"Marzenia maków" Tomiko Endo - widziane z Polski

Napisałam wstęp do książki Tomiko Endo "Marzenia maków", przetłumaczonej przez Michiko Tsukadę.
Z tą książką wiąże się miłe wydarzenie. Kiedy Michiko Tsukada przysłała mi wiersze pani Endo, wzbudziły taki mój zachwyt, że wydrukowałam je w numerze "Nowego Kuriera Nadbałtyckiego", którego jestem redaktor naczelną i dopisałam parę zdań, zawierającej wrażenia, jakie na wywarły te niezwykłe i czyste wiersze doku. Egzemplarz czasopisma wysłałam do Japonii, do Michiko. Okazało się, że publikacja i moja ocena utworów stały się argumentem decydującym o przyjęciu do publikacji tej książki przez japońskiego wydawcę. Uznano mój tekst za recenzję pisarki i redaktorki z Europy.
 
Tomiko Endo patrzy  na mnie z fotografii, zamieszczonej w jej książce  "Marzenia maków". Jej jasnobrązowy kapelusz błyszczy  jak zrobiony ze specjalnego gatunku jedwabiu. Jest przewiązany wstążką, która została dokładnie   dopasowana pod względem szerokości i koloru do kapelusza.
Okulary pani Tomiko Endo nie zasłaniają  oczu i właściwie się ich nie zauważa. Można wysnuć wnioski, że nie służą korekcie wzroku, lecz są subtelną ozdobą oczu,  zajmującą idealnie trzecią część twarzy. Delikatny uśmiech Mony Lizy, tylko dla zaznaczenia, że jest się życzliwym i w dobrym humorze.
Kołnierzyk  bluzki w wycięciu żakietu oczywiście jest stójką, nieco wyciętą z przodu, może przypomina krojem kimono, przynajmniej dla mnie. Kolor bluzki jest o ton jaśniejszy  od ciemnobrązowego żakietu i dokładnie w tym samym  tonie co kapelusz.
Oto dama w każdym calu. Doskonale ubrana, umiejąca ze znawstwem  dobrać kolory, fasony i  desenie. Takie wiadomości wynosi się z domu rodzinnego, który jest siedliskiem wielopokoleniowej rodziny, której korzenie sięgają Starego Cesarstwa.
Wyobrażam sobie, jak je, trzymając pałeczki, wysoko za końce, jakoś tak trzema palcami, opanowawszy tę sztukę  tak, że  może wyjąć pałeczkami ość ryby lub pojedyncze ziarnko ryżu. Zresztą, wydaje się, że ona wcale nie spożywa pokarmu i nie zaspokaja głodu, lecz uprawia jakąś tradycyjną japońską sztukę.
Domyślam się, jak się porusza. Stawia delikatnie  odmierzone kroki i nawet nie  marszczy sukni, nie ma mowy o tym, by pod tkaniną  uwypuklił się kształt  kolana,  to nie uchodzi, ne est c'est pas? Jej gesty są opanowane, ręce zawsze znajdują się blisko ciała. Gdy rozmawia lekko pochyla głowę i nigdy nikomu nie przerywa.
Dystans, delikatność, miary, proporcje, opanowanie, czystość i precyzja są widoczne w fotografii Pani Endo. Taka ona jest i taka jest jej poezja. Nie ma tu szaleństwa i gniewu. Niemożliwy jest brak opanowania, głośne słowa czy wrzawa. Poezja jak japońskie filiżanki, stojące na szklanym stoliku. Dopiero czekają, aby ktoś nalał do nich herbaty, która na pewno będzie przejrzysta i ani kropla nie zostanie  rozlana.
Tomiko Endo dużo pisze o kwiatach. Jakie to kwiaty? To po prostu kwiatki, małe, delikatne i bezbronne- przylaszczki, mlecze, fiołki. Rosną dziko, w wolnej przyrodzie i nie są dumnymi kwiatami hodowlanymi: wysokimi różami z cieplarni czy wyrafinowanymi orchideami  w celofanie.
Pani Endo pisze o mleczach ("Mlecz"),  które w Polsce rosną  na miedzach czy w rowach, tam gdzie są wolne i mogą pozostać niezauważone. To chłopska roślina, zresztą jadalna. Młode liście mleczy  dodaje się do sałatek. Biały sok służy dzieciom do  wybielania kurzajek, a jesienne dmuchawce do marzeń i wróżb. Najpierw pomyślę, za ile lat wyjdę za mąż, a potem dmuchnę. Ile małych latawców pozostanie na szypułce, tyle lat czekania. A jeśli odlecą wszystkie?
Kwiaty to zresztą  dość grubiańskie. Trzymają się mocno ziemi, wyrastając wprost w płaskich liści na prostej i grubej łodyżce.  Należą do chłopskiej klasy, siedzą na niej całymi rodzinami i dają się wyrwać.  Mają w sobie wielką siłę przetrwania i potrafią przeżyć nawet w wysokich trawach, tak długo pędzą w górę, aż wyjdą ponad  linię roślin i  spojrzą w twarz słońca.
Tak  widzę mlecze, z mojej perspektywy polskiej wsi i chłopskich dróg. Dla Tomiko Endo kwiaty mleczy są złotymi gwiazdami, które rozdmuchuje wiosenny wiatr.  Autorka postrzega kolory i liczbę, ja charakter kwiatów.
Porównanie kwiatów do ciał niebieskich nie jest u niej rzadkie. Przylaszczki ("Inufuguri - Przylaszczki") są szmaragdowym gwiazdozbiorem. Za każdym razem określeniem  jest coś cennego, jak na przykład złoto czy drogie kamienie - szmaragdy. Metale i kamienie tak odległe od delikatności płatków kwiatów. Dlaczego pisarka tak czyni? Wynika to z jej kultury, wielkiej damy z Japonii, gdzie wszystko jest przetworzone. Dystans   pani z fotografii, chłód drogich kamieni.
Czy znacie Państwo baśń Andersena o słowiku? Cesarz kazał zrobić pięknego słowika ze złota i drogich kamieni, gdyż szary i pospolity ptaszek nie był godzien pałacowych komnat. Coś w tym jest, pewna prawda. Tak my, Europejczycy   postrzegamy kulturę Wschodu, jej chłodny, sztuczny przepych.
Tulipany ("Tulipany") są porównane do lampek wina, to znaczy kielichy kwiatów to szkło, chłodne i dźwięczące, a kolor jest płynem.  Czerwone wino w szkle- znowu mamy skojarzenie z artefaktami kulturowymi.
Górskie fiołki  ("Górskie fiołki") są maleńką boginią, która biegnie. Pewnie nawet nie  przebiera nóżkami  pod swą suknią. Wyobrażam ją  sobie jako posążek z porcelany. Nawet nie wiem, czy u nas na górach rosną jakieś specjalne górskie fiołki. Znam fiołki alpejskie, ale tylko z hodowli  doniczkowej. Kupowało się je na Święta Bożego Narodzenia. Kiedy zwiędły cebulki leżały całą zimę zawinięte w papier.
Nasze polskie fiołki  rosną nad rzeczkami,  na mokrych łąkach i są zupełnie  bezradne. Małe i bezbronne kwiatki, niby naiwne dziewczynki, które mają po trzynaście lat i zbyt mocno pachną, przyciągając niebezpieczne palce. Na pewno nie są boginiami. To głuptaski, dość  anemiczne i banalne. Na szczęście ukrywają się w gęstych trawach i trudno je znaleźć. Tak mogą ocalić swą cnotę.
Czasami kwiaty są porównane do wielkich części  przyrody ("Jachty"): kwiaty są morzem, a chmara motyli to jachty.  Czy pamiętają Państwo jachty na morzu? Kołyszą się dostojnie i powoli. Motyle, które siedzą na kwiatach  od czasu do czasu zamykają skrzydła,  a potem je otwierają. Można podejść całkiem blisko, a one nie odlatują. Są spokojne i dostojne. Powiedziałabym, dość aroganckie, odlatują w ostatniej chwili, kiedy już wyciągasz po nie rękę. Nie czynią tego nerwowo, lecz po prostu się wznoszą, i twoja dłoń pozostaje pusta i czujesz się tak samo nie na miejscu jak na przystani, obserwując jachty bogatych ludzi, dla ciebie niedostępne.   Ale teraz wszystkie motyle odleciały, już ich nie ma.  Zabiły je   spaliny i wyziewy fabryk. Pamiętam je tylko z mego dzieciństwa.
U nas nie ma płaczących wiśni ("Wodospad kwiatów"). Gałązki  tych drzewek rosną w górę i zawsze są wesołe. Kwitną, kiedy świeci słońce. Po ciężkiej zimie  czujemy się bardzo wymęczeni i wymięci. Wiśnie kwitną biało, drobnymi kwiatkami jak ścinki białego papieru, z których wiosna zaczęła wycinać wiosenne kwiatki i  spod jej nożyczek nasypało się mnóstwo okrawków. U nas wiśnie są skromne i trochę jakby zawstydzone. Inne  drzewa owocowe są grubsze, silniejsze i mają większe kwiaty. Wiśnie w naszej kulturze symbolizują pannę młodą, wchodzenie w życie i niewinność. Białe kwiaty to jakby biała, ślubna sukienka z cienkiej i delikatnej tkaniny.
Dla pani Endo  wiśnia płacze jak wodospad. U nas wodospady nie płaczą. Wodospady są tylko w górach, w naszych dzikich i okrutnych Tatrach. Są nazywane wodogrzmotami, a górale mówią na nie siklawy. Są zawsze symbolem siły, szaleństwa i dzikości.  Pędzą w dół, ślepe i nie zważające na nic, rozbijają się o skały i wcale nie czują bólu. Wodospady to krzyk i gniew.
W tej poezji pewną rolę spełniają również zwierzęta. W części zatytułowanej "Wiosna" mamy koty. Są one w tle, gdyż to niezależne zwierzęta, Autorka trafnie ukazuje ich charakter. Pod śnieżycą  kwiatów ("Sny kotów") śpią na balkonie, śpią głęboko, i pewnie nic ich nie obchodzi oszałamiające i chłodne piękno kwietnych płatków, które pokryły rośliny jak gwiazdki śniegu. My również nie mamy pojęcia, o czym te koty śnią, ich sny są tajemnicą. Mój kot śpi na monitorze, zwieszając pyszczek i łapki na ekran.  Zasłania cały bok ekranu i muszę się domyślać połowy słów, ale kota to nic nie obchodzi. Zawsze musi być blisko mnie. Nie przychodzi od razu, lecz dopiero po dłuższej chwili i nigdy nie powie "Kocham cię". Musimy się tego domyślać.
Możemy się również domyślić, że należą do jakiegoś tajnego sprzysiężenia ("Pod kwiatami"), wymieniwszy spojrzenia, które mówią, a których nie umiemy zrozumieć, spotykając się w tajemnicy gdzieś pod kwiatami, w gąszczu łodyg, gdzie chodzą w ciszy tunelami dla nas nie istniejącymi.
Mgła, zachód słońca, letnie niebo, pora deszczowa, grzmot, łąka - z tych obrazków Tomiko Endo ułożyła  swą wystawę, nazwaną "Lato". W "Łąkowym poranku" kwiat konwalii, dzwoniąc,  budzi łąkę. I tu nasze spojrzenia się zgadzają, patrzymy w tę samą stronę i widzimy to samo. I u nas konwalie są dzwonkami, dzieci słyszą,  jak dzwonią, starsi - wiadomo- głuchną z wiekiem.
Grzmot tylko nas postraszył  zębami, pokazał je, zazgrzytał ("Grzmot"), nie wiemy dlaczego, przecież "niebo takie spokojne". Autorka animizuje zjawisko przyrody,  działa na wyobraźnię, ożywia ją i możemy zobaczyć  olbrzyma, który kroczy przez jasne niebo i z wściekłością pokazuje zęby, a potem odchodzi, pokonany pięknem jasnego nieba.
Tancerze z pewnością zastygli w swym pas-  de - trois, każdy z ramieniem skierowanym w górę i skrzyżowanymi nogami, gdy uniosła się mgła ("Górskie lilie"), która była kurtyną w wielkim teatrze gór. Oszołomienie pięknem kwiatów, dziecko patrzy zdziwione, a tu cały stok tańczy.
Słoneczniki mają wspaniałą historię w europejskiej kulturze. Malował je van Gogh i zna je cały świat. U nas pisał o nich Bruno Schulz w swych "Sklepach cynamonowych", polski pisarz, mieszkający przed wojną w Drohobyczu, nauczyciel  miejscowego gimnazjum, zastrzelony na rogu ulic Mickiewicza i Czackiego przez gestapowca Guentera jako niepotrzebny Żyd. Istotnie, Izrael zaczął się przyznawać do Schulza,  tajne służby  wycięły ścianę z freskami i zabrały  do starej ojczyzny.
Słonecznik u Schulza jest chory na elephantiasis, słoniowatość, chorobę, wynikającą z nadmiaru, z dużego ciężaru ciężkiej głowy.  Tomiko Endo postrzega słoneczniki jako płomienie ("Słonecznikowy ogród"), które kołyszą się powoli podczas popołudnia. Panuje tu miła atmosfera, nad ogrodem unosi się spokój, jest cisza i niewielki ruch  płomieni.
Na tle przyrody są i ludzie. Pragnęli posłuchać opowieści, które się snuje o tej porze ("Pora deszczowa") i już weszli w nastrój  niesamowitości i baśni, zagłębili się w świat japońskich duchów i demonów, które są tak niezwykłe i kolorowe, gdyż oglądam je tylko na doskonałych  grafikach.  Demony noszą kimono w kolorze granatowym, w srebrne  wzorki i zasłaniają niebo.
Jest i tłum ("Plażowicze") przypominający stado fok, które pełza po plaży. To zupełnie oryginalne  porównanie, pokazujące różnice pomiędzy  naszym postrzeganiem a japońskim. Dla mnie foki to tłuste leniuchy. Kojarzą się z zimą i  kręgiem  polarnym. Widujemy foki wśród połamanego lodu, leżące na krach, zadowolone z zimnej wody, do której wskakują z radością. Kiedy się pojawiają w naszej wyobraźni, robi się nam chłodniej.  Klub wytrzymałych ludzi, kąpiących się zimą nazywany jest u nas "Morsami".
Latem ktoś wyjeżdża na biwak ("Zachód"), lecz słońce zachodzi, pora wracać do miasta, do pracy.  Można jeszcze trochę pomarzyć, właściwie niezupełnie "trochę", przecież marzenia są jak Himalaje, i nawet maki są  błękitne jak niebo.
Maki u nas mają złą symbolikę i  straszne skojarzenia. Zawsze były używane przez biednych ludzi do usypiania dzieci. Kiedy matka musiała iść do roboty w pole, zawijała trochę maku w szmatkę i dawała dziecku do ssania. Jeszcze przed II wojną  światową stosowano tę metodę.
Zasypiało i miało głęboki sen, mogła więc harować, nie martwiąc się, że się obudzi i będzie płakać z głodu.  Kołyskę przywiązywano do sufitu, by zwierzęta nie pożarły niemowlęcia. Było również ochronione przed demonami poprzez nadanie imienia "Niemój". Matka mówiła demonom: "To nie moje dziecko, więc nie zrobisz mi krzywdy, zabierając je, idź gdzieś indziej".
Teraz maki są straszne, stały się symbolem narkomanii, szczególnie młodzieżowej. Jest "Pogotowie makowe", organizacja ratująca młodzież przed narkomanią i udzielająca wszelkiej pomocy. Ta straszna plaga narkomanii przyszła do nas wraz z wolnością. "Sny maków" są zupełnie inaczej u nas odbierane. To trans, odlot, zaćmienie umysłu, na pewno nie słodkie marzenie  dziecka. Maki symbolizują gęsty i ciężki sen, sen jak  smoła, jak płynna noc.
I same kwiaty są chore. Popatrzcie tylko, jak wynurzają się ze swych zielonych pokryw- są pogniecione, wymiętoszone, jakby zbyt długo spały, rzuciwszy się w odzieży na łóżko. I co to za sukienki! To po prostu halki, koszule noszone pod spód. Makowe panie są niechlujne i bezwstydne. Zawsze nieprzytomne po obudzeniu się, nigdy nie ubierają się do końca, tylko  łażą cały dzień po kuchni, nieuczesane, w wymiętoszonych koszulach.
Jesień nas trochę łączy, widzenie japońskiej damy i polskiej pisarki, operującej słowiańskimi symbolami stają się zbieżne.  I my zbieramy jesienią grzyby w naszych wysokich lasach. Jesienią robimy pierogi z grzybami i z kapustą ("Matczyne zapachy") i być może dla wielu osób ta potrawa kojarzy się z dobrocią matki, jej krzątaniem się po kuchni i oczekiwaniem na potrawę, która zajmuje  tyle czasu, że wszyscy są już porządnie głodni i pochłoną nawet  pierogi z kapustą i grzybami. Niektórzy rzeczywiście przepadają za tą potrawą, niemniej jednak  jest ona  uważana za staropolską i najczęściej kojarzy się ze szlacheckim dworem w okresie karnawału. Raczej z biedniejszą, wiejską szlachtą. Kapusta i tak jest  traktowana jako  jarzyna prostaków, w  wyższych sferach nawet się tego słowa nie używa. A w naszych czasach kupuje się mrożone pierogi w supermarketach.
Innym archaicznym artefaktem jesieni, zarówno polskiej, jak i japońskiej jest mechaniczny zegar. Zegary to cała wielka dziedzina symboli i skojarzeń!  W naszych domach  bywały zegary z ciężarkami, przywieszonymi do łańcuszków. Taki zegar wrósł w naszą świadomość szczególnie wraz z adaptacjami teatralnymi i ekranowymi "Wesela" Wyspiańskiego.
Były to chłopskie zegary, mające pudełko pomalowane na kolor ultramaryny, który  kojarzy się zawsze z  landrynkami, tanimi cukierkami, wsiowymi jarmarkami i praniem w balii, do którego zawsze się dosypywało ultramaryny. Teraz mamy pralki automatyczne i zegary kwarcowe. Tykanie zawsze uspokajało, szczególnie o zmierzchu, pod jesień. Nie była to melodia, raczej hipnoza.
Tylko modliszka nie kojarzy się  nam dobrze ("Szmaragdowa modliszka").  Pani Endo widzi ją  jako czyste i piękne stworzenie,  kąpiące się w porannej rosie. Wszystkie słowa są tu potężnymi symbolami. Poranek kojarzy się ze wschodem słońca, rozpoczynaniem od nowa,  początkiem życia. Obmywanie oczu rosą, to przemywanie  oczu, usuwanie ślepoty, nie w sensie dosłownym, lecz w znaczeniu odzyskania umiejętności postrzegania prawdy i powrót do możliwości zobaczenia rzeczy w sposób właściwy.
Modliszka jest w naszej kulturze uznawana za złowrogie stworzenie. Szczególnie na  początku XX wieku  nadano jej wiele  negatywnych znaczeń.  Ukuto wówczas termin kobiety- modliszki, kobiety trującej i pożerającej swoich partnerów, kobiety niszczycielki. Uwodzi swym trującym zapachem, urzeka swym  pięknym wyglądem i odżywia się mężczyzną, pożera go powoli i nie ma od niej ucieczki, ledwo się z nią zadałeś, już wżarła się  w ciebie i trawi cię żywcem.
"Zima"  u pani Endo  jest niegroźna, oswoiła ją cywilizacja  i życie rodzinne.  Jakże odświeżająca i bezpieczna  jest kąpiel w zimowy wieczór ("Gorąca kąpiel"), pachnąca cytryną, a matka śpiewnie nawołuje do wejścia do ciepłej i złocistej wody.  Niegroźną sprzeczkę, nie kłótnię bynajmniej, kończy świeżo zaparzona kawa z mlekiem  ("Kawa z mlekiem").
I choć pod dachem zawodzi przenikliwy zimowy wiatr, rozmawiamy sobie z ojcem ("Zimne wiatry").  Nie boimy się mrozu, nie jest groźny, tylko oddechy zamienia  w białe obłoczki, gdy młodzi idą sobie (Skąd? Z miłego przyjęcia, wywołującego dobry humor?) i podśpiewują ("Białe oddechy").
Zima jest okazją do uprawiania łyżwiarstwa figurowego w oświetlonej hali sportowej ("Łyżwiarstwo figurowe") i   do magicznych wręcz popisów brata, jadącego na nartach ("Magik").
Naiwne miasteczko z ciasteczek osypanych  cukrem jest  kulturowym i baśniowym oswojeniem mroźnego poranka ("Śnieżny poranek"). Sierp księżyca ("Księżyc nad domami") i milczący bałwan, który porozumiewawczo mruga do księżyca o drugiej nad ranem należą do wspólnego dziedzictwa symboliki ("Śniegowy bałwan").
Tylko czarodziejski flet jest przez nasz inaczej postrzegany. Ten obraz robi niesamowite wrażenie ("Sopel"), jest bardzo  przejmujący. Noc, cisza, wszystko zamarło, życie  jakby na  wpół żywe, może się obudzi rankiem, a może wszyscy będą leżeć w ciszy na wieki. I na tym tle cienie zaczynają żyć własnym życiem. Wydłużają się, mają życie same w sobie, powiększają się według nie znanych  nam praw. Tajemniczy świat i niepojęty, groźny i milczący, poruszający się w milczeniu.
Z dachu zwisa czarodziejski flet, na którym wygrywają melodie upiory, ale nie potrafią  grać, więc wyją. W naszej kulturze flety są subtelnym instrumentem ocalenia. W baśni grajek ocalił miasto przed plagą  szczurów. Grał, a one wszystkie za nim wyszły. Jest i bardziej przerażająca wersja baśni - ktoś wyprowadził dzieci z miasta, oczarowawszy je melodią wygrywaną na flecie.
Tak i jak zostałam oczarowana. Realnością precyzyjną i elegancką, dość chłodną w pozytywnym sensie, w znaczeniu czystości. Nie  ma tu błędu, który zawsze jest nieporządkiem i dysonansem. Jest to poezja ogromnie działająca na wyobraźnię, pozwalająca jej rozszerzać się i obejmować nowe obszary. Dlatego też moja wyobraźnia została pobudzona, a ponieważ tkwią w niej symbole nasze, słowiańskie i polskie, widziałam rzeczy, których z pewnością  Autorka  nie  przywołała, ale przecież kreacji   służy każda poezja.
Emma Popik


Last Updated ( Thursday, 02 September 2010 09:34 )