Pazdziernik 2013

Z Emma Popik : Oficjalna strona gdanskiej autorki ksiazek SF
Skocz do: nawigacja, szukaj

Pierwsze czternaście z siedmiuset : 31 października 2013

Wściekam się od rana. Do śniadania wzięłam książkę, chyba historyczne fantazy. Zaczyna się od listu mnicha, który jest chory i zmarznięty, ale oto brat Peire. przynosi mu rosół, ach, nie to było rano, czyli wcześniej, i wlał mu trochę otuchy (pewnie ym rosołem). Są w jakimś obozie, oblegają zamek, ale gdzie to się dzieje, bo wznosi oczy ku niebu i widzi ten zamek - w niebie? Wchodzi brat, tym razem krewny, chory mnich się zrywa, nagle siły mu wróciły. Już trzecia strona, kto z kim walczy i o co? Jeszcze jeden brat - Ferrier, zakonnik. Na następnej stronie kobiety na M - Maria, Marion, Marta i jakaś matka. Scena w namiocie: rozmawiają o śmiertelnych tajemnicach, wchodzi inkwizytor, nie widzą go i nie słyszą. Wszedł i wyszedł, chyba po to, aby podsłuchać, to ten sam namiot, lecz zakonnik nagle siada i pije łapczywie wodę - w mróz, zmarznięty i chory, pewnie ma gorączkę. Wchodzi kolejny brat, tym razem Pierre, by przynieść choremu rosół, gdyż chory odmawia uczestnictwa w gorącej kolacji. Strona 18 nadal nic nie rozumiem. Mój kot Rudolf, wskoczywszy na stół, włożył pyszczek do mojej miseczki z warzywami zapiekanym z serem, stwierdzając, że należą mu się witaminy. I to było lepsze wejście niż brata z rosłem, wybawił mnie od męki czytania ze zrozumieniem bez zrozumienia. Masz, kotku, zjedz. Czy nie za gorące?

Obsesja słów : 30 października 2013

Obsesja słów! Już wiem, skąd ma ją Sartre. Czytam jego książkę "Słowa". Doktor Sartre, jego dziadek, ożenił się z bogatą dziedziczką. Nazajutrz po ślubie dowiedział się, że teść nie ma ani grosza. Wzburzony, przestał się odzywać do małżonki. Trwał w milczeniu przez czterdzieści lat. Przy stole porozumiewał się z nią na migi, w łożu też nie używał języka, więc owocem było troje dzieci. Syn, Józef uwiązł w domu pomiędzy niemotą ojca a wrzaskliwością matki, nabawił się jąkania i przez całe życie walczył ze słowami. Jan Chrzciciel, drugi syn, poślubił Annę Marię Schweitzer. I z tego związku - używającego języka - wywodzi się Jean Paul. Jego książkę czyta się bez zająknięcia, co opuściłam, przemilczę.

Co morze może : 29 października 2013

Po co nam morze? Gdańsk to przeszkoda - takie opinie panowały w wieku XVII, a powtarzano je w następnych, jak twierdzi Edmund Kotarski w swej książce "Sarmaci i morze". Ceniono tylko dobrego gospodarza, jak pamiętamy choćby z wierszy Kochanowskiego. Owszem, morzem spławiano towary i zboże, ale dawać pieniądze na flotę, o, to za dużo, tego szlachta rządząca wówczas nie chciała. Gdańsk miał przywileje, zabrać, domagała się brać szlachecka, patrycjat się bogaci - to zagraża szlachcicowi na zagrodzie równemu wojewodzie. Czy dorośliśmy i myślimy innymi kategoriami, hm, wiecie lepiej ode mnie, braci szlachecka.


Zwijamy w trąbkę : 23 października 2013

Przewidziałam! Czytam oto, że Polska stanie się wielkim producentem grafenu. Jest to materiał umożliwiający wyrób bardzo płaskich i elastycznych komputerów. No i sciągają pomysł z mojego opowiadania "Klinika doktora Noxa", pisząc, że laptopy będzie można zwijać i wsuwać za pasek od spodni. Tę dokłanie czynność wykonuje bohater mojego opowiadania, i to kilka razy. Jest to motyw o tyle istotny, że ma związek z powiększaniem się obwodu jego talii. Nie przyznam się, niestety, kiedy napisałam to opowiadanie. Mam takiego pecha, że o wielu rzeczach piszę z wieloletnim wyprzedzeniem. To jest niedobre dla pisarza, czytelnicy wzruszą tylko ramionami, jak pewien krytyk, mój życzliwy kolega, który po przeczytaniu maszynopisu powieści wygłosił te słowa: "Wiem, Emma, że masz bujną wyobraźnię, ale to się nigdy nie wydarzy". No i co? Mamy to już, i to jak! A nawet dwa razy więcej. Trzeba pisać według zasady: "Znacie, to posłuchajcie", chyba że liczycie na życie po śmierci.

Patriotyzm i kasa : 22 października 2013

Patriotyzm i kasa - w śmiertelnym są uścisku. Wciąż czytam książkę Brunona Zwarry "W gdańskiej twierdzy". Uwięzieni w niej polscy oficerowie po powstaniu 1831 dostawali tzw. alimentację od pruskiego rządu. "Z kasy królewskiej otrzymaliście uposażenie równe przysługującemu oficerom pruskim". Trwonili pieniądze na żarcie, wódę i karty - ale tak twierdzi pruski oficer. Powiedział też: "Mieliśmy rację, zabierając im przysłane przez Anglików armaty i karabiny i nie pozwalając na przejazd pojedynczych ochotników z Francji". "Przede wszystkim nie możemy dopuścić, żeby oficerowie wyjeżdżali do Francji, która jest gotowa ich przyjąć, a nawet przysyła dla nich pieniądze". Widać, że już wtedy istniała międzynarodowa solidarność. A może interesy? W Gdańsku i wzdłuż granicy pod Toruniem przygotowano pod pieczą pruską ogromne zapasy żywności i amunicji dla wojsk rosyjskich. Patriotyzm przegrywa z pieniędzmi, a szalona odwaga - z solidnym materialnym przygotowaniem. Szkoda chłopaków, mimo że zostali bohaterami. Warto wspomnieć, że zdjęcia zamieszczone na końcu książki zrobił Zbigniew Kosycarz i W. Lendzion.

Ale żarcie! : 21 października 2013

Polscy oficerowie uwięzieni w twierdzy Wisłoujście po zrywie roku 1831 nie lubili zupy z pasternakiem, bo powodowała brak chęci na uprawianie miłości, jak oględnie pisze Bruno Zwarra w książce "W gdańskiej twierdzy". Czym ich karmiono? Nieznaną im kartoflanką, słodkokwaśną zacierką z owocami, kaszą z brukwią, makaronem ze śliwkami, zupą z węgorza z makaronem i smażonymi rybami. Woleli jednak grochówkę lub fasolę ze słoniną. Aż trudno to czytać, a co dopiero jeść.


O, cholera! : 20 października 2013

O, cholera! Epidemia cholery dała się mieszkańcom we znaki na początku lat trzydziestych XIX wieku, w okresie Powstania Listopadowego, jak pisze Bruno Zwarra w książce "W gdańskiej twierdzy". Wprowadzono przepisy sanitarne: kazano usunąć psy i koty, a ptakom przycinać pióra. Ludzie siedzieli 21 dni w domach. Biedni byli nawet zadowoleni z tej kwarantanny, gdyż karmiono ich na koszt miasta. Przed domem z chorymi wtykano styliskiem w ziemię słomiane miotły, których pilnowali ordynarni stróże uliczni, uzbrojeni w pałki, czy wręcz kryminaliści, będący pod dozorem policji. We wsi Stogi niejaki Hamann sprzedawał cudowne lekarstwo, zaprawione wódką, znaczniej polepszającą nastrój. Ulegali uleczeniu ci, którzy dostali się do lecznic przez pomyłkę lub po pijanemu. Umierali zaś ci, którzy zbyt dokładnie stosowali się do różnych przepisów policji i lekarzy, w sumie trzy tysiące ludzi.

Sprawdza się :14 października 2013

Wśród starych opowiadań znalazłam notatki z roku 1970 opisujące przewidywaną przyszłość. Są aktualne akurat w Dniu Nauczyciela. Oto co napisałam: "Film zapewni zmianę sposobu pobierania nauki. Nie będzie trzeba drukować podręczników, stąd krok tylko do likwidacji szkoły, jaką znamy. Niedaleki jest obraz ucznia siedzącego w domu przed komputerem i rozwiązującego przy jego pomocy problemy. Kontaktuje się od czasu do czasu z dyżurnym nauczycielem. Uczeń będzie więcej czasu poświęcać na ulubione przedmioty, wzrośnie specjalizacja, pojawią się młodzi geniusze oraz grupy niedotrzymujące kroku. W szkole na naradzie dyrektor powiedział, że trzeba teraz zupełnie inaczej pracować. Konieczne jest inne podejście. Nie możemy powiedzieć jakie, gdyż nie potrafimy opisać nieznanej sytuacji, którą trzeba będzie ocenić. Nauczyciele obiecywali, że będą pracować lepiej i nowocześniej, niech tylko dyrektor powie jak. W nadchodzących czasach musimy się nauczyć szybko chłonąć nowości. Niejednokrotnie nam się przydarzy zmiana zawodu, kwalifikacji, krótka współpraca z nowym zespołem nad problemem i przejście do innego. Każą nam zapomnieć o nauce zdobytej w szkole, poznamy inną, z tamtą sprzeczną, a potem ponownie coś zupełnie innego".

Straszne! Straszne! : 11 października 2013

Ponieważ fantasy niespecjalnie odpowiada na moje zapotrzebowania, postanowiłam zdobyć podstawy naukowe. Sięgnęłam więc po opracowanie Grzegorza Trębickiego "Fantasy ewolucja gatunku". I już na stronie redakcyjnej niespodzianka: podziękowania dla pana profesora Andrzeja Zgorzelskiego. Myśli poleciały ku przeszłym rozmowom i książkach z dedykacjami. Czytam dalej i się dowiaduję, że to gatunek prozy izomimetycznej. Na następnych stronach kilka definicji, a wszystkie tak samo przystępnym językiem: koncentracja na konflikcie pomiędzy dobrem i złem, heroic fantasy, sword and sorcery, quest - do tej definicji przychylają się Andrzej Niewiadomski i Antoni Smuszkiewicz w "Leksykonie polskiej literatury fantastycznonaukowej". Znowu myśl leci: to z mojego biogramu zamieszczonego w tej książce dowiedziałam się nazwy gatunku, jaki piszę. Czytam dalej: fantasy stworzył William Morris, żyjący w latach 1834-1896. Znaczący postęp wprowadził swoimi książkami Edward John Moreton Drax Plunkett, lord Dunsany, żyjący w latach 1878-1958. Pisze o nim L. Sprague De Camp - i znowu znajomy, tym razem z czasów, gdy interesowałam się UFO. Lord Dunsany stworzył narratora, który przeszedł z naszej rzeczywistości i ogląda ów świat fantasy. Autor książki przytacza tytuł "A Shop in Go-by Street", ogarnia mnie nagle przerażenie, myśl leci w przeszłość, widzę obrazy, które nie zblakły, choć minęło dwadzieścia lat. Weszłam w Londynie do pewnego sklepiku. Był zagracony elektronicznymi częściami, zasłaniały podłogę, stanęłam więc za progiem. Kiedy to teraz piszę, nadal czuję strach. Zobaczyłam siedzącego do mnie plecami sprzedawcę przed kontuarem, na którym łączył jakieś elementy. Odwrócił się przez prawe ramię i spojrzał na mnie lśniącymi oczami. Wciąż widzę to spojrzenie. Teraz wracam do czytanej książki. Czy autor poda adres sklepiku? Szukam oczami wśród linijek. Jest! Sklepik się mieścił na Embankment. To tam. Portal, przechodził przez niego narrator książek lorda. Stałam tuż za progiem, czekając. Sprzedawca jednak odwrócił ode mnie wzrok i znowu się pochylił nad łączeniem detali. Wyszłam na ulicę. Jestem po tej stronie realności. Jak dotąd.



Jak budować przestrzeń : 10 października 2013

No namęczyłam się. Czytałam pewną książkę. I nie wiem, gdzie się toczy akcja. A więc: idzie dwóch skądś. Nazwy miejsc składają się z kilku wyrazów i w jednym zdaniu jest ich kilka. Czytam kilka razy. Dotarli do murów miasta. Są cztery bramy. Przekroczyli bramę i weszli na dziedziniec: opis ulic i domów. Rozmawiają. W następnym akapicie jest opis panoramy miasta. Kto na nią patrzy? Przecież wędrowcy już weszli do miasta. Jeden mówi, że idą na targowisko.Rozmawiają. Nagle idą na plac. Jeden akapit, coś się dzieje. Idą, okazuje się, że wyszli z tłumu, ale nie było mowy, że ten tłum jest, gdy tam wchodzili. Idą pomiędzy krużgankami, doszli na wzgórze pałacowe. Pod bramami tłum, ale oni już przeszli bramy i są gdzieś indziej. Nagle, gdzieś jest jakiś plac kaźni. Torturują bandytę. Nasi dwaj idą do kupców. Rozmowa o jego winie. Czy ten bandyta został stracony? Nagle przedstawienie teatralne. Idą. Dochodzą gdzieś do kogoś i rozmawiają. Koniec rozdziału. Nic nie wiem.


O ebookach c.d :9 października 2013

W drugim numerze "Świtu ebooków" Agnieszka Żak zapoznaje nas ze stanem czytelnictwa, i to z rozdziałem na ebooki oraz na książki papierowe. Z ankiety wynika, że warszawiacy czytają książki. Już kolejny raz spotykam się z danymi zaprzeczającymi stwierdzeniu, że czytelnictwo upada. Okazuje się, że chętnie czytamy ebooki, a czynią to osoby młode, najczęściej studenci, a kobiety mają niewielką przewagę nad mężczyznami. Osoby starsze również się przekonują do ebooków. Rozmówcy przyznawali się, że korzystają z darmowych serwisów. W ich mniemaniu nastąpią niedalekie zamiany w produkcji książek. Czy nastąpi zagłada książki papierowej? Takie przerażające wizje snują – według ankiety – osoby, które przyznały się, że w ogóle nie sięgają po książki w żadnej postaci. Co do nich, to zagłada czytelnictwa już nastąpiła. Pamiętam przerażające prognozy upadku kina, kiedy powstała telewizja. Kino nie upadło, tyle że nie chodzimy do małych salek kinowych, by oglądać czarnobiałe filmy. Chodzimy do olbrzymich kinowych kombinatów, gdzie jest kolor, stereo czy kwadro i nawet 3D. Rozwój kinematografii wciąż postępuje. Podobnie będzie z książką. Wyobraźmy sobie te zachwycające reprodukcje malarskie w albumach. W kolejnym artykule Maciej Ślużyński opisuje metody działania swojego wydawnictwa Oficyna wydawnicza rw2010Wszystko się zgadza: odpowiadają na emaile, robią porządną redakcję i rzetelną korektę, nie obciążają autora kosztami reklam. Z pewnością i to wyjątkowe w wydawnictwach podejście spowodowały ich tak dynamiczny rozwój: w roku założenia firmy, a więc 2011, wydali 17 tytułów, w roku bieżących mają już niemal siedemdziesiąt pozycji. I – co jest bardzo przychylne dla autorów – nie zamknęli się w tzw. profilu, a więc wydają literaturę, kobiecą, kryminały, fantastykę – i wszystkie dobre książki, które napiszecie. Wymienia również tytuły, na które wszyscy czekamy, a także omawia książki Tomasza Mroza. Blogerzy, przeczytajcie tę recenzję. Ani razu w niej nie pojawiło się wyrażenie: „mnie się to podoba”. Pan Maciej natomiast omówił warstwy tematyczne książek Tomasza Mroza, czyniąc to rzetelnie i wyczerpująco. Mówi, że Tomasz Mróz umie pisać i to udowodnił, nic na wiarę. Sięgając po książki tego autora, będziemy wiedzieli, z jaką prozą mamy do czynienia. Fachowy w każdym zdaniu jest również artykuł Władysława Zdanowicza, pisze o wydawcach i ebookach, jest to kopalnia wiedzy, on się naprawdę na tym zna. Moja wypowiedź na ten sam temat jest raczej osobista. „Świt ebooków” godny przeczytania, polecam.

Jestem za : 4 października 2013

Nie odrywając się, przeczytałam 24 strony, kilka tekstów ze "Świtu ebooków", kwartalnika wydawnictwa rw2010. Zachęcam was do czytania. Są napisane świetnie, tekst leci, nic nie zahacza. Wiedza autorów - ogromna. Oni naprawdę znają się na tym, o czym piszą: bardzo dużo się dowiedziałam, a wszyscy już chyba wiedzą, że uwielbiam się uczyć. Nagle zobaczyłam zupełnie nowy świat, to jest przyszłość, ale ona już jest. Przyszła, tylko nie wszyscy zauważyli, a większość usiłuje ją negować. Rewolucja ebookowa, czyli e-wolucja już się dokonała. Dowiecie się, czy Amazon do nas wejdzie, będziecie oszołomieni poziomem - również finansowym - ebookowego czytelnictwa w Rosji i zobaczycie polską dynamikę. Mnóstwo dobrych przykładów, jak korzystać z e-czytników. Pamiętam sceny z undergroundu w Japonii, ledwo kolejka ruszyła, komóry w górę i wszyscy czytają, dwadzieścia lat temu. Z przyjemnością przeczytałam, jak rozprawiono się z "zapachem druku i szelestem kartek" - wszyscy moi znajomi się tym upajają, argumentując tak, gdy mówię, że wydaję ebooki. Podzielam obserwację o upychaniu książek w mieszkaniu - już nie ma gdzie. Mam dobrze zagospodarowaną piwnicę, co mnie ratuje, ale od pewnego czasu czytam z ekranu, toteż na szczęście miejsca nie ubywa. Rozumiem, dlaczego wynosi się na śmietnik stare książki, choć jeszcze do tego nie dojrzałam. A jak jest z e-cenzurą, czy zmienimy przeszłość? Musicie się tego dowiedzieć.


Samo zło : 3 października 2013

Czarownica w baśniach jest uosobieniem zła. Stare baśnie ludowe operują symbolami, które zakotwiczają się w umyśle dziecka na zawsze. Baśnie uczą oddzielać dobro od zła, nazywają je po imieniu. Wpajają przekonanie, że zło musi zostać zniszczone, i to tak dokładnie, by nie mogło się wyzwolić. Dlatego czarownicę wkłada się do beczki i strąca z najwyższej góry na świecie do najgłębszej głębiny oceanu. Dziecko wie, że czarownica już się stamtąd nie wydostanie. Jeśli słucha tej baśni przed snem, usypia uspokojone. Kiedyś, stojąc w sklepie ze słodyczami, obserwowałam, jak dziewczynka chowa się do matczynej spódnicy, przerażona, gdyż bała się patrzeć na czarownicę ze słomy, stojąca na kontuarze. Zanosiła się płaczem, a dorośli jeszcze ją straszyli tą czarownicą. Była to mała figurka dla ozdoby, lecz dla dziecka przedstawiała prawdziwą i złą wiedźmę. Ten symbol jednak przechodzi ewolucję. Jestem mimo to przeciwna pokazywaniu czarownicy jako miłej i niegroźnej osoby. Nie mogę zaakceptować nowoczesnych baśni, w których to złe siostry Kopciuszka zostają nagrodzone stanowiskami. Dopiero będą knować! Warto napisać ciąg dalszy, ale dla dorosłych.


Stereotypy i smutek : 2 października 2013

Wczoraj zaskakująco wiele było wypowiedzi na temat "Małego księcia", zapraszam więc do kontynuowania dyskusji na moim Fan Page Emma Popik. Czy właściwie wiemy, kim jest i skąd przybył książę? Czy nie mamy wątpliwości, dokąd odszedł? Mówi przecież, że będzie wyglądało tak, jakby umarł. A może tak jest naprawdę i pewnie stamtąd przybył. Czytając tę książkę, zawsze czułam dojmujący smutek, wielkie przygnębienie. Może ktoś wie, w jakiej sytuacji życiowej był autor, pisząc swe dzieło? Poruszyłam wczoraj również sprawę stereotypów. W książce jest astronom, który dokonał ważnego odkrycia. Przybył na konferencję naukową w swym narodowym stroju. Nikt mu nie uwierzył, nikt nie chciał z nim rozmawiać. Następnego roku ogłaszał o swoim odkryciu stosownie ubrany. Uznano go więc za uczonego. Czy jesteśmy skłonni dać wiarę człowiekowi dziwacznie ubranemu, w pióra, niosącego dzidę, który z pendrive'a prezentuje swoje odkrycie. Chyba nie byłby w ogóle wpuszczony na teren uniwersytetu. I czy należy ubierać się stosownie do sytuacji, miejsca, stanu, godności i tak samo zachowywać, czy raczej nie ma to znaczenia na ocenę osoby i tematu. Kierujemy się stereotypami i pole naszej tolerancji jest mocno ograniczone.


Przeczytać i nie zapomnieć : 1 października 2013

Kilka dni temu ktoś obok mnie wspominał "Małego księcia". "Tego się nie zapomina" - powiedział, patrząc na książki wystawione na Długim Targu podczas imprezy kulturalnej "Zaczytani w Gdańsku". Oczywiście, wszyscy znamy ten tytuł i wciąż wymieniamy go przy różnych okazjach. Ciekawa jestem, jakie sceny utkwiły w pamięci różnym osobom. Wciąż się wspomina o róży, o spoglądaniu na zachody, o smutku. Mnie jednak wydaje się wciąż aktualna historia astronoma. Ważne jest, kto mówi, a nie - co mówi. Zamierzałam rozwinąć ten motyw, liczę jednak na to, że nie tylko ja uważam to spostrzeżenie za trafne. Może ktoś zechce napisać, jak je rozumie?