaczął Pająk - lubimy tego słuchać co wieczór. - Dotychczas ta historia wcale nie jest straszna, omiń te dziesięć sekund, Kukułko. - Właśnie nie dało się ich ominąć! - wrzasnęła Kukułka. I zaczęła szybko wrzeszczeć. - Mój ojciec odłożył fajkę na popielniczkę i podniósłszy się, podszedł do zegara. Pod nim wisiał jego ulubiony barometr. Postukał w szkiełko i powiedział: „Będzie słoneczna pogoda. Barometr idzie w górę". - Twój ojciec miał rację - rzekł Tomek spokojnie - jeżeli barometr idzie w górę, zapowiada się piękna pogoda. Jest to związane z ciśnieniem, które Pająk ma w głowie. On może ci to wytłumaczyć. - Co mnie obchodzi ciśnienie! - wrzeszczała Kukułka. - Co mnie obchodzi Pająk i jego głowa! Ona mnie nigdy nie chciała. - Pająk smutnie się zakołysał na pajęczynie. - A ja pragnąłem ją pocieszyć po utracie narzeczonego. - Zabiłeś puentę! - wrzasnęła Kukułka. - Może opowiadanie stanie się ciekawsze po śmierci tej puenty - rzekł Tomek. - Ona była nudna. - Ależ puenta to najciekawszy punkt historii. No, daj mi wreszcie powiedzieć. A więc, mój ojciec usiadł z powrotem w fotelu. Nie rzekł ani słowa na temat zegara. - Pamiętam, jak dziś - zaczęła wtedy moja matka - dzień swoich zaręczyn. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Pokręciłam się po kuchni, lecz moja matka krzyknęła: „Zamykaj drzwi, bo biszkopt opadnie." Właśnie robiła tort na tę okazję. - Czyja matka robiła tort? - Jej! - wrzasnęła Kukułka. - Mojej matki matka! - Czekoladowy - rzekł ojciec, postukując fajką o popielniczkę. - Pamiętasz? - ucieszyła się moja matka. - A przecież minęło trzydzieści lat! - Jak sen - wtrąciła ciocia, odstawiając filiżankę na spodeczek i tym razem bez stuknięcia. - Mm, przeleciało, moja stara - potwierdził wujek z pełnymi ustami. Jadł już herbatnika przeznaczonego dla mnie i ciamkał obrzydliwie. - Dlaczego wujek nie wziął tortu czekoladowego? - zapytał Tomek. - Bo tort został zjedzony trzydzieści lat wcześniej!- wrzasnęła Kukułka. - A herbatniki, kiedy? - chciał uściślić Tomek. - Właśnie to jest puentą tego opowiadania! Zabiłeś ją! - To już druga! - zdziwił się. - Ile ich jeszcze zaprosiłaś na to przyjęcie? Kukułka przełknąwszy zniewagę, podjęła wątek, robiąc krok do przodu. - Spojrzałam na zegar: sześć pod dziesiątej. Upłynęło zaledwie pięćdziesiąt sekund! Nie wierzyłam własnym oczom. Zegar chodził miarowo. Chciałam znowu zapytać ojca o godzinę, ale on się podniósł od stolika i położywszy fajkę na popielniczce, podszedł do zegara i go nakręcił. Skończywszy, usiadł w milczeniu. - Czas będzie teraz szybciej mijał! - ucieszyłam się. - Ale jakże się myliłam! Wlókł się jeszcze wolniej. Ostatnie pięć minut trwało dłużej niż poprzednie godziny. Posunęła się na drążku do przodu. Jeszcze jeden krok i spadnie! Tomek otworzył usta, by jej to powiedzieć. - Słuchaj dalej! - wrzasnęła Kukułka, podchodząc na sam koniec drążka. - Właśnie zbliżam się do puenty. Tomek widział, jak niebezpiecznie się wychyla poza drążek i wskazywał to palcem. - Wybiła dwunasta. Kołatka na drzwiach milczała. Minęła długa minuta. A potem druga i trzecia, jeszcze dłuższe. Kukułka zaczepiała się jednym pazurkiem na końcu drążka. Tomek ponownie usiłował ją ostrzec. Podnosząc grzecznie palec, zapytał: - Czy mogę coś powiedzieć, Kukułko? - Nie! - wrzasnęła. - Kiedy minęło dziesięć minut, a mego narzeczonego nadal nie było, powiedziałam do siebie tak: „Spóźni się o piętnaście minut", a on... - A on wcale nie przyszedł, hura! Koniec opowiadania! - wykrzyknął z radością Tomek. Po czym widząc minę Kukułki dodał - Wiem, zabiłem trzecią puentę. - O dwunastej dwadzieścia powiedziałam do siebie - wrzeszczała Kukułka w szale nie bacząc na nic. - „Musiał wrócić się z pół drogi, gdyż przez roztargnienie zapomniał bukietu." Tu Kukułka zamilkła, gdyż łzy zakręciły się w jej oczach. Chcąc je otrzeć podniosła tę, nogę na której siedziała. I... Pająk błyskawicznie oderwał się od pajęczyny i jednym skokiem znalazł się przy Kukułce, pochwyciwszy ja w ramiona tuż nad podłogą. - Chciałem ją ostrzec, że spadnie - rzekł Tomek - ale nie pozwoliła sobie przerwać. - Wielkie odpowiedzi - rzekł Pająk, tuląc Kukułkę w ramionach. - A właściwie, dlaczego opowiedziałaś mi tę historię bez puenty, Kukułko? - zapytał Tomek.- Była nudna, rozwlekła, pełna zbędnych szczegółów i ciągnęła się godzinami. Wtedy Zegar rzekł. - Trwała tylko pięć minut. Kukułka słuchała wyznań Pająka, pragnąc, aby tym razem minuta nigdy się nie skończyła. Ten czas należał do nich. Tomek przez chwilę w nim przebywał.


ROZDZIAŁ XXIII

WYZNANIA SOWY

Tomek nagle zauważył, że w ciemnym kącie po przeciwnej stronie stoi olbrzymi stary kredens.
3.jpg

Jego przednia część składała się całkowicie z szuflad różnej wielkości, a w każdej tkwił kluczyk. Tomek nagle usłyszał dziwne odgłosy, dobiegały z góry. Najpierw zaskrobały pazury, a po chwili nerwowo załomotały skrzydła i ktoś zaczął oddychać z przerażeniem. Tomek podniósł głowę, górną część Kredensu zakrywała ciemność. Tajemniczy mieszkaniec schodził stawiając drżące nogi na brzegu szuflady. Niebezpieczna to była wędrówka, skrzydła co chwilę trzepotały z wysiłkiem. Po dłuższej chwili Sowa ukazała się w całej trzęsącej się okazałości. Usiłowała wypiąć pierś pod spraną kamizelką, o wiele na nią za obszerną, w którą się co dzień odziewała od czasów zamierzchłej młodości. Spojrzała na Tomka wyblakłym złotym okiem. Czy wiesz, kim jestem? - zapytała. - Nie wiem, Stara Sowo. - Jestem strażnikiem - rzekła, dławiąc się z oburzenia, gdyż nazwał ją starą sową. - Tego starego kredensu?! Sowa usiłowała pokazać, jaki gniew nią wstrząsnął, lecz o mało co nie utraciła równowagi. - To jest źródło! - rzekła z godnością. Rozejrzał się ze zdziwieniem, z szuflad wcale się nie lała woda. - Tu są odpowiedzi na wszystkie pytania - powiedziała Sowa. - Pająk siedział w niewłaściwym kącie. W tamtym są same pytania, w tym odpowiedzi. Sowa milczała wyniośle. - Mam ważne pytanie: Jak odnaleźć wejście do baśni. - Musisz poznać prawo. - Jakie? - No... - zaczęła Sowa, oglądając szpony. - Ogólne i jedyne. - Gdzie ono jest ? - Tu w szufladach są prawa nauki. Tomek pochwycił za klucz, by otworzyć pierwszą szufladę. Klucz był bardzo duży, a szuflada ciężka. Klucz się nie obrócił, a szuflada nawet nie drgnęła. Pochwycił drugi klucz, lecz i tego nie zdołał przekręcić. - Dlaczego nie mogę wysunąć żadnej szuflady? - Są chronione, gdyż trzeba studiować latami, by się otworzyła. - Nie mam tyle czasu- powiedział Tomek. - Opowiem ci o odkryciu wielkiego prawa. A było to tak - rozpoczęła Sowa. - Siedziałam właśnie na ramieniu uczonego, gdy wykazał jasno, że ludzkość przez wieki żyła w ciemności. - Nie wynaleźli światła - wtrącił Tomek. - Skąd oni wówczas wiedzieli, że jest ciemno? - Wyjaśnię ci, jak błądzisz w ciemności, kiedy jasno widzisz. Na przykład: spójrzmy na ten kredens. Gdyby go odsunąć bardzo daleko, wówczas stałby w innym miejscu. - To trzeba było odkrywać? - zapytał, mocując się z kolejnym kluczem. Słuchając opowieści Sowy, wciąż usiłował wysunąć którąś z szuflad. - Pamiętam ten dzień jak dziś - skrzeczała Sowa w upojeniu. - Uczony stał na środku obserwatorium, trzymając kartkę, na której zapisał prawo naukowe i wołał gromkim głosem: „Wszystkie dotychczasowe odkrycia można wyrzucić na śmietnik"! Czując, że się zanosi na kolejną wielką pomyłkę naukową, która beze mnie nie byłaby odkryta, uchwyciłam się jego ramienia, by go wesprzeć, a on podszedł do wielkiej lunety i przyłożył do niej oko. - Czy szukał tego kredensu, który był w innym miejscu? Ale rozgorączkowana Sowa nie słyszała. - Na ścianie leżał wielki cień uczonego. Nagle rzekł do mnie... - Cień rzekł? - zapytał Tomek. Sfrunęłam z jego ramienia na brzeg lunety i przybliżyłam oko. Zobaczyłam czarne niebo usiane gwiazdami. - „Czy wiesz, że te gwiazdy są w zupełnie innym miejscu, niż je widzisz?" - zawołał uczony. - Zgubiliście całe niebo! - zawołał Tomek. - Bo światło się ugina! - wykrzyknęła Sowa z triumfem. - Ten uczony wynalazł krzywe światło! - domyślił się Tomek. - I dlatego widzimy ten kredens w innym miejscu, niż stoi! - zaskrzeczała Sowa. Tomek nadal mocował się z kluczykami, by wysunąć jakąkolwiek szufladę. - Są dwa sposoby zgłębiania w górę tego Kredensu, czyli Wiedzy. - rzekła. - Pełzanie lub wielka pomyłka i podskok o wiele szuflad! - Pierwszy trwa za długo, drugi powoduje wyrzucanie rzeczy, które są jeszcze zupełnie dobre, na przykład prostego światła - rzekł Tomek. - Gdybym siedziała na twoim ramieniu i ty mógłbyś odkryć nową wielką pomyłkę naukową. - To prawo jest dobre dla ciebie, nie dla mnie - rzekł chłopiec. - Znajdź je sam! - zaskrzeczała Sowa obrażona. Tomek zmartwił się. Poznawanie praw okazało się mozolne i trwało latami. Odkrywanie prawa zdarzało się również w sekundzie, lecz mogło okazać się wielką pomyłka naukową. Obie drogi nie były dobre. Zauważył w tym momencie, że w dolnym rzędzie tuż nad podłogą była maleńka szuflada bez klucza. Nigdy jej nie zamykano, widocznie każdy mógł się zapoznać z zawartością. Szybko ukląkł i ją wysunął. Była pełna maleńkich karteczek powrzucanych bez żadnego porządku. Wziął pierwszą z brzegu i przeczytał głośno: „Zmrok zapada wieczorem". Brama do baśni się nie pojawiła. To prawo było nieprzydatne, więc rzucił kartkę na podłogę. Zagłębił dłoń w szufladzie i długo przebierał palcami, aż wyciągnął następną karteczkę. „Owady mają osiem nóg” - przeczytał. Wejście się nie otworzyło. To prawo również na nic się nie zdało. Postanowił wyszukać jeszcze jedną z głębi, więc wsunął rękę aż po ramię i długo szperał. „Powietrza nie widać" - przeczytał. - Też mi prawa! – wykrzyknął. – Przecież to widać gołym okiem. Wyciągał kartkę za kartką i przeczytawszy odrzucał. Te prawa były jedynie oczywistymi odpowiedziami. Zajrzał głęboko do wnętrza szuflady, daleko leżała ostatnia karteczka. Wyciągnął po nią rękę, ale nie mógł dosięgnąć. Wyprostowywał ramię z całej siły, aż nagle wpadł do środka szuflady.


ROZDZIAŁ XXIV

GADATLIWA BIBLIOTEKA

Tomek znalazł się w bibliotece. Była to olbrzymia sala, zastawiona półkami od podłogi do sufitu. Na każdej z nich ciągnęły się rzędy książek. Podłogę wyścielał purpurowy dywan od półki do półki. Była to biblioteka. Ile mogło być w niej książek? Która podaje właściwe prawo? Trzeba o to zapytać. - Czy jest tu kto? - zapytał, lecz z jego ust wydobył się tylko szept. Ta cisza go onieśmielała. Musiał sam znaleźć właściwą książkę. Z westchnieniem podszedł do półki. Na książce niechętnie odwróconej do niego grzbietem widniał tytuł: „Prawo-historia”. Ucieszył się, że od razu odnalazł odpowiednią półkę. Teraz idąc wzdłuż wystarczy półek zgubić to słowo „historia". Na następnej półce jednakże natknął się na coś innego: „Prawo-historia. Patrz kodeksy". - Co to znaczy „Patrz kodeksy"? - wykrzyknął. Odpowiedziało mu milczenie, pokazując, jak niestosowne było jego pytanie. Wprawdzie nikt oprócz niego się nie znajdował w bibliotece, lecz cisza postępowała tak, jakby ukryte za półkami tłumy czytelników studiowały owe tajemnicze: „Patrz kodeksy”, a każdy szept rozpraszał ich skupienie. Owszem, poczuł, że zachował się niestosownie. W bibliotece nie wolno krzyczeć. Ale nikogo oprócz niego nie było, a książki nie chciały mu pomóc, kiedy je grzecznie poprosił. Nie zamierzał ustępować ani się cofać. Musi się dowiedzieć. Tomek uwielbiał być uparty, szczególnie wtedy, kiedy chciał się czegoś dowiedzieć. Ruszył dalej, sunąc palcem po grzbietach książek. - Przestań mnie łaskotać! - książka rozkazała ostrym tonem, powstrzymując się za okładki, by się nie roześmiać. Tomek, jednakże nie cofnął palca, by nie zgubić kolejności. Postanowił łaskotać je tak długo, aż mu wszystko powiedzą. - On się wcale nie słucha NAS! - zawtórowała następna książka groźnie, lecz roześmiała się, bo ją Tomek połaskotał. - Lekceważy wiedzę! Ha, ha, ha! - wybuchła następna. - Przestanę was łaskotać, gdy wyjaśnicie, co znaczy „Patrz kodeksy”. Dzieła milczały wzgardliwie. Zawierały wiedzę wielką, a może nawet całą, lecz nawet jej kawałka nie chciały mu udzielić. - Mówcie! Bo będę was łaskotać. Tomek czekał, trzymając palec na grzbiecie książki. Odpowiedziało mu milczenie. Mądre książki go lekceważyły. O nie, na pewno nie ustąpi i nie cofnie palca. - Powiedzcie mi! – zawołał. – Bo będę łaskotać. Jego palec lekko się poruszył po grzbiecie książki. Przez chwilę panowała cisza, książki chyba naradzały się między sobą po cichu. - Jesteśmy ułożone według działów – wreszcie wycedził wysoki wolumen, lecz nim skończył, zaczął chichotać. Delikatne łaskotnięcie palca ponagliło następną książkę do odpowiedzi. - Jest to zbiór pewnych, he, he, he ... - Tom XXI nie dokończył, śmiejąc się głośno. Lekki ruch palca połaskotał następny grzbiet. - Mamy różne kodeksy - rzekł zadziornie Tom XVII. Lecz: Ha, hi, hi, hi - wybuchnął śmiechem. Niedostrzegalne muśnięcie po grzbiecie. - Działy są podzielone na poddziały - rzekł głośno Tom Przypisów i: Hi, hi, hi, hi, ha, ha - roześmiał się od okładki do okładki. Dotknięcie delikatne jak puch. - A te na pod - pod - działy - wyjaśnił tom Spis Rzeczy i: Hy, hy, hy, hu, hu- roześmiał się. Cała półka książek śmiała się głośno, ha, ha, ha, hi, hi, hi, trzymając się za boki okładek. - Wszystko dzieli się na wszystko - rzekł Tomek. - W ten sposób nie można się zgubić! - podsumował Tom Przypisy do Przypisów, chichocząc jak szalony. Chłopiec się rozejrzał. - Właśnie się zgubiłem w dziale poddziału. - Zacznij od „Prawa rzymskiego” - zaproponowała złośliwie Książka w Skórzanej Okładce. - Przejdziesz trzy tysiące lat od początku prawa - dodał jeszcze złośliwiej opasły tom. - Początek kle, to kle, kle, „Kodeks Hammurabiego” - zabrzmiał klekotliwie drewniany głos książki w drewnianych okładkach. - Sprzed pięciu tysięcy lat. - Szanowna przedmówczyni raczy się mylić - przerwała stanowczo Książka Z Pergaminu, lekko uchyliwszy wystrzępioną okładkę - Początki to tabliczki woskowe. - Z tcałym szatcunkiem! - do kłótni włączyła się sucho Książka w tekturowych okładkach. - Zatczyna się otd pisma klinowego, zaosttrzoną ttrzciną na moktrej gtlinie. - Palcem na wodzie - uzupełnił Tomek, a dzieła obrażone zamknęły się. Nie mógł odejść z niczym ani też w ogóle, gdyż wyjścia nie było. - W której z was mieści się prawo Zaczarowanej Krainy? - zapytał. - Mnie przeczytaj! - szepnął namiętnie Romans. - Mój tytuł: „Prawa czarnobrewa”. - Ona jest jedynie częścią mnie - zaprzeczył turkocząc Romans Brukowy. - Jestem „Czarna czara czarnookiej”. - Ha, ha! Czara to przecież duży kielich - zaśmiała się książka w Płóciennej Okładce. - Ona mówi o miłości wydmuchiwacza szkła, dlatego tak się nadyma. - Przeczytaj mnie: „Praw mi o czarnoziemie” - rzekł prosto i po chłopsku tom na szorstkim papierze. - Ty prostaku! Odpisałeś ode mnie! - skarciła go Książka na Gazetowym Papierze pod tytułem „Uprawa czarnuszki”. - Tylko mnie słuchaj! - szepnęła tajemniczo Książka z Pentagramem. - Na moich stronach mieści się „Czarnowłosy czarnowron”. - To jest niby-nauka! Para - prawo! - krzyknęła prosto książka Typowego Formatu. - Ode mnie wszystkie odpisujecie! - wrzasnęła po królewsku Powieść Klasyczna. - Jestem solą ziemi, to jest: nauki! - zawołał Tom W Płóciennej Oprawie. - Niech się odezwie książka pod tytułem „Prawo zaczarowanej krainy”! - przekrzyczał je Tomek. Zapanowała okropna cisza. Stały sztywno obrażone. Romanse łotrzykowskie wykrzywiły się ze złością, a powieść grozy milczała upiornie. - Nie można odnaleźć tego tytułu, gdyż was źle ułożono. Trzeba to zmienić! - I bez zastanowienia zaczął książki przekładać, mówiąc. - Nudne książki powinny stać na najwyższej półce, aby ich nikt nie wziął nawet przez pomyłkę. Wyjął kilka następnych i wepchnął je jak najwyżej, wspiąwszy się na palce. - Nie dotykaj mnie! - syknął „Czar czarnoziemu”, lecz został położony bardzo wysoko. - Książki potrzebne mają się znajdować pod ręką - zaczął wyjmować tom za tomem, lecz wysuwały mu się z palców i upadały, furcząc kartkami. - Książki ciekawe - ciągnął chłopiec - muszą leżeć w zasięgu wzroku. Przekładał je i ustawiał bez zastanowienia. Wyjmował całe naręcza, lecz wypadały mu z rąk z furkotem i stukały o podłogę. Układał je na chybił trafił. Wyjmował książki grube i cienkie, w lśniących okładkach lub w papierowych i przekładał je, mieszał i przestawiał. Chciał zrobić porządek, lecz nie miał planu i zrobił bałagan.

Nagle z łoskotem spadła gruba książka wepchnięta krzywo, furkotały białe jej halki, gdy sunąc na ziemię, wstydliwie przytrzymywała swe okładki. Za nią upadło kilka następnych.
4.jpg

- Protestuję! - zawołała Wysoka Książka. - Jestem „Dzieła wybrane”! - lecz nie skończyła, gdyż podcięła mu okładkę „Kośba kosynierów”, więc z furkotem runęła z półki i upadła na stos książek z pootwieranymi okładkami. - Poezje - szepnęła Książeczka z Błękitnym Nadrukiem. - Pragnę stać obok „Listów z fiołkiem”. - Jednakże ześliznęła się wdzięcznie na stos, szepcząc coś do rymu. Teraz już książki spadały szeregami, mimo że Tomek usiłował je ustawiać nie wiedząc wciąż, jaki właściwie chce zrobić układ, więc je podpierał i podkładał, aby się nie przewracały, jednakże nadaremnie! Kiedy spadło kilka rzędów, runęła pierwsza półka, a wszystkie książki z furkotem zwaliły się na stos. Za pierwszą półką przechyliła się druga. Chwiała się niebezpiecznie, aż książki przeważyły i spadły równocześnie w szeregach, tak jak stały. Tomek już nie nadążał układać i podpierać, książki sypały się nieustannie, półki padały jedna za drugą. Chwycił się za głowę i zaczął pędzić przed siebie, słysząc za plecami łoskoty walących się półek i furkotanie książek biblioteki, której już nie było. Biegł tak chwilę klucząc i przeskakując stosy książek, nie zdając sobie sprawy z kierunku, aż nagle zobaczył przed sobą bardzo dziwne drzwi.


ROZDZIAŁ XXV

TRZECIA STRONA

Widok dziwnych drzwi tak go zaskoczył, że stanął i przyglądał się im przechyliwszy głowę na prawe ramię. Potem przechylił je na lewe, ale i od tej strony wyglądały tak samo niezwykle lub nie wyglądały tak samo zwykle jak inne. Chciał zrozumieć, jakie były. Były to drzwi zupełnie odwrotne. Nie znajdowały się wcale wewnątrz ściany, ale na jej powierzchni. To, co zazwyczaj jest wypukłe, było tu wklęsłe. Wisiał na nich jakiś napis, lecz nie mógł go w ogóle odczytać, gdyż pokazywał swoją spodnią stronę, a także litery biegły od prawej strony do lewej. Pod nim tkwiła klamka, ale również inna, skierowana w odwrotną stronę. Pchnął je lekko, ale otworzyły się na odwrót, czyli do niego. Gdy przekroczył próg, znalazł się w dziwnym miejscu. Sala, choć wcale nią nie była, wyglądała na pierwszy rzut oka zupełnie jak zwyczajna biblioteka, półki zajmowały odwróconą przestrzeń od podłogi do sufitu. Rzekomo stały równolegle do siebie, lecz w perspektywie wcale się ze sobą nie łączyły, lecz oddalały na dwa przeciwne boki. Od brzegu do brzegu wypełniały je książki, ale zostały ustawione odwrotnie, czyli grzbietami do środka, a kartkami na wierzch. Usłyszał szelest i wtedy zobaczył dziwną postać, która stała przed półką, ale się przed nią nie znajdowała. Był to kosmaty Mól Książkowy, o długich skrzydłach, przysypanych kurzem. Trzymając w rękach lupę przesuwał nią wzdłuż stronicy książki, najwyraźniej czytając, choć tego nie robił, a kartki przelatywały z taką prędkością, że tworzyły białą harmonijkę. Ukończywszy czytanie, w jednej chwili wsunął książkę na półkę. Odwrócił się przy tym do półki plecami i postawił książkę prawą ręką przez lewe ucho. Następnie lewą ręką przez prawe ucho sięgnął po kolejną książkę wcale jej nie biorąc. Ten sposób czytania bardzo się Tomkowi spodobał. Gdyby tę metodę opanował, przeczytanie książek łącznie z „Patrz kodeksy" odbyłoby się w jednej chwili, nie dziejąc się w ogóle. Poznałby wówczas prawo Zaczarowanej Krainy dzięki własnej pracy! - Naucz mnie tak szybko czytać! - wykrzyknął z entuzjazmem. Mól Książkowy zaszeleścił i z jego skrzydełek osypało się trochę pyłu. Nie przerywając czytania odpowiedział. - Musisz widzieć rzeczy właściwie. Tomek podszedł do niego i zajrzał mu przez ramię. Zobaczył jednakże, że lupa nie była wcale szkłem powiększającym, ale odwracała słowa na drugą stronę tak, jakby były kamieniami. Pokazywało się to, co było pod spodem. - Co to znaczy, właściwie? - zapytał Tomek. - Czytam tylko białe miejsca - wyjaśnił Mól Książkowy. - Dlaczego? - Odczytuję głęboką tajemnicę, która się kryje pod słowami. - Czytasz nic, puste miejsca? - powiedział Tomek. - Ależ nie. Odczytuję inne znaczenia. Słowa mają podwójne znaczenie, potrójne, a wszystkie są wieloznaczne - słowa latały w powietrzu, a wszystkie były poskładane jak chusteczki. - Daj mi jakiś przykład - poprosił Tomek, lecz słowa, które wypadły mu z ust nie miały treści. - A więc, przy-kładam - rzekł Mól Książkowy, a słowa zaczęły się układać we wzory. - Wyraz: prawo. - O, tak! - zawołał Tomek. - Tyle osób mówiło mi o prawach i każde było inne! - Prawiąc mi o tym, sprawiasz mi prawdziwą przyjemność - rzekł Mól Książkowy. - Napraw prawo bo z lewa się zlewa - poprosił Tomek, naśladując go. - Naprawdę przybyłeś z prawej strony, a tam panują inne prawa - jego słowa były odwrócone i nie do odczytania. - Czy tu jest lewa strona? - zapytał Tomek. - Jakże to niesłuszne określenie! Ta strona jest prawdziwa! - A tamta? - chłopiec wskazał drzwi, które przecież nimi nie były. - Jej w ogóle nie ma. - Przyszedłem z tamtej strony! - rzekł głośno chłopiec. - To znaczy, że nie istniejesz! - odpowiedział Mól, wcale na chłopca nie patrząc. - Nie masz prawa tak mówić! - rozgniewał się Tomek. - Według prawa tej strony jesteś tylko dziurą wycięta w powietrzu - Mól popatrzył na chłopca przyłożywszy do oka lupę. - Jesteś miejscem wydrążonym w przestrzeni- dodał. - Ja dziurą?! No, to zobaczymy! - krzyknął chłopiec i, nie namyślając się wcale, wyjął lupę z kosmatej nóżki Mola Książkowego . - Znajdę swoje własne prawo! - zawołał. - Przekonam się, kto jest dziurą w przestrzeni! - i przyłożył lupę do oka. - Nie rób tego! - zdążył tylko usłyszeć szelest słów. Ale już się stało! Czarodziejska lupa w rękach Tomka zaczęła wszystko odwracać raz jeszcze. Usiłował sobie wytłumaczyć, w którą właściwie stronę, skoro on przybył z tamtej, a lupa odwraca z tej strony w inną? Tworzyła się więc pierwsza strona drugiej strony, czy może trzecia pierwszej? Półki zaczęły się wywracać drewnem na wierzch, książki odwracały się powoli, gdyż miały wiele kartek. Najpierw wewnętrzna strona okładki wychodziła na światło, a potem obracała się po kolei stronica za stronicą. Mól Książkowy wykrzywiał się okropnie. Bardzo był kosmaty, każdy jego włosek wywracał się na inną stronę, co trwało bardzo długo, a potem jego skrzydełka wykręciły się chityną do środka. - Gdzie jestem? I kim się stałem? - zapytał, ale słowa również się odwracały w inne znaczenie. - Trzecią stroną! - odpowiedział bardzo zadowolony chłopiec, widząc jak na kosmatym pyszczku Mola obracają się włoski i go łaskoczą. Nikt jednakże nie zdołałby odpowiedzieć na to pytanie, gdyż nic nie wyglądało już tak jak przedtem. Słowa powykręcały się na zupełnie inną stronę i nie wiedzieli, co znaczą. Potem zaczęło się obracać powietrze, a za nim odległości, przestrzeń i jakości. Początek stał się końcem, a może odwrotnie? W ogóle niczego nie umiał nazwać wielokrotnie powykręcanymi słowami. A wtedy wszystko się wywróciło spodem na wierzch. Stał trzymając wciąż lupę przy oku i oglądał bardzo dziwny świat, który się nieustannie przemieniał w swoje przeciwieństwo, a kiedy kierunki przestały się wywracać, okazało się, że znalazł się w zupełnie innym miejscu.


ROZDZIAŁ XXVI

OBECNA NIEOBECNOŚĆ

Kiedy wszystko się obróciło na jeszcze jedną stronę, Tomek zobaczył, że jest tam duży obraz, który przedstawiał obraz, przed którym siedział Malarz, który malował ten obraz, na którym był Malarz, który malował obraz i chłopiec przyglądał się i zastanawiał przechylając głowę raz na jedno ramię, to znowu na drugie, by rozstrzygnąć, który obraz jest prawdziwy? Malarz się odwrócił. Miał czerwone wypukłe policzki jak jabłka gatunku Złocista Rembraneta. Włożył do ust pędzel, sięgnął po następny, który trzymał w drugiej ręce razem z paletą i przygryzając trzonek, rzekł przez zaciśnięte zęby. - Hee hahęętam, hehy hę hahahohahem? Co znaczyło: „Nie pamiętam, kiedy cię namalowałem”. Słów Malarza nie można było zrozumieć, gdyż trzymał w ustach trzonek pędzla. - Jestem prawdziwy! - obruszył się Tomek Malarz się uśmiechnął przez zaciśnięte zęby i przyjrzawszy się intensywnie Tomkowi okiem artysty, odwrócił głowę w stronę płótna na sztalugach i zaczął szybko malować na swoim obrazie. Pociągnął kilkakrotnie pędzlem po płótnie, po czym odwrócił głowę od sztalug i znowu się przyjrzał Tomkowi intensywnym okiem artysty. Tomek nagle poczuł, że ma jakieś znaczenie. Myślał nad tym, lecz nie umiał wypowiedzieć go słowami. Nagle znalazł się w niewielkiej komnatce wewnątrz obrazu i stał na posadzce w białe i czarne kwadraty. Stał tu fotel z oparciem wyrzeźbionym w kształcie głowy lwa. Wysokie buty ze srebrnymi ostrogami ktoś porzucił w pośpiechu na podłodze. Dawno zaschło na nich błoto, chodzenie ścięło im skośnie obcasy. Na drewnianym kołku w ścianie wisiała zaczepiona niedbale o rękaw aksamitna czarna kurtka ze srebrnymi guzikami. Wszystkie te przedmioty świadczyły o charakterze jakiejś osoby. W pokoju panowała czyjaś nieobecna obecność. Wszystkie przedmioty czekały na kogoś, kto miał przyjść. Ciekawe, kto to mógł być. Na pewno jakaś bardzo ważna osoba. Tomek zobaczył nagle, że na podłodze przy fotelu śpi duży pies myśliwski w białe i czarne łaty. Przed chwilą wcale go nie było. Najwidoczniej dopiero został namalowany. Kiedy chłopiec zwrócił na niego uwagę, Pies podniósł powiekę, spojrzał zaspanym okiem i nastawił jedno ucho. Naprzeciw fotela pojawił się stół nakryty obrusem, a na nim cynowy talerz z pomarańczami. Upolowana kaczka zwieszała głowę poza brzeg stołu. Kiedy Tomek zwrócił na nią uwagę, nieżywa Kaczka otworzyła oczy i, podniósłszy głowę, podparła ją skrzydłem. - Muszę odpocząć - rzekła - męczy długie leżenie bez ruchu i pozowanie. - Jesteś prawdziwa? - zdziwił się. - Uszczypnij się w policzek, będziesz wiedział. - To będzie znaczyło, że ja jestem prawdziwy! - zawołał. - Zabawimy się w kaczki na wodę? - zapytała nagle. - Ty staniesz się wodą, a ja będę na ciebie skakać. Obudzony pies zaczął się przeciągać. - Wstałeś nareszcie, ty leniu! - krzyknęła na niego Kaczka. - Gdzie moje śniadanie? - zapytał dobrodusznie Pies. - Chyba nie powiesz, że ja nim jestem!? - wrzasnęła Kaczka i dała mu pstryczka w nos. - Ona jest okropna - rzekł Pies do Tomka - zawsze taka była. Nie można jej nie lubić. Wziął sobie z patery pomarańczę i zaczął ją obierać ze skórki. - Nie wiedziałem, że psy lubią owoce - rzekł Tomek. - Tylko namalowane - odpowiedział Pies. Po czym podrzucił pomarańczę do góry, schwytał ją w locie i rozgryzł, przewracając oczami, by sprawdzić, że Tomek go podziwia. - Jestem bardzo inteligentny - rzekł zduszony głos - mogę ci to wytłumaczyć. - To Kołek w ścianie - wyjaśniła Kaczka. - Wbijając, uderzali go mocno w głowę. Odtąd uważa się za geniusza. - Zdejmijcie ze mnie tę Kurtkę! - zażądał Kołek zduszonym głosem - bo muszę mu wytłumaczyć na prostym przykładzie, że jestem genialny. Tomek podszedł do ściany i zdjąwszy Kurtkę rzucił ją na fotel. - Uważaj trochę! - rzekła Kurtka grubym głosem. - Nie przejmuj się! - krzyknęła Kaczka. - Ona zawsze się obraża. Kołek rzekł przyciszonym głosem - Jest gruba i - powiem ci na ucho - brzydko pachnie. - Cham! - rzuciła Kurtka krótko i się obraziła. Kołek rozmyślał przez chwilę głęboko. - Niektórzy uważają mnie za wariata. Ale pomiędzy geniuszem, a szaleńcem jest tylko cienka kartka papieru. - W twoim wypadku jest to bibułka! - odcięła się Kurtka. - Mogę ci to wytłumaczyć na prostym przykładzie - rzekł Kołek. - On sam jest tym prostym przykładem - wtrąciła się Kaczka. - Spójrz na niego, tępy jak kołek. - Dodała Kurtka. - Tu nie ma z kim rozmawiać! - rzekł Kołek lekceważąco. - Gdybym mógł rozwinąć skrzydła, wówczas bym pokazał, co potrafię. - Kołek ze skrzydłami! - zaśmiała się Kaczka. - Ja wiem wszystko - rzekł Kołek - mogę ci to wytłumaczyć na prostym przykładzie. Jeżeli zechcesz słuchać słów geniusza. Nagle kaczka zaczęła kwakać i bić skrzydłami, a Pies jedząc mlaskał, co sił. - Co wy robicie?! - Tomek się odwrócił z groźną miną. Kaczka położyła się, zwieszając głowę poza stół, Pies położył się pod stołem, udając, że drzemie, lecz podnosił jedną powiekę. - Ja to rozumiem - rzekł Kołek z goryczą w głosie. - Nikt nie słucha słów geniusza. Chłopiec rozejrzał się naokoło. Stał na środku pokoju, a wszyscy patrzyli tylko na niego. - Ja słucham - powiedział. - Musisz być prawy - odezwał się Prawy But. - Praw-da, prawd-da. -Lew-da, lew-da - dodał Lewy But. - Najważniejszy jest charakter - wtrąciła Kaczka głośnym tonem. - Ona ma charakterek! - powiedział Pies dobrodusznie. - Jest taka bezczelna, że trudno się jej oprzeć. Chyba się z nią ożenię. - Gdy ktoś ma odpowiedni charakter, zawsze znajduje wyjście z każdej sytuacji, nawet jeżeli jest to wejście do baśni - rzekła Kaczka, udając, że nie widzi, jak Pies sięga po następną pomarańczę. W tym momencie Lew śpiący na oparciu fotela obudził się i ziewnął szeroko, zasłaniając paszczę łapą. - To musi być wyłącznie grzeczne wyjście, bez trzaskania drzwiami - dodał. Wszyscy patrzyli na Tomka, on był najważniejszy. Chcieli mu powiedzieć o czymś ważnym. Każdy po swojemu. - Najważniejsze są dobre maniery - rzekł Lew wytwornym tonem. - Otrzymałem staranne wychowanie, pochodzę z królewskiej rodziny. - A ja jestem jego kuzynem - odezwał się nagle Lewy But. - Moje nazwisko brzmi właściwie Lew - y. - Z domu Stary Kapeć! - wtrąciła Kaczka. - Ona jest cudowna - powiedział Pies. - Jutro się jej oświadczę. I uśmiechając się słodko do Kaczki, nieznacznie sięgnął po następną pomarańczę. Wszedł pod stół i zaczął ją po cichu obierać. - Praw-da, praw-da - wtrącił swoje Prawy But. -Lew-da - dodał Lewy But. - Musisz wiedzieć, w której ręce trzymać nóż, a w której widelec - wtrącił Lew godnym tonem - przy stole nie należy się garbić. Tomek nagle zrozumiał. - Odpowiadacie na moje pytania! Mówicie, jak trzeba postępować. - Pra-da, praw-da - wtrącił swoje Prawy But. - Lew-da - podsumował Lewy But. - Musisz wiedzieć, że ryby nie jada się nożem - rzekł Lew uprzejmie. - Trzeba rąbnąć pięścią w stół - rzekł Kołek. - Ale któż słucha słów geniusza. - Ja słucham - powtórzył Tomek. - Nie zapominaj o dobrych manierach - napomniał go Lew. - Za takie zachowanie nie dostaniesz deseru. - Nie chcę deseru! - zawołał Tomek. - Nie chcę go jeść widelcem i nożem... - Do tego służy deserowa łyżeczka lub specjalny widelczyk - wyjaśnił ze znawstwem Lew. - Musisz być prawy - wtrącił swoje Prawy But. - A wejścia czy też wyjścia jak nie było, tak nie ma! - rozgniewał się Tomek. - Chcę, żeby było. - Czy mam zrozumieć, że chcesz mnie obrazić? - zapytał Lew. - W takim wypadku muszę cię wyzwać na pojedynek. Zbliż się, abym mógł cię spoliczkować. Tego wymagają dobre maniery - wyjaśnił ze znawstwem Lew, który naprawdę wiedział wszystko o dobrym wychowaniu. - Obraź go! - wrzasnęła Kaczka. - Pociągnij za ogon! - On ma tylko wyrzeźbioną głowę - odezwała się Kurtka. - Zrobię tu porządek - tupnął nogą Tomek. - Nie można dojść z wami do ładu. - Przyłóż mu od razu w ucho - krzyknęła Kaczka - pokaż charakter! - Najtrudniejsze są proste rozwiązania bez rozwiązania - powiedział Kołek ze spokojem. Ale kto słucha słów geniusza? - Praw-da, praw-da - powiedział rytmicznie Prawy But. - Lew-da - dodał swoje Lewy But. Kaczka wychyliwszy się poza krawędź, wsadziła głowę pod stół. Zobaczyła tam Psa, który z anielską miną połykał kolejną pomarańczę. - Nie dostaniesz więcej! - wrzasnęła, machnąwszy skrzydłem przed nosem Psa. Po czym wczołgała się z powrotem na stół i odsunęła paterę z owocami spoza zasięgu jego łap. Nagle Pies wyskoczył spod stołu, zaczepiwszy o serwetę, o mało przy tym nie ściągając Kaczki na podłogę. - Cisza! - zawołał, stając na środku pokoju. Podniesionym nosem węszył w powietrzu. - Tam! - krzyknął i ruszył pędem za czymś niewidzialnym. Ale to mu uciekło, więc się wyprężył węsząc. - Jest! - i znowu dał susa w stronę przeciwną. - Na co on poluje? - zapytał Tomek. - Na komara - odrzekła Kaczka. - Jest przecież psem myśliwskim. Pies gnał w szalonych susach, podskakując co chwila i kłapiąc zębami w powietrzu. Jego pazury stukały na posadzce. Nagle się zatrzymał i zapytał - Czy ma ktoś nożyczki? - Będziesz ciąć komara? - zapytał Tomek. - Chcę sobie obciąć paznokcie - odpowiedział Pies. - Stukając o posadzkę, wszak ostrzegam zwierzynę. Kaczka podfrunęła do siedzącego Psa. - A może byś sobie uciął pogawędkę? I powrócili na miejsce rozmawiając w ten sposób, że on mówił, a ona mu docinała. - Tu nie ma z kim rozmawiać... - zaczął Kołek. Tomek rozejrzał się wokoło. Obecność nieobecnego mieszkańca stawała się wyraźniejsza, rzeczy mówiły o jego obyczajach. - Ciekaw jestem, kto tu mieszka? - zapytał głośno. Wszyscy nagle zamilkli. - To jest bardzo dobrze wychowana osoba - rzekł Lew elegancko. - On ma taki umysł, że można z nim rozmawiać na mądre tematy - rzekł Kołek. - I charakter! - rzekła Kaczka. - On by ocenił mój umysł - rzekł Kołek. - Bez niego muszę polować na komary - rzekł Pies. - Bez niego moje dobre wychowanie jest jedynie zbiorem niepotrzebnych zasad - Lew wypowiedział eleganckie zdanie. - Nie mam komu dać swego ciepła - rzekła miękko Kurtka. - Wszyscy na niego czekamy - rzekł Lewy But i Prawy But. - Bez niego jesteśmy tylko zamalowanym kawałkiem płótna - powiedziała Kaczka. - Na kogo więc czekacie? - zapytał Tomek. - Na ciebie - rzekli wszyscy. - Ty jesteś najważniejszy na świecie. Ale on tego nie słyszał, odwracając się, na drugą stronę obrazu, gdyż zobaczył coś dziwnego. Nie spostrzegł również, jak za jego plecami pokój powoli się zamieniał w „Martwą Naturę z Pomarańczami i z Kaczką”. O psie nie wspomniano.


ROZDZIAŁ XXVII

WEJŚCIE DO BAŚNI

Tomek odwrócił się w stronę wielkich drzwi. Były dwuskrzydłowe i białe. Na każdym skrzydle drzwi znajdowały się piękne kosze kwiatów. Tomek nacisnął klamkę bez wahania. Pchnął je i jedno skrzydło otworzyło się na lewo a drugie na prawo. Stanął na progu olbrzymiej oświetlonej sali. Była to paradna sala w zamku, największa i najpiękniejsza. U sufitu zwieszał się kryształowy żyrandol, a każda lampka była zapalona i światło rozbijało się w wisiorkach na tęczę. Wszystko wokół pachniało, wszędzie stały kwiaty. Nagle zabrzmiała muzyka i wtedy Tomek zobaczył, że w olbrzymiej oświetlonej sali, na błyszczącej posadzce kręciły się w tańcu pary. Były to dzieci, które dawno temu zagubiły się w baśni. Dzieci patrzyły się przed siebie pustymi oczami, ich usta były smutnie skierowane w dół. Po policzkach od czasu do czasu spływała łza. W głębi sali na wysokich tronach siedział Król i Królowa. Trzymali w rękach lornetki i przez nie przyglądali się tańczącym dzieciom. W tej chwili skierowali swoje lornetki na Tomka i długo mu się przyglądali, ale chłopca to wcale nie obchodziło, patrzył na dzieci i chciał im pomóc. Król i Królowa odłożyli lornetki na kolana i zbliżyli ku sobie głowy rozmawiając, a potem spojrzeli na chłopca. - Zbliż się! - rzekła Królowa ostrym głosem. Tomek kroczył przez oświetloną salę. Wszystko tak lśniło, że zauważyłby na posadzce pyłek od kwiatów, gdyby one miały odwagę go strząsnąć. Nikt z tańczących nawet nie spojrzał na chłopca. Wszyscy się bali. Idąc, zauważył, że zostali pogrupowani według pewnego porządku. Chudzi tańczyli z chudymi, a rudzi z rudymi, i mali z małymi. Bardzo mu się to nie podobało, dzieciom również, ale bały się surowego Króla i Królowej. Zobaczył wówczas orkiestrę, która stała w kącie, przygrywając. Muzykanci nosili czerwone przyprawione nosy, a na pomalowanych na biało twarzach szeroko się uśmiechały namalowane usta. Ale ich własne usta, były smutnie opuszczone. Kiedyś pracowali w wesołym cyrku, teraz musieli grać na tym okropnym balu. Przeszedł przez lśniącą posadzkę i stanął przed Królem i Królową. Siedzieli tak wysoko, że widział tylko ich dziurki w nosie oraz podbródki. Ujęli lornetki i spojrzeli przez nie na chłopca, mimo że musieli go doskonale widzieć, gdyż stał blisko. Wreszcie Król odsunął od oczu lornetkę. - Guzik oberwany, moja droga. Rzekł do Królowej ponad głową Tomka i ponownie ujął lornetkę, by go obserwować. Królowa odsunęła lornetkę od oczu. - Włosy nie uczesane, paznokcie nie obcięte, Wasza Wysokość. I ująwszy lornetkę pochyliła się, by jeszcze dokładniej obejrzeć Tomka. - Bo ja taki jestem - rzekł chłopiec. Król i Królowa okropnie niezadowoleni spojrzeli na siebie przez lornetki. - Tenisówki - rzekła Królowa z pogardą i dodała. - I podkoszulek! Niestosowne na balu! - Na pewno ma zły charakter - dodał Król, odwracając w bok głowę i patrząc na nią przez lornetkę. Odsunęli lornetki od oczu i Królowa klasnęła w dłonie. Orkiestra przestała grać, a wszystkie pary się zatrzymały. Pod ścianami były stoły zastawione smakołykami. Dzieci podeszły do stołów krokiem marszowym i zatrzymały się w szeregu, czekając na pozwolenie. Na jednym półmisku leżały czerwone jabłka, wszystkie tej samej wielkości. Na następnym śliwki takiego samego rozmiaru, a na kolejnym gruszki, z których żadna nie wystawała. Cukierki poukładano według kolorów, a ciastka zgodnie z rozmiarami. - Na miejsce! - wrzasnęła Królowa na chłopca. Podszedł do stołu. Każde z dzieci wzięło jednocześnie talerzyk i nałożyło jabłko, śliwkę, gruszkę, jednego cukierka i jedno ciastko. Potem równym rzędem przeszli pod przeciwległą ścianę, by usiąść jednocześnie na krzesłach. Poczym każdy z nich nadgryzł jabłko. - Przeżuwać starannie! Wrzasnęła Królowa, podczas gdy Król oglądał wszystkich przez lornetki. Tomek miał ochotę na ciastko, więc odkruszywszy kawałek wsunął do ust. - Dlaczego wziąłeś ciastko?! - wrzasnęła Królowa. - Bo je lubię! - odrzekł chłopiec. Król i Królowa spojrzeli na siebie szepcząc, a Tomek nic się nie przejmując jadł ciastko, dyndając nogami w powietrzu. Zasypał okruszkami cały podkoszulek, więc śliniąc koniec palca, pozbierał wszystkie okruszki i je zjadł. A potem wstał i przeszedł przez całą salę w okropnym, nagannym milczeniu Króla i Królowej. Wziął sobie jedno ciastko, a potem dołożył jeszcze jedno. Namyślał się przez chwilę i ujął talerz ze wszystkimi ciastkami i podszedł do dzieci, by je po kolei częstować, lecz one były tak przestraszone, że nawet nie spojrzały, tylko grzecznie przeżuwały jabłka patrząc się wciąż przed siebie pustymi oczami. - A widzisz! - wrzasnęła Królowa. - Tylko ty jesteś niegrzeczny! - Nieprawda! - rzekł Tomek. - Ja po prostu mam ochotę na ciastko. Po to je tu postawiono - po czym odniósł talerz na stół. Król i Królowa naradzali się przez chwilę, po czym Królowa rzekła. - Jesteś inny! Nie pasujesz do mego królestwa! - To wasze królestwo do mnie nie pasuje! - rzekł Tomek. Król i Królowa zwrócili ku sobie głowy i naradzali się szeptem przez chwilę, po czym Królowa dała znak. W tym momencie do sali weszły służące w białych fartuchach. Każda miała włosy schowane pod czepkiem. Ani jeden włosek nie zdobył się na odwagę, by się spod niego wymknąć. Paznokcie służących zostały obcięte tuż przy skórze. Usta zasłonięto im maseczkami z gazy, jakie lekarze noszą przy operacjach. Niosły odkurzacze i w mig sprzątnęły nieistniejące okruchy, a siedzące dzieci grzecznie podkurczały nogi. Skończywszy odkurzanie, wyszły, lecz wróciły po chwili z butlami z płynem odkażającym. Stanąwszy w czworoboku, nacisnęły guziki i rozpyliły go, by zabić bakterie. Kiedy wyszły ponownie, wszystko lśniło taką samą czystością, jak zawsze. W posadzce przeglądały się nie tylko nóżki krzeseł, ale i nawet oparcia. W tym blasku i lśnieniu widać było najmniejszą wadę i niedoskonałość. Król i Królowa przyglądali się dzieciom siedzącym grzecznie i bez ruchu. - Trzeci od lewej! - krzyknęła Królowa, zbliżając lornetkę. - Za głośno oddychasz. Czyń to równomiernie, wciągając powietrze przez nos. Biedny chłopiec, siedzący na trzecim krzesełku od lewej, zacisnął jeszcze mocniej usta, starając się zadowolić Królową, ale jej mina wskazywała, że jego wysiłki były daremne. - Dziewiąta od prawej! - wrzasnęła Królowa. -Nie mrugaj! Dziewczynka wytrzeszczyła oczy, patrząc przed siebie, lecz jej powieki poruszały się same. Czyniła wszelkie wysiłki, by je trzymać nieruchomo, ale nadaremnie! Wreszcie łzy rzuciły się jej do oczu. Współczucie przepełniło serce Tomka. Tak dalej być nie mogło! Wiedział, co ma robić. Wstał i wyszedł na środek. Spojrzał prosto na Króla i Królową. Patrzył śmiało, mimo że byli tacy olbrzymi. Stał chwilę, zbierając myśli, by je wyrazić tak, jak zalecała bogini Retoryki. - A, to ten nowy! - wrzasnął Król. - Inny! - dodała Królowa. - Zaraz się za ciebie zabiorę! Wtedy Tomek spojrzał na łzy dziewczynki i na wszystkie nieszczęśliwe dzieci i krzyknął z głębi serca. - Ona ma prawo być sobą! Król i Królowa strasznie milczeli. Nagle przestali się poruszać, jakby zamarzli. - I ja mam prawo być sobą. Ani słowa, cisza. Król i Królowa zamarzali coraz mocniej. - Każdy z nas ma prawo być sobą! Rozejrzał się wokoło po zimnych ścianach zamku. Spojrzał śmiało w oczy Króla i Królowej strażników nieludzkiego królestwa. - Każdy z nas ma prawo wprowadzać swój porządek! - zawołał Tomek jak najgłośniej mógł. Co do tego wcale nie miał wątpliwości. Król i Królowa skamienieli. Ich ciała przypominały jeszcze poprzednie kształty, na dwóch tronach siedziały dwa wielkie posągi. Lecz po chwili kontury zaczynały się zamazywać, a oni zamienili się w dwa kamienie bez kształtu. Wciąż robili się mniejsi, aż wreszcie zamienili się w ziarnka piasku i nie było ich widać. Dzieci spojrzały na siebie, nie chciały wierzyć, że ich niewola się skończyła. A wtedy Tomek zawołał. - Możecie tutaj bawić się i biegać, śmiecić i bałaganić, możecie brudzić się, co niemiara. A potem zrobicie porządek! Każdy z was zrobi swój własny porządek, który da mu szczęście! Takie jest prawo! Kiedy powtórzył te słowa jeszcze raz, mury zamku zadrżały i zaczęły się kruszyć. Dzieci się zerwały z miejsc i rozbiegły wokoło, nie chciały uwierzyć własnemu szczęściu. - Niech każdy pochwyci kogoś za rękę! Ustawcie się w takim porządku, który odpowiada waszemu sercu! Takie jest prawo! Kiedy powtórzył je po raz trzeci, mury zamku się roztworzyły jak orzech i popękana skorupa spadła. Dzieci pochwyciły się za ręce, jak się każdemu podobało. Właśnie nadszedł Czarodziej. Jego cylinder był tak samo zniszczony, zamiast denka sterczało kółko z drutu. Peleryna była z jednej strony dłuższa, a z drugiej krótsza, lecz pokrywał ja kurz wielu dróg. Lakierki Czarodzieja, choć nie od pary, zostały tak zniszczone, że zupełnie się do siebie upodobniły. Widać Czarodziej nigdzie nie znalazł pracy. Mimo to nie tracił animuszu. A tutaj były dzieci, który mógł pokazywać swoje naiwne sztuczki. - Szlachetne damy i dostojni panowie! – zawołał z radością. – Oto mistrz białej magii. Pokażę wam sztuczkę, której nigdy nie pokazywałem nikomu. Zbliżcie się! Wszystkie dzieci od razu zapomniały o strasznej niewoli i spojrzały na Czarodziej oczami błyszczącymi nadzieją. - Czy chcecie zobaczyć, gdzie jest wejście do baśni? Dzieci patrzyły w wielkim zaciekawieniu. Czarodziej podciągnął mankiety koszuli i ujął pewnie gałkę swej laski. Drugim końcem nakreślił na piasku prostą linię. - Wejście do baśni jest tutaj! Voila! To po francusku - dodał. Tomek zrobił duży krok do przodu. Jeszcze przez chwilę widział Czarodzieja i linię narysowaną na piasku. Przez moment słyszał głosy dzieci, które zewsząd nadbiegały, by przeskoczyć linię. W tym momencie zauważył, że znajduje się w dużym cyrku pod namiotem. Przedstawienie właśnie miało się rozpocząć. I dzieci zaczęły wbiegać. Na galerii już się tłoczyło myszajstwo, jedząc herbatniki i orzechy. Potem po kolei przychodzili wszyscy, których Tomek kochał. Zasiadali w porządku, jaki im odpowiadał. Na samym środku areny stał Czarodziej, który pokazywał sztuczki czarodziejską laską. Właśnie zagrała wesoła orkiestra z przyklejonymi nosami i na arenę zaczęli wchodzić artyści: laleczki – woltyżerki, borsuk z zegarkiem i tresowany pies, polujący na muchy. Z oddali dobiegała wesoła piosenka zbliżającego się Brubasa: „Udziec barani i wina dzban, ram, tam, tam, tam”. Potem wtoczył się Bączek, uderzając się w głowę i wirując, a publiczność się zaśmiewała. I wszystko było tak, gdyż tak miało być, i wszyscy byli bardzo szczęśliwi.





Zajęcia terapeutyczne oparte o Wejście do Baśni

Plik:Biblioterapia na podstawie ksiazki wejscie do basni.pdf

Terapia1.jpg
Terapia2.jpg

Marta Franaszczuk - Truszkowska, będąc nauczycielką - bibliotekarzem w jednej ze szkół

podstawowych w Gdańsku, prowadziła z grupą uczniów zajęcia terapeutyczne.

"Wejście do baśni" stało się dla niej inspiracją do kilku z nich.


Zaproszona przez nią, obserwowałam, jak przebiegają zajęcia. Dzieci bardzo chętnie w nich

uczestniczyły i były ze sobą zaprzyjaźnione. Pani Marta obecnie pracuje nad

doktoratem. Swoje doświadczenia, zdobyte w tych zajęciach, zgromadziła w książce "Biblioterapia dla

klas IV - VI szkoły podstawowej", wydanej w roku 2006 przez Wydawnictwo Harmonia.


Dwa scenariusze, zamieszczone w tej publikacji, oparła na fragmentach "Wejścia do baśni".

Końcową scenę z Królem i Królową użyła do pracy nad brakiem tolerancji i agresją.

Jej celem terapeutyczno - wychowawczym było wskazanie braku tolerancji jako

czynnika warunkującego zachowania agresywne.

Drugi scenariusz jest oparty na scenie ze Złą Kucharką. Uważam, że jest to scena

szczególnie trafnie dobrana do założonego celu terapeutyczno - wychowawczego, a

jest nim uświadomienie odczuwania złości i sposobów jej wyrażania. Zła Kucharka

rzeczywiście wciąż się złości i szasta się po kuchni, sprzątając.


Temat ujęła w sposób następujący:

"Złe kucharki" są również wśród nas.

Na pewno każdy z nas zetknął się z taką destrukcyjną osobą, ukazaną tu jako Zła

Kucharka, i być może nie wie, jak się uwolnić od niej i jak ją skłonić, aby

przestała wreszcie porządkować jego własne życie, niszcząc je - w ten sposób.

Moja książka może również pomóc dorosłym, uświadamiając im przynajmniej

istnienie problemu.

Recenzja Marzenki lat 10

Marzenka lat 10.jpg
Rysunek dzieci wejscie do basni.jpg

Recenzję napisała dziesięcioletnia dziewczynka, która sobie zadała trud przeczytania całej, dość grubej książki. Wyraziła swoje uczucia, ukazała gust literacki i podała opinie. Ogromnie sobie cenię wypowiedź tej dziewczynki. Rzadko kto ma szczęście otrzymać tak solidnie napisaną recenzję od wdzięcznego Czytelnika.

To jest recenzja książki pt. "Wejście do baśni". Twierdząc ogólnie, cała książka była ciekawa, ale wchodząc w szczegóły, niektóre rozdziały były ciekawsze od innych.

Idąc po kolei, pierwszy rozdział bardzo mi się podobał, a najczęściej pierwsze rozdziały są nie ciekawe. Drugi rozdział podobał mi się jeszcze bardziej. Następny podobał mi się trochę mniej, bo miał za dużo dialogów. Co mnie trochę zniechęciło, ale czytałam dalej. Za to następny rozdział podniósł mnie na duchu, ponieważ było w nim trochę emocji, że chce się czytać dalej. Bardzo lubię fantastyczne książki przez które, można się pośmiać, ale książki dramatyczne też mnie zachwycają nawet można powiedzieć, że trochę bardziej, bo zawsze chce się wiedzieć co będzie dalej i bez zastanowienia czytasz od razu następny rozdział!!

Rozdział "Dziwne spotkania" miał za dużo pytań, ale i tak mi się podobał. Kolejny rozdział był trochę mniej ciekawy, bo był zbyt fantastyczny, ale nie był najgorszy.

Rozdział "Wiatr na wieży" był bardzo fascynujący, Pani Emma Popik miała bardzo dobry pomysł z nierealnym wiatrem, który siedział na wieży.

Rozdział siódmy był bardzo zachęcający po tytule "Kto pyta ten błądzi". W środku tego rozdziału były ekscytujące pytania na które, nie łatwo było odpowiedzieć. Sama bym czegoś takiego nie wymyśliła. Bardzo mi się podobały powtarzające się wyrazy przez, które mogłam się pośmiać!!!

Rozdział ósmy też mi się podobał, to właśnie chyba ten czytałam najszybciej, bo było w nim bardzo fajne zwierzątko. Jaszczurka to przydatne małe zwierzątko do pisania książek. Była ona trochę zarozumiała. To jest fragment tekstu:

- Dlaczego jest twoja ( pustynia) - Bo należy do mnie


Te fragmenty są rozbawiające, a śmieszną książkę czyta się z zainteresowaniem. Przynajmniej ja tak uważam.

O "Numeratorkach w niebieskie paseczki" też czytało się dość płynnie. Chociaż ten rozdział nie należał do najciekawszych, bo był za bardzo nierealny, ale nie zniechęcałam się tak od razu, bo nie wszystkie muszą mi się podobać. W końcu każdy ma swój gust.

Rozdział dziesiąty był wspaniały!!! Bardzo mi się podobał. Było w nim tyle pięknego współczucia, że można się rozpłakać ze wzruszenia. Biedny szczurek nie mógł się wydostać z ogromnego dla niego włazu, a jeszcze gdyby to nie było mało, dostał w głowę krzesłem, bo zła kucharka robiła porządki.

Kolejny rozdział był pełen ciemności, co mi się podobało, jak to wszystko było pięknie opisane!!

Następny rozdział pominę, bo nie za bardzo jest tu o czym pisać. Był po prostu fajny i już.

Rozdział "Zmarmurzałe boginie" podobał mi się dlatego, ponieważ surowe boginie były takie przebiegłe i tak się kłóciły, że Tomek mógł pójść dalej. To jak przysłowie "Gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta".

Rozdział XIV był już trochę mniej ciekawy, właściwie to czytałam go bez zrozumienia, bo nie był ciekawy. Z tego co zrozumiałam, to było o jakimś ośle o ile się nie mylę. O "Majeranku poetyckim" było ciekawie, można się nauczyć przy tym wiele rymowanek!!

Był bardzo fajny, zwariowany Kozioł i Tłusty Brubas, ponieważ był on i brudasem i grubasem, więc jest Brubas. Bardzo sprytnie wymyślone.

Reszta rozdziałów miała podobne opinie. Wszystkie ogólnie były ciekawe i trochę mniej. Bardzo podobała mi się ta książka w szczególności rozdział pt. "Wielka podróż".

Marzena Szkodo, lat 10



List od Kamili Cutri

Kamila Cutri.jpg


Droga Pani Emmo!

Nazywam się Kamila Cutri.

Jestem ze Szkoły Podstawowej nr 35. Po wakacjach będę chodziła do klasy IV a. Bardzo podoba mi się Pani książka "Wejście do baśni". Czytało się ją bardzo miło. Ta książka wzbudziła we mnie mnóstwo energii. Najbardziej podobał mi się główny bohater, Tomek. Fajne też było, jak Tomek wpadał do baśni. Podobał mi się również Szmaciany Król. Przesyłam swoje zdjęcie.