"Kto zaczarował deszcz"

Z Emma Popik : Oficjalna strona gdanskiej autorki ksiazek SF
Skocz do: nawigacja, szukaj


Tego ranka Marek bardzo się spieszył. Biegał po całym pokoju, zbierając swoje rzeczy. Wrzucał je do plecaka, trzymając za szelki.

Poprzedniego wieczoru poukładał je wszystkie. Teraz jego rzeczy były porozrzucane po podłodze lub wciśnięte za meble. A to dlatego, że w tym niewielkim pokoiku mieszkał ktoś jeszcze.

Był to Ryś. Oczywiście nie taki prawdziwy, duży ryś z ZOO ani też mały, pluszowy, jakiego kładziemy obok na poduszce przed zaśnięciem. Ryś był żywy, i to jak, aż za bardzo.

I właśnie Ryś się obudził. Usiadł na łóżku i od razu zadał jedno ze swoich stu tysięcy pytań.

- Dokąd tak się spieszysz?

Marek wiedział, że musi odpowiedzieć na pytania Rysia.

Dlaczego?

To przecież oczywiste, gdyż Ryś powtórzył.

– No, dokąd tak się spieszysz?

Ale dzisiejszy dzień był szczególny. Był bardzo ważny. Miało bowiem zdarzyć się coś niezwykłego.

I Marek postanowił nie ulegać Rysiowi, nie dać sobą rządzić, choć zwykle to czynił dla świętego spokoju.

Odpowiedział:

- To zagadka!

- Ale jaka? – znowu pytał Miś.

- Rozwiązanie jest w moim indeksie!

- Jakim indeksie? – pytał Ryś, udając, że nigdy tego indeksu nie widział.

- Powiem ci, co jest na okładce – zaproponował Marek. – A ty odgadniesz, gdzie ten indeks leży.

- Też mi zagadka – powiedział z wyższością Ryś. - Wiem, co jest na okładce.

- Skąd możesz wiedzieć, skoro nigdy go nie widziałeś – powiedział Marek z jeszcze większą wyższością.

- Widziałem, bo indeks jest tam – Ryś pokazał palcem stertę zabawek na środku dywanu.

Marek skoczył jak prawdziwy ryś. Zaczął rozgrzebywać stos zabawek, jakby miał pazury prawdziwego rysia z ZOO.

I nareszcie! Jest! Pochwycił indeks jak prawdziwy skarb i włożył go delikatnie do plecaka, uważając, by nie pognieść okładki.

- I co jest na okładce? – zapytał Marek, drocząc się z braciszkiem.

- Jest tam namalowany prawdziwy ryś – powiedział chłopczyk.

- Tam jest lew – sprostował Marek.

Pod stosem zabawek znalazł też zeszyt i długopis oraz swój album z wyklejankami. I te przedmioty powkładał delikatnie do plecaka, uważając, by nie pognieść.

- A dlaczego lew, a nie ryś? – dopytywał się Ryś.

- Bo to jest Indeks Akademii Gdańskich Lwiątek – powiedział z dumą Marek.

- Ja też chcę być w Akademii Gdańskich Lwiątek – zażądał Ryś.

- Jeśli będzie Akademia Rysiątek, to się zapiszesz – zażartował Marek.

- Ja też chcę - zaczął Ryś.

- Jeśli odgadniesz zagadkę.

- Mów! – zażądał Ryś.

- Co to jest za Dwór, który nie jest na dworze?

- A gdzie jest? – zapytał Ryś.

- To właśnie masz odgadnąć – wyjaśnił Marek.

- Acha! – domyślił się Ryś.

I tak go zmęczyło to odkrycie, że usiadł na swoim łóżeczku i zamyślił się głęboko.

Marek miał więc chwilę spokoju, by dołączyć pakowanie swoich rzeczy.

Najważniejszą z nich był telefon komórkowy, doskonałe urządzenie, które miało wiele możliwości.

Marek miał specjalną skryjówkę na swój aparat, gdzie nie mogły dotrzeć łapki Rysia.

Korzystając z okazji, że Ryś pogrążył się w głębokiej zadumie, szybko po niego sięgnął i włożył do bocznej kieszonki plecaka. Zacisnął rzepy, aby komórka się nie wyśliznęła i zarzuciwszy plecak na ramię, biegł do drzwi.

- A moja zagadka? – domagał się Ryś.

Marek wciąż wymyślał rymowanki i tym razem również odpowiedział wierszykiem-zagadką na życzenie Rysia.

- Jest taki Dwór, który nie jest na dworze,

Obok stoi studnia, skąd woda w górę rwie.

Dworem byli rycerze i każdy to wie.

A teraz jest dom. I niech ci to pomoże.

Słuchając zagadki, Ryś powtarzał poszczególne wyrazy – Dwór – dworze – pomoże. Rycerze - nie wierzę – Ryś

dodał rym od siebie, co mu się tak spodobało, że znajdował następne. – Dworem – z honorem, woda – szkoda,

studnia – cudnia. Czy jest takie słowo? – zapytał Marka.

Ale Marek był już za drzwiami. Ryś tego nie zauważył, gdyż pochłonęła go zabawa w rymowanki.

Teraz również się nie zmartwił brakiem odpowiedzi na swoje pytanie, tylko wciąż szukał rymów do słowa:

dom. Ale nie od razu mógł je znaleźć.

W tej właśnie chwili Marek usłyszał trel słowika. Był to dźwięk, pod jaki przyporządkował Kornelię w swojej

komórce. Śpiew umilkł po chwili, dziewczynka bowiem dawała mu tylko sygnał, że już wyszła z domu.

Kornelia!

Marek zobaczył w swojej wyobraźni piękną dziewczynę, z którą chodził do tej samej klasy, III a. Zobaczył, jak

się uśmiecha, pokazując lśniące zęby. Wyobraził sobie, że się ku niej pochyla, aby powiedzieć „Cześć!”, a ona

w tej chwili odsuwa się do niego. Na jej twarzy pojawia się wyraz odrazy, a ręka wędruje do góry i zasłania

nos. Zobaczywszy taką scenę, Marek szybko zawrócił i podbiegł do łazienki. Nałożył sporo miętowej pasty na

szczoteczkę i wyczyścił zęby. Wypłukał je potem starannie, robiąc gul-gul. Obejrzał się jeszcze w lustrze,

które wisiało nad umywalką, rozczochrał włosy, poprawił kołnierzyk i tym razem już wybiegł z domu.

Nie tylko on. Tego niezwykłego dnia w całym Głównym Mieście Gdańska słychać było kroki spieszących się

dzieci. Szły prędko, szu-szu-szu, a wszystkie coś szeptały do siebie.

- Co te dzieci szepczą? – zdziwiła się ulica Szeroka. – O czym szeszepczą?

Powtarzała sylaby, w których znajdowała się sylaba złożona z głosek tworzących jej nazwę. Powtarzała je przy

każdej okazji, bo sprawiało jej to wielką przyjemność. Czuła wtedy, że jest szczególnie szeszeroka.

Dziwiła się, gdyż nie widziała jeszcze nigdy dotąd, aby tyle dzieci naraz mówiło coś do siebie. Widywała,

owszem, ludzi idących samotnie i coś mówiących. Ale to była zupełnie inna przyczyna: ci ludzie mieli po

prostu mikrofon przy ustach i rozmawiali z przyjaciółmi przez komórkę. Każdy spotykał na swojej drodze

rozmawiające tak osoby, nie tyko ulica Szeszeroka.

Widywała je również ulica Ogarna, ale i ona również nigdy dotąd nie przeprowadzała dzieci, które idąc, ciągle

coś powtarzały.

Usłyszała pytanie ulicy Szerokiej i starała się nasłuchiwać, o czym szepczą dzieci. Jednakże myśliwskie psy,

które się ukrywały w jej nazwie, również usłyszały szepczące dzieci. Zaczęły szczekać, by powiedzieć ulicy,

czego się dowiedziały. Na ulicy jednak rozlegało się tylko głośne hau-hau i nie można było zrozumieć ani

słowa. Psy, ukryte w nazwie ulicy, szczekały tak głośno, że starszy pan idący o lasce, zatrzymał się akurat

przed Pałacem Młodzieży i przez chwilę nasłuchiwał. Na jego twarzy odmalował się wyraz ogromnego zdziwienia.

Włożył nawet palec do ucha, potrząsając głową w taki sposób, jakby chciał wytrząść z niej krople wody, które

się zazwyczaj dostają podczas kąpieli. Nic jednak nie wypadło z ucha starszego pana z laską.

Nagle zbudził się kot, który wysypiał się na trawniku. Podniósł głowę, nasłuchując przez chwilę. Usłyszał

najwyraźniej, że pędzi na niego cała sfora myśliwskich ogarów, ujadając głośno. Jak się nie zerwie, jak nie

popędzi przez trawnik co sił w szarych łapkach i hyc na drzewo. Ale i tam dogoniło go ujadanie sfory. Biegł

więc coraz wyżej i wyżej, aż do najwyżej położonych gałęzi. Usiadł, kiedy się rozejrzał, zobaczył, jak daleko

jest do ziemi. I wtedy zawołał za wszystkich sił: „Miauu!”

Na to rozpaczliwe wołanie troje dzieci wyszło z drzwi Pałacu Młodzieży. I oczywiście dzieci szeptały coś do

siebie.

- Milczeć! – wrzasnęła ulica Ogarna na swoje psy, gdyż chciała usłyszeć, co mówią dzieci. Ogary zamilkły

natychmiast, gdyż były do psy dobrze wytresowane. Zapanowała cisza.

- O, kotek! - zawołała dziewczynka, która właśnie mijała drzewo, na którym rozpaczliwie wydzierał się szary

kotek.

Dzieci przestały do siebie szeptać i ulica Ogarna oraz wszystkie jej psy pomimo nasłuchiwania nie mogły

usłyszeć ani słowa, bo żadne z dzieci akurat nie szeptało do siebie. Kotek przestał słyszeć ujadanie psów.

Rozejrzał się: „Wcale nie jest tak daleko”, pomyślał, spoglądając ku ziemi. Poczuł się bardzo bezpiecznie,

widząc dzieci. „W razie czego, złapią mnie” - i skoczył prosto pod nogi dzieci. Ale zanim zdołały go

schwytać, pobiegł za budynek Pałacu Młodzieży, gdzie przy portierni czekała na niego miseczka ze śniadaniem

Starszy pan z laską przestał potrząsać głową i wyjął palec z ucha. - Zdawało mi się - powiedział i ruszył

przed siebie. Uśmiechał się, przypominając sobie dawne polowania, w których brał udział. I wtedy również tak

samo ujadały ogary. Starszy pan przypomniał sobie piękne chwile młodości, kiedy pędził przez łąki na szybkim

koniu, dmąc w myśliwską trąbkę.

Kiedy dzieci przechodziły pod Bramą Złotą, ta również coś usłyszała. Była jednak tak zajęta powtarzaniem

sobie łacińskich sentencji, że nie zrozumiała, co mówią. Tłumaczyła z łaciny na język polski i powtarzała

sobie, żeby nie zapomnieć. Wsłuchała się jednak w to, co mówią dzieci i zapomniała, co ona sama

mówiła: „Dzielnie, lecz z honorem”, powiedziała. „Coś nie tak” i zaraz przypomniała sobie słowo, na którym

skończyła tłumaczenie. „Timeo, timide – skromnie, trwożnie. Zapomniałam!” Zawołała do siebie swoim złotym

głosem, którzy dźwięczał w powietrzu jak uderzające o siebie płatki złotych róż.

Tak rozmawiały ze sobą gdańskie ulice. Dzieci jednak tego nie słyszały, nie rozumiały bowiem ich mowy. Dla

dzieci ulice były nieme. Złota Brama była tylko bramą z łacińskimi napisami.

Był jednak pewien człowiek, który rozumiał mowę gdańskich ulic. Przemawiały do niego bramy i domy. Słyszał

twarde dźwięki kamieni i głuche szepty cegieł. Dla tego człowieka miasto było żywe i głośne. Każdy dom i

każda ściana wyjawiały mu swoje tajemnice. Opowiadały mu niezwykłe historie, które się wydarzyły w ich

murach. Słuchał ich i zapamiętywał. Miał jednak jedno wielkie marzenie.

I właśnie w tej chwili Złota Brama zwróciła uwagę na niezwykłego człowieka, który podążał w jej stronę. Jego

szyja była owinięta czerwonym szalikiem, chociaż wcale nie bolało go gardło. Długi szal sięgał nieomal jego

kolan. Jego buty były również czerwone i to w takim samym odcieniu jak szalik.

Złota Brama znała go. „Witaj, Wielki Animatorze”, powiedziała. Uśmiechnęła się do niego swoim złotym

uśmiechem i strząsnęła na niego nieco złotego pyłu ze swoich ornamentów. „To na szczęście”, zawołała. „Niech

ci się powiedzie, cokolwiek zamierzasz”, dodała.

„Dzielnie, lecz z rozwagą”, Wielki Animator przeczytał łacińską sentencję ze Złotej Bramy. Jakże się ona

ucieszyła! Przypomniała sobie nagle wszystkie łacińskie słowa, które zapomniała.

Zerwał się nagle wiatr i pociemniało niebo. Wielki Animator podniósł głowę i spojrzał na chmury. Wisiały

nisko nad Gdańskiem, a dokładnie tuż nad Głównym Miastem – ulicą Długą, Ogarną i Szeroką.

„Zaraz lunie”, zmartwił się. „A dzieci nie zdążą”. Nasłuchiwał tupotu nóżek idących dzieci. Nasłuchiwały

również ulice. „Zmokną, zanim dotrą na miejsce”, obawiał się. „Przeziębią się dzieciaki i dostaną kataru”. Co

tu zrobić? Nie może powiedzieć dzieciom, żeby się schowały przed deszczem, bo one właśnie podążają ulicami

Głównego Miasta. Wszystkie idą w to samo miejsce i bardzo się spieszą. Nie mogą się spóźnić. Idą bowiem w

takie miejsce, gdzie nikt się nie spóźnia. Być tam zaproszonym jest wielkim zaszczytem. Dzieci wiedzą o tym i

nie zatrzyma ich ani ciemniejące niebo, ani też deszcz, który lunie na ich odkryte główki.

Pozostaje tylko jedno do zrobienia: trzeba zatrzymać deszcz. Ale kto może to zrobić? Czy potrafi to Wielki

Animator? A może potrzebny jest ktoś jeszcze potężniejszy?

I nagle wszystkie kamienice z ulicy Długiej spojrzały w jedno miejsce. Spojrzała Strzelnica Św. Jerzego.

Patrzył Dom Uphagena. I kamienica na rogu. A wtedy Wielki Animator poszedł do przodu kilka kroków i rozejrzał

się wokoło. Jego oczy zetknęły się ze wzrokiem lwów. Wielkie zwierzęta patrzyły na niego groźnie. Wielki

Animator jednak wcale się nie uląkł ich groźnego spojrzenia. Wprost przeciwnie, spojrzał im w oczy głęboko.

Były to olbrzymie lwy wyrzeźbione z twardego kamienia. Stały po obu stronach tarczy herbowej i osłaniały ją

swoimi potężnymi łapami, z których sterczały długie i ostre pazury. Lwy osłaniały herb Gdańska. Były jego

obroną. Stały tak od setek lat na swych potężnych łapach. Budziły strach i szacunek. Nikt nie ośmielił się

nigdy do nich zbliżyć. Żaden wróg nie miał odwagi podnieść ręki na herb Gdańska. Dlatego miasto było

bezpieczne.

Wielki Animator spojrzawszy w oczy lwom, kiwnął porozumiewawczo głową, a potem zrobił coś niezwykłego. Na

samym środku ulicy ukląkł na lewe kolano i podniósł prawe ramię.

Patrząc na herb Gdańska, wskazał ręką na dwa krzyże.

- Jesteście symbolem Kościoła – powiedział. – Składam wam pokłon.

Lwy spojrzały ze zrozumieniem.

Wielki Animator uniósł rękę do głowy i zasalutował. Spojrzał na koronę umieszczoną ponad krzyżami w herbie

Gdańska i powiedział:

- Korono, jesteś symbolem władzy. Oddaję ci cześć.

Opuścił ramię i ponownie zwrócił się do kamiennych lwów.

- Powołałem wielką armię gdańskich lwiątek, a są nimi dzieci chodzące do szkół. One swoją obecnością chronią

miasto. A teraz te lwiątka idą na wielką uroczystość. Spójrzcie na czarne chmury: zbliża się deszcz. Jeśli

deszcz zmoczy dzieci, nie dotrą na miejsce. Będą się kulić pod drzewami i czekać, aż deszcz ustanie. Mogą się

przeziębić i rozchorować. Nie chcemy tego.

Lwy patrzyły ze zrozumieniem. Piękna uroczystość będzie przykra, jeśli dzieci przyjdą mokre i zmarznięte. Nie

można jej zmarnować.

Wiedziały, co mają zrobić.

Powagą swojego urzędu strażników herbu zwróciły się do króla na wieży. Stał w złotej koronie, pochylając się

ponad miastem. Jego korona na herbie miasta świadczyła, że Gdańsk jest wielkim miastem Rzeczpospolitej i

otrzymał wszelkie przywileje królewskie, wynikające z opieki króla.

Król zrozumiał, o co proszą go lwy z herbu. Kiwnął głową. A wtedy lwy zwróciły się do największego kościoła w

Gdańsku. Stał na samym środku miasta. Był zbudowany z tysięcy cegieł. Był tak wielki, że nie było większego

w całym świecie. Jego wieżyce były potężne i sięgały niemal chmur. Lwy przekazały świątyni życzenie króla. A

wtedy wszyscy wypowiedzieli życzenie.

Wypowiedział je Wielki Animator. – Chcę, żeby chmury odpłynęły znad Gdańska.

Powtórzyły je lwy. – Niech deszcz się zatrzyma.

A wtedy król wypowiedział swój królewski rozkaz. – Odejdźcie.

I zaklęcie powtórzyła wielka świątynia. – Niech gdańskie dzieci dotrą bezpiecznie, proszę pokornie.

Marek szedł swoją trasą, którą sobie zapisał w komórce. Musiał minąć trzy ulice, aby dotrzeć na miejsce

zbiórki. Spotka tam dzieci z jego klasy oraz z innych szkół. Wszystkie bowiem idą na wielkie spotkanie.

Przyspieszył kroku, gdyż nie chciał się spóźnić na tę wspaniałą uroczystość. Będą na niej wszyscy. Ale

oczywiście przyjdzie i Kornelia. Jak tylko wypowiedział w myślach to imię, zobaczył dziewczynkę o jasnych

włosach, które wciąż spadały na oczy, a ona je odsuwała palcami. Kornelię lubił szczególnie. Teraz też wysłał

jej sms z formie wierszyka.

Cztery tu są lwy, a każdy zielony.

Takie uszy i zęby, a nawet ogony,

Zaraz woda wytryśnie i zaleją je fale

I choć wody nie lubią, nie poruszą się wcale.

Stał, czekając, aż dziewczynka przeczyta smsa i odpowie mu, gdzie jest i gdzie się spotkają. Po chwili

usłyszał dźwięk, szybko więc odczytał odpowiedź Kornelii. „Dwa smoki, lecz nie leje się z nich woda. Szkoda.”

Kornelia nie przejmował się wierszykami.

Nagle poczuł, że zawiał wiatr i zaszeleściły liście na drzewach. Podniósł głowę i zobaczył niebo zasnute

czarnymi chmurami. „Zaraz lunie deszcz, pomyślał. I Kornelia zmoknie.”

-Gdzie jesteś, Kornelio? – ruszył biegiem przed siebie, żeby ją ratować. Stanął i rozejrzał się wokoło.

Nigdzie nie zobaczył smoków. Niebo robiło się coraz czarniejsze. Chmury gęstniały. Straszne będzie ulewa.

Kornelia jest zajęta podążaniem zgodnie ze swoją trasą i wcale nie zauważyła, że zaraz będzie padać. Znowu

pobiegł przed siebie, rozglądając się na boki. Właśnie zobaczył idącą panią, ubraną bardzo dziwnie. Miała

mocno kręcone rude włosy, które spływały aż na aksamitny kubraczek. Stąpała energicznie, a jej nogi miały

pończochy w poprzeczne paski: różowe i zielone. Wyglądała, jakby zeszła z jakiegoś obrazu. Może naprawdę tak

było?

- Widziała pani smoki? – zapytał ją i dodał szybko. – Z których nie leje się woda.

- Zaraz będzie się lała – roześmiała się zabawna pani. – I z tych smoków również.

- A gdzie są? Gdzie? Bo Kornelia zmoknie, proszę pani!

- Kornelia nie może zmoknąć – powiedziała zabawna pani. – A te smoki, jak mówisz, to gdańskie rzygacze. Kiedy

pada deszcz, leje się woda z ich pysków.

- Rzygacze – powtórzył. – A gdzie są?

- O, tam – powiedziała pani i szybko zastukała bucikami z różowymi kokardkami, odchodząc.

Marek zobaczył Kornelię, która liczyła rzygacze, dotykając ich pysków.

- Kornelio – zawołał Marek. – Uciekajmy!

Właśnie w tej chwili król na wieży, skinął głową na znak zgody. I życzenie Wielkiego Animatora zostało

spełnione. Wieża przekazała rozkaz króla, drugiej wieży. A ta przesłała go po wszystkich kamienicach w całym

Gdańsku. Ożywiły się rzeźby na ścianach, usłyszały królewski rozkaz. Zamrugały oczy i kiwnęły główki na zna

zgody. I teraz wszystkie rzeźby na wszystkich kamienicach czekały na znak. Patrzyły na siebie porozumiewawczo

oczami i dawały sobie znaki, pytając: Czy jesteś gotowy? Tak, jestem gotowy!, odpowiadał aniołek z dachu. Czy

ty jesteś gotowy? Tak, potwierdzał tłuścioszek nad oknem. I teraz, na mój znak. Król kiwnął głową. I wtedy

dał się słyszeć taki dźwięk, jakby ktoś wciągał powietrze głęboko do płuc. Wszuu!

Usłyszał ten dźwięk Wielki Animator i się roześmiał wesoło. Tylko on usłyszał to wciąganie powietrza do płuc

i tylko on wiedział, co to oznacza. Rozejrzał się wokoło. Widział wydęte policzki tłuścioszków zdobiących

ściany gdańskich kamienic. Amorki i dzieciaczki miały policzki wydęte jak banie. Trzymały w policzkach

powietrze. Trzymały je z wysiłkiem i czekały na znak Wielkiego Animatora. Jeszcze chwila i wydęte policzki

pękną z trzaskiem. Wielki Animator podniósł ramię do góry. – Uwaga! Wszyscy gotowi?

Tłuścioszki dały znak oczami, że są gotowe i czekają. Podniosły główki do góry i patrzyły na chmury.

– Teraz! Juuż! – Wielki Animator opuścił ramię.

- Szuu, szuuu, szuu!

Powietrze z szumem wydostało się z policzków tłuścioszków. Wyleciało z buzi amorków. Wypłynęło strumieniem z

ust dzieciaczków.

- Szu, szu, szu – dmuchały kamienne figury ze ścian kamienic.

Powietrze z wielką siłą uniosło się do nieba i uderzyło w czarne chmury.

- Buch! Pac! Puf!

Kłęby powietrza wypchnięte z policzków kamiennych dzieciaczków na ścianach kamienic uderzyły w chmury. W

czarnej chmurze zrobiła się dziura i wpadł przez nią promień słońca, który był smukłym chłopcem całym ze

złota. Zrobił miejsce swoim złotym braciom. I zaraz za nim wskoczyli w dziurę w chmurze następni, cała

drużyna. Odrywali rękami czarne kawałki chmur. Od ich dotyku czarne chmury robiły się przejrzyste i znikały

na tle nieba. Chłopcy wesoło skakali po chmurach i rozdzierali je na kawałki. I jak to chłopcy: chwytali

kawałki chmur i rzucali się nimi. Na chmurze rozgorzała wesoła zabawa. Chłopcy w złotych ubrankach biegali po

chmurach, przeskakując wielkimi susami z jednej na drugą i kawałkami czarnych chmur rzucali w kolegów. Kiedy

jednak pochwycili czarny kawałek chmury, on zamieniał się w złoty od dotyku ich dłoni. Po niebie fruwały

złote światełka. Jakże tam było wesoło, jak wspaniała toczyła się zabawa. Wielki Animator stał z głową

zadartą do góry i oglądał zabawę. Śmiał się wesoło, obserwując skoki złotych chłopców. Nikt nie wiedział, co

on widzi i dlaczego się śmieje. Ludzie mijali go na ulicy i patrzyli zdziwieni. Jego to jednak wcale nie

obchodziło. Cieszył się, że chmury zostały rozgonione i deszcz nie zmoczy dzieci, które idą na wielką

uroczystość.

Potem się odwrócił i powiedział, spoglądając na wieżę. – Dziękuję ci królu. – I złożył głęboki pokłon

królowi, a ten się uśmiechnął i skinął łaskawie głową, co oznaczało, że przyjmuje podziękowania.

Odwrócił się w drugą stronę i spojrzał na kościół Mariacki. Pochylił się w głębokim ukłonie, a świątynia

milczała wzniośle. Odwrócił się jeszcze raz i popatrzył na posążki dzieci na ścianach kamienic. – Hej,

dzieciaczki! – zawołał. – Byliście bardzo pomocni. Dzięki. Do następnego razu. – I pomachał im ręką.

A dzieci były bardzo zadowolone, że otrzymały pochwałę od samego Wielkiego Animatora, co przecież bardzo się

liczy.

Marek ciągnął za sobą Kornelię, trzymając ją za rękę. Nie chciał, aby zmokły jej złote włosy i przykleiły się

do czoła jak sznurki. Kornelia miała na sobie niebieską sukienkę i gdyby zmoczył ją deszcz, byłoby jej zimno.

Jakże przykra byłaby uroczystość, na którą się spieszyli! Dziewczynka drżałaby z zimna w wilgotnej sukience i

na pewno nic by jej nie cieszyło. Marek bardzo lubił Kornelię i chciał, żeby się cieszyła.

Nagle poczuł, że Kornelia zatrzymuje się i wysuwa swoją rękę z jego dłoni. Zatrzymał się zdziwiony.

Dziewczynka stała, uśmiechając się. Podniosła paluszek do góry i pokazała na niebo. I właśnie wtedy jeden ze

złotych chłopców rzucił z góry kawałek chmury, która była już świecąca i uderzył nią prosto w oczy Marka.

- Słońce! – zawołał. – Nie ma chmur.

- To bardzo dziwne, prawda? – powiedziała Kornelia.

- Pewnie wiatr rozgonił chmury – powiedział Marek.

- Ale kto przywołał wiatr? – zapytała tajemniczo Kornelia.

Chociaż nie układała wierszyków, ale znała różne tajemnice.

Odwróciła się i szła w stronę ulicy Długiej. Marek szybko do niej dołączył. Dzieci wkrótce znalazły się na

Długim Targu. Idąc spotykały inne dzieci ze swojej szkoły i innych szkół w mieście. Machali do siebie i

witali się wesoło. Wkrótce na Długim Targu zrobiło się bardzo głośno. Słychać było przywitania i wesołe

śmiechy dzieci. Wszystkie stanęły przed piękną budowlą o wielkich oknach. Był to Dwór Artusa. To tutaj

dzisiaj się spieszyły dzieci z miasta. Nie mogły jednak jeszcze wejść.

W drzwiach Dworu Artusa stał dziwnie ubrany człowiek. Miał na głowie olbrzymi zielony kapelusz z wyciętym

rondem. Dziwnego człowieka odziewał kubrak w zielone i czerwone pasy. Miał na sobie również czerwone

spodnie, które mu sięgały tylko do kolan. Od kolan w dół jego nogi były obleczone w czarne pończochy. A buty

były najdziwniejsze: z wygiętymi do góry noskami i szeroką cholewką, i w dodatku całe żółte. I miały obcasy.

Żadne z dzieci nigdy nie widziało tak dziwnie ubranego człowieka na gdańskiej ulicy. Stał on w rozkroku w

otwartych drzwiach Dworu Artusa. Był wyprostowany i miał głowę dumnie zadartą do góry. W wyciągniętej ręce

trzymał halabardę ostro zakończoną u góry. Opierała się dolnym końcem o próg i zagradzała wejście razem ze

strażnikiem. Dzieci stały grupami na Długim Targu, na wprost Dworu Artusa, nie mogły jednak wejść do środka,

gdyż strażnik w kolorowym ubraniu i z halabardą ani myślał zejść z progu.

Nagle jego głowa odwróciła się w prawą stronę. Jego oczy odwróciły się również w tę stronę. Na kogo patrzył?

Dzieci były również ogromnie zaciekawione. Wszystkie główki zwróciły się w tę stronę. W stronę Dworu Artusa

spieszył człowiek w czerwonym szaliku i w czerwonych butach. Był to Wielki Animator. Wbiegł szybko na schody

i zatrzymał się przed strażnikiem. Strażnik przysunął stopę do stopy i uderzył głośno obcasami na powitanie.

Przyciągnął do siebie halabardę, robiąc przejście i skłonił głowę przed Wielkim Animatorem. A człowiek w

czerwonym szaliku i w czerwonych butach stanął na progu i spojrzał na dzieci.

- Czy są dzieci, które przyszły od strony Zielonej Bramy?

- Jesteśmy! – zawołały, podnosząc indeksy.

- A co widziałyście? – zapytał Wielki Animator.

- Studnię Neptuna! – zawołały dzieci i zaczęły wymieniać, co jeszcze po kolei widziały.

Jakże ucieszyły się gdańskie ulice! To właśnie szeptały do siebie dzieci, kiedy szły na spotkanie do Dworu

Artusa. – Słyszyszsz? – zapytała ulica Szeroka.

- Hau, hau! – Zaszczekały psy ukryte w nazwie ulicy Ogarnej i ona sama musiała się domyślać, co powiedziały

dzieci.

- A co widziały dzieci, idące od strony Bramy Złotej?

- Bramę Zieloną! Ratusz! – wołały dzieci, podnosząc indeksy.

- A co widziały dzieci, idące od strony ulicy Mariackiej?

Marek szybko stanął na czele grupy dzieci, które również szły tą samą trasą.

- Bazylikę Mariacką! – zawołał najgłośniej, jak umiał, podnosząc indeks w wyciągniętej ręce. – Największą

ceglaną świątynię w Europie.

Bardzo to się spodobało Wielkiemu Animatorowi i zapamiętał Marka.

- A co widziały dzieci, idące od strony Targu Rybnego?

Marek wiedział, że była to trasa Korneli, więc szybko pociągnął ją do przodu.

- Widziałam rzygacze! – zawołała dziewczynka, a Marek uniósł jej rękę z indeksem.

I to również spodobało się Wielkiemu Animatorowi. Zapamiętał więc dziewczynkę i opiekę chłopca.

- Czy policzyłaś rzygacze? – zapytał.

- Jest ich 21! – zawołała dziewczynka.

Jakże ucieszył się Wielki Animator. Przypomniał sobie swoje lata szkolne. Kiedy szedł ulicą Świętego Ducha,

zawsze liczył rzygacze, i kiedy padał deszcz, przyglądał się, jak wypływa z nich woda.

Dał teraz znak strażnikowi z halabardą, a ten odsunął się i Wielki Animator wszedł do wnętrza Dworu Artusa.

Za nim biegły dzieci, śmiejąc się i krzycząc. Kiedy jednak wbiegły do obszernego wnętrza Dworu wszystkie

nagle zamilkły. Podnosiły główki i oglądały obrazy i rzeźby, świadczące o wielkiej świetności miasta Gdańska.

Patrząc na te wspaniałości, czuły, że stają się mądre, piękne i dobre. Marek ujął rękę Kornelii i pociągnął

ją do przodu, gdzie stał wielki piec kaflowy. A każdy kafel miał na sobie inny obrazek, wart oglądania.

Kiedy tylko stanął z przodu, zobaczył wysoki, złoty tron. Siedział na nim król w złotej koronie. Był to król,

który zszedł z wieży, aby dokonać ważnej ceremonii. Na głowie miał złotą koronę, a w prawej ręce trzymał

złote berło. Po jego prawej ręce stał Wielki Animator. I on dał właśnie znak ręką. Od drzwi rozległo się

głośne stukanie butów. To szedł strażnik, waląc głośno obcasami. Niósł przed sobą halabardę. Na jej końcu

jednak paliła się teraz świeczka. Wciąż stukając obcasami, podszedł do wiszącego statku pod sufitem. Była to

feluka, która kiedyś pływała po morzach, a teraz pomniejszona i wysuszona z wody, przypominała o dawnych

rejsach i budziła marzenia.

Strażnik zatrzymał się pod feluką i podniósł halabardę ze świeczką zatkniętą na końcu. I wtedy rozległ się

głośny wystrzał. To wystrzeliła armata na statku. Był w niej zgromadzony proch strzelniczy i podpalony,

wystrzelił głośno.

- Ach! – zawołały dziewczynki, zasłaniając uszy.

Chłopcy rozejrzeli się zadowoleni, bardzo im się podobał wystrzał. – Ale huk! – ucieszyli się.

Strażnik odwrócił się i poszedł z powrotem do drzwi, niosąc przed sobą halabardę, na której już nie paliła

się świeczka. Stanął na powrót na progu w takiej samej pozie.

Teraz Wielki Animator dał znak. Dzieci miały po kolei podchodzić do króla i przyklęknąć na jedno kolano.

Pamiętał, że Marek tak wspaniale się zachował. Skinął więc, by się zbliżył. Chłopiec wziął za rękę Kornelię i

podszedł do tronu króla. Przyklęknął na jedno kolano, a wtedy król dotknął złotym berłem jego ramienia i

powiedział – Czynię cię rycerzem.

- Jesteś pierwszym rycerzem Króla – powiedział Wielki Animator.

Kornelia stała teraz przed tronem króla, a on dotknął jej ramienia swoim złotym berłem. – Czynię cię damą

dworu.

- Jesteś pierwszą damą dworu – powiedział Wielkim Animator.

Marek i Kornelia stanęli obok Wielkiego Animatora. Marek spojrzał na Kornelię, by odgadnąć, co ona czuje.

Dziewczynka skinęła główką na znak porozumienia. Obydwoje czuli, że są godni i wartościowi, gdyż nadano im

zaszczytny tytuł.

Dzieci kolejno podchodziły do króla, a on każde dotykał berłem, nadając im tytuł rycerza lub damy, a potem

dzieci podchodziły do Korneli i Marka, a oni podawali im ręce na znak przypieczętowania honoru.

Kiedy ceremonia się skończyła Wielki Animator podał rękę Kornelii i Markowi.

- Do zobaczenia, pierwszy rycerzu króla.

- Do zobaczenia, pierwsza damo króla.

Dzieci, odchodząc pomachały mu ręką, wiedząc, że wkrótce znowu się spotkają. Strażnik stał obok drzwi,

przepuszczając wychodzące dzieci, a jego halabarda stała oparta o ścianę i odpoczywała.

Wszystkie powracały do domu, trasami, które dokładnie znały. Pamiętały nazwy ulic i różne ciekawe rzeczy,

które spostrzegły po drodze. Będą chodzić bezpiecznie i nigdy się w mieście nie zgubią.

Marek wracał z Kornelią. Najpierw nic do siebie nie mówili, gdyż byli tak przejęci tym, co ich spotkało. A

potem mówili jedno przez drugie. – A pamiętasz, jak mnie dotknął berłem?

I opowiadali sobie tę historię jeszcze raz od początku. Byli bardzo dumni i szczęśliwi. Potem Kornelia

skręciła w stronę swojego domu i odchodząc, pomachała Markowi ręką. Marek wszedł do domu.

- Powiedz, co to za dwór, który nie jest na dworze? – Ryś nigdy nie zapominał swoich pytań.

I Marek opowiedział mu tę historię.