Sięgnął poza siebie, przyciągając torbę. Wyjął z niej plastykowy pojemnik z brunatną cieczą. Nie wyglądała zachęcająco, mimo to chłopiec powiedział z dumą.
Zdobyłem je, byłem pierwszy. To jest biopicie. Bardzo zdrowe. Tak mówili w punkcie opieki.
Postawił pojemnik na szerokiej krawędzi łoża. Mężczyzna nie miał ochoty na tę brudną ciecz. Wiedział, że będzie smakować tak jak wygląda. Nie chciał jednak sprawiać chłopcu przykrości, bo on wszak troszczył się o niego i to było cenne. Nie wszyscy chorzy w mieście mogli liczyć na szybkie dziecko, które dowie się, gdzie tego ranka rozdają jedzenie i będzie tak sprytne, by zdążyć ustawić się w kolejce przed innymi. Chłopiec doskonale się dostosował do realiów świata, w którym żył. Stary odkręcił pojemnik i podniósł do ust, by upić łyk. Nie pomylił się co do smaku. Wątpił również w jego zdrowotne działanie.
Halber czekał, aż mężczyzna skończy i zakręci z powrotem plastykowy pojemnik. Siedział nieruchomo, rozmyślając. W punkcie opieki zobaczył nowe dla niego przedmioty. Usiłował zrozumieć, co widział, ale nie znał słów, aby nazwać rzeczy. W mieście, w jego naturalnym środowisku, poruszał się wciąż pośród tych samych spalonych domów, więc jego słownictwo było ograniczone.
Przyjechało jeszcze więcej samochodów i kordon wokół miasta jest bardziej szczelny. Na pewno już nikt nie będzie mógł odejść i przedostać się do świata zewnętrznego.
Martwisz się, że nie wyruszysz na wielką wędrówkę, by zobaczyć wodospad? - zauważył mężczyzna.
To było największym marzeniem chłopca. Przytaknął kiwnięciem głowy, a potem podjął swoją opowieść. Na samochodach były namalowane duże czerwone koła. Widziałem je na drzwiczkach, na plandekach i z tyłu samochodu, czyli z każdej strony.
Pewnie chodziło o to, żeby nikt nie pomylił tego samochodu z innymi - zauważył mężczyzna.
Ale co to czerwone koło może oznaczać?
Czerwone gardło zwierzęcia.
Paszcza, która połyka? - dopytywał się chłopiec.
A widziałeś jakichś ludzi przy samochodach?
Tak. Nosili żółte ubrania. Sztywne i szeleszczące przy każdym ruchu. I takie same buty, tworzące jedną całość z kombinezonem.
Jakie mieli twarze?
Zakrywały je maski. Z przodu miały niewielką szybkę. Od maski prowadziła rurka do pojemnika wiszącego na piersiach.
Nie oddychają powietrzem - zauważył mężczyzna.
Czy są ludźmi? - zapytał z niepokojem chłopiec
Są - szepnął starzec.
Usiłował uciszyć jego strach, lecz i on sam się bał. Kiedyś widywał tak okrytych ludzi. Tak się ochraniali przed powietrzem z zewnątrz. Działo się tak w czasach wielkiej zarazy, która pochłaniała zwierzęta. Mieli wtedy ze sobą urządzenia do dezintegracji zarażonych sztuk. Nieśli w ręku rurki z dziurkami na końcu. Kiedy naciskali włącznik, wytryskiwała z nich ciecz pod wielkim ciśnieniem. Polewali nią zwierzęta. Kiedy tylko strumień oblał zwierzę, zamieniało się na bezkształtną galaretę.
Teraz jednak nie było zarazy i nie istniała potrzeba niszczenia wirusów choroby. Nie było również chorych zwierząt. Kogo więc chcieli polewać? Czyje ciała miały się zamieniać w bezkształtną galaretę?
Czy mieli ze sobą długie cienkie rury?
Nie przy sobie - zaprzeczył chłopiec.
Czy mieli na plecach zbiorniki?
Szykowali się na akcję. Miała nastąpić wkrótce. Chodzili niecierpliwie wokół samochodów, czekając na godzinę rozpoczęcia działań. Było im gorąco w skafandrach. Słyszałem, że wspominali o fatalnym zaopatrzeniu. Jakichś urządzeń nie dowieźli na czas, za co winili tych z orderami. Może o te rury i zbiorniki im chodziło?
Mężczyzna milczał.
- Te maski - zaczął chłopiec - nie pozwalają im oddychać naszym powietrzem. Jest dla nich trujące, a dla nas? My nie mamy masek - dokończył ze strachem.

Last Updated ( Wednesday, 01 September 2010 09:10 )