Czytelnia

Spełnione życzenia PDF Print E-mail
Thursday, 19 November 2009 22:50

Ojciec wtoczył się do kuchni. Tuż za progiem zatrzymał się jednak. Oparł się plecami o futrynę. Stanął ze zwieszonymi ramionami, zbierając siły na to, co musiał zakomunikować rodzinie. Wzrokiem objął codzienną sytuację. Tutaj zawsze było tak samo. Nagle poczuł, że ten niezmienny widok jest fundamentem życiowego bezpieczeństwa. Wrócił. I cóż im powie?!
Jego żona rezydowała przy kuchennym stole. Taki miała zwyczaj, który wynikał z konieczności. Oparta mocno łokciami o blat jak przymurowana, nawet się nie poruszyła się, gdy wchodził. Obrzuciła męża szybkim spojrzeniem znad czasopism. Zaścielały powierzchnię stołu, porozrzucanymi stosami. Karty gazet, wykonane z taniego pressblatu, kruszyły się i osypywały poza krawędzie stołu. Utworzyły kopczyk wokół stóp siedzącej kobiety obutych w zniszczone kapcie.
Nie podniosła się z krzesła, dlaczego? Pochylona sunęła po kartkach palcem lewej dłoni, a prawą wystukiwała litery. Stuk, stuk, cztery w pionie. Stuk stuk, trzy w poziomie. Błyskawicznie odgadywała hasła. Rozwiązywała krzyżówki zamieszczane w kolorowych folderach drukowanych przez sieci sklepów.
Bardzo się spieszyła. Gonił ją termin. Nie wolno go przekroczyć ani o tysięczną część sekundy. Bo drogo będzie to kosztowało całą rodzinę. Poza tym pchała ją ambicja.
Nieustanne staccato jej kciuków było koncertem, którego słuchali od rana do wieczora. Jedynym, na jaki im zezwalano.
-    I znowu nic? - zapytała w pół drwiąco, w pół ze współczuciem.
Mężczyzna pokręcił przecząco głową. Przeszedł kilka kroków w stronę stołu i opadł na wolne krzesło. Usiadł sztywno i patrzył się przed siebie. W jego oczach nie było już nadziei. Nie miał siły opowiedzieć, dlaczego się nie udało jego zamierzenie.
Spod okna dobiegł perlisty śmiech ich córki. Stała odwrócona do nich plecami z wypiętym tyłkiem. Zgodnie z obowiązującą modą pośladki miała na wpół obnażone. Wyglądały jak dwa okienka zachęcające do zaglądania i do zapisywania. Widniały na nich krzyczące czerwonymi literami imiona chłopaków, którzy się na jej skórze uwiecznili, przynajmniej do najbliższej kąpieli, czyli na dość długi okres. Jedno wyznanie przebiło wszystkie szczerością: „Kundziu, tu chcę być! Twój na wieki, Kazik”.
Perliście śmiejąca się Kundzia oglądała na szybie filmik, który przesłał jej Kazik być może. Naciskała języczkiem plombkom na ząbku, uruchamiając aparatron zaspokajający wszelkie potrzeby wizualno-komunikacyjne, będący kamerą, telewizorem, komputerem i telefonem komórkowym. Film szybko się przewijał na szybie, widać Kundzia chciała zobaczyć, kiedy dojdą do końca.
 -    Cicho tam! ? wrzasnęła matka na córkę, nie odwracając się nawet w jej stronę.
 -    Czy ty jej nie stresujesz? - zapytał z niepokojem ojciec. - Może raczej ją od razu przeproś, by nas nie oskarżyła o maltretowanie psychiczne.
 -    Przekupię ją czymś - zbyła go wzruszeniem ramion.
Wciąż stukała kciukami po gazecie, a słowa wyskakiwały z blatu stołu, będącego zakodowaną encyklopedią, i ustawiały się w kratkach krzyżówek.
 -    Czy wiecie, z kim jest w ciąży Giga Mega? - zapytał z kąta ich syn.
Ściągał nowości z wielkiego świata, wpatrując się w okna otwierające się na ścianie. Wyświetliła się właśnie gwiazda pup-cooltry, Giga Mega, otoczona tłumem fotografujących robotów i przesyłających pliki do wszystkich Agencji TransGlobu. Złocista Giga Mega, oblana światłem reflektorów, piękna jak z fotoszopu, ucieleśniała marzenia ludu.
 -    Ty się lepiej interesuj, kto z tobą jest w ciąży! - od okna Kundzia warknęła na brata.
 -    Ze mną nikt - odpowiedział chłopak. - A Giga Mega będzie miała małego Pikusia.
 -    Peekhoos! - jęknęła Kundzia po angielsku. - Dałabym mu wszystko!
 -    Jak Kaziowi! - zdradził siostrę chłopak.
 -    Dzieci - zmitygowała ich matka - ojciec ma problem życiowy, a wy nie okazujecie mu współczucia.
 -    Sam tego chciał - mruknęła Kundzia.
 -    Właśnie, chciał czegoś - powiedział syn. - Ja go popieram.
 -    Ale po co się w to pakował! - warczała Kundzia, jakby była zła na samą siebie.
 -    Dla was - rzekł ojciec.
 -    Przecież my wszystko mamy - rzekła Kundzia, zdziwiona, odwracając się do ojca. - Nic nie musimy robić.
Kiedy tylko odwróciła się plecami do szyby okiennej i przestała patrzeć, film się skasował, a dziewczyna dotknęła językiem plombkoma. Stała chwilę, trzymając język wepchnięty w policzek.
 -    O to chodzi - odparował jej brat. - Kładę nacisk na słowa „nic” i „robić”.
 -    Przecież mamy raj! - Kundzia przemówiła, gdy film się zapisał i znów mogła poruszać językiem. - Dostajemy wszystko, czego chcemy, a nawet więcej, z Działu Opieki dla Bezużytecznych. Dają nowe syntetyki do sprawdzenia na szkodliwość, to mam modne ciuchy, no nie? Zawsze ostatnie modele aparatronów na nas testują, to też szpan. No to co jest? Czego wam brak?
 -    Mam pomysł! - Matka zastukała szybciej kostkami po blacie. - Usiądziemy przy kawie jak zgodna rodzina i się naradzimy. Idź Jasiu po wodę do pralni.
Pralnią tradycyjnie nazywano pomieszczenie w podziemiach, gdzie podobno kiedyś mieściły się pralnie dla mieszkańców. Tego wszakże nikt nie pamiętał. Rzeczy nie prano, kogóż byłoby stać na takie marnotrawstwo. Woda była droga i reglamentowana, szczególnie dla DeoB.
 -    I weź ten duży termos - zawołała matka do wychodzącego już chłopca.
 -    Ale on ma pojemność jeden litr - Jasio spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem, odwracając się ku niej - to jest o jedną dziesiątą więcej, niż nam wolno zużyć jednorazowo.
 -    Myślisz, że to wykryją? - Matka wzruszyła ramionami.
 -    Tik-takomierze są precyzyjne. Niedawno zamontowali nowy, podający co do jednej tysięcznej - uświadamiał jej chłopiec.
 -    Idź już - zastukała jeszcze szybciej. - Nie wierzę w ideał, wszędzie musi być dziura, żeby człowiek mógł się wcisnąć i skorzystać.
Kundzia oderwała się nareszcie od parapetu i pochyliła nad kartonem z paczuszkami, zastępującym kredens. Przebierała paluszkami w torebkach ułożonych w rządkach według przeznaczenia. Czytała głośno napisy.
 -    Proszek mięsny, ekstrakt chlebowy, paratłuszcze.
 -    Szukaj w przegródce z napisem „Trucizny” - wtrąciła matka.
 -    A, mam: ekstrakty, emulgacje. Co podać?
 -    Daj najlepsze! Ze sztuczną sacharozą. Musimy uczcić klęskę ojca.
Kundzia ujęła cztery torebki i odwróciła je, aby przeczytać przepis użycia.
 -   „Pyszna kawa na specjalne okazje.” To nazwa - zauważyła.
Skupiła się na trudnej sztuce czytania ze zrozumieniem, a przecież zdawała z tego maturę.
 -  „Torebkę otworzyć, wypuszczając nagromadzony gaz, który nie jest wcale szkodliwy. Nie zalecamy jednak jego wdychania. Zalać połowę zawartości zimną wodą, czekając, aż szklanka się podgrzeje.” - Dziewczyna przerwała czytanie i spojrzała na matkę. - Czy mamy samogrzewne szklanki?
 -    Dwie.
 -    To jak podzielić, żeby było dokładnie według przepisu? Połowę wsypać do czterech szklanek, a skoro mamy dwie, to jak to obliczyć?
Dziewczyna dyndała torebką z pseudokawą, patrząc na rodziców z ironicznym pytaniem w oczach. Żadne z nich nie odpowiedziało. Zapadła cisza. Rodzice zastanawiali się nad odpowiedzią, umożliwiającą im zachowanie autorytetu.
 -    Jestem zajęta, trudno mi się skupić nad skomplikowanymi obliczeniami - zaczęła matka. - To wymaga zbyt wielkiej podzielności uwagi, a ja nie mogę się oderwać od krzyżówek. Muszę je rozwiązać w terminie, aby nie ominęły nas bonusy podobne do tych, z jakich teraz możemy skorzystać. Moja szybkość zapewnia wam luksus.
 -    Luksus! - szepnął ze smutkiem ojciec. - Tak powiedziałem w Pośrednictwie, oni jednak tego nie uznali.
 -    Powiesz nam wszystko przy kawie - ucięła żona.
 -    Jeśli potrafimy ją zaparzyć! - prychnęła Kundzia.
 -    Kunegundo! - uspokajała ją matka. - Przyjdzie twój brat i rozwiąże zadanie programem. Dostał przecież całą paczkę do sfalsyfikowania. Skoro potrafi do dobrych programów wpuścić błędy w taki sposób, aby
klient nie wykrył ich w funkcji demo, a wyłącznie dopiero po upływie okresu gwarancji, to na pewno potrafi wykonać to skomplikowane obliczenie.
Wzruszony ojciec nie zdołał nawet otworzyć ust. Jakże dobrą miał rodzinę! W trudnych chwilach wszyscy potrafili się zjednoczyć, działać wspólnie i się wspierać. Każdy oczywiście miał swój indywidualny charakter i związane z nim błędy, co zrozumiałe. Nikt nie jest idealny.
Jednakże w biurze powiedziano mu, że rodzina jest obciążeniem i przeszkodą w realizacji jego planów. „Rodzinę pan ma?” - padło pierwsze pytanie. Kiwnął głową z zapałem i źle zrobił, bo na twarzy urzędnika odbiło się niezadowolenie. „Będziemy musieli panu więcej płacić, aby rodzina nie utraciła statusu.”
 - Moja rodzina ma niewielkie wymagania - powiedział skromnie.
I znowu nie trafił. „To przecież my ustalamy, co jest potrzebne rodzinie” - rzekł urzędnik, robiąc wielkie oczy z oburzenia, a biedny ojciec znowu wyszedł na głupa, który nie zna podstawowych praw człowieka.
„Ma pan dzieci?” - badał dalej nieubłagany urzędnik.
 - Moje własne - przytaknął ojciec z radością.
I znowu popełnił poważny błąd. „Własne? Biologicznie?” - skrzywił się urzędnik, a ojciec się uśmiechnął, potwierdzając.
Nie miał refleksu! Nie zwrócił uwagi ani na niezadowolony ton pytania, ani na wykrzywione pogardliwie usta. „Nie zaadaptował pan niepełnosprawnych dzieci? Nie usynowił pozamałżeńskich dzieci swojej żony, bo pewnie ma pan ślubną żonę?”
Nieszczęsny ojciec znowu przytaknął z zapałem i radością. Tak, zawarł legalne małżeństwo i pierwsze ich dziecko urodziło się w rok po ślubie. „Ile dzieci ma pan ze sztucznej macicy?” Ojciec dał się złapać na podchwytliwe pytanie, zaprzeczając gwałtownym ruchem głowy. 
 - Moje dzieci są naturalne - zapewnił urzędnika.
„I pewnie wszystkie bez obciążeń genetycznych, bez chorób wrodzonych i z własnymi czterema kończynami?”
 - Moja żona karmiła je piersią. Są okazem zdrowia - rzekł z dumą biedny naiwniak.
„Nie kupuje pan lekarstw - skonstatował urzędnik przeglądając system - nie brał pan kredytów, pańskie nazwisko nie widnieje na liście żadnego z wielkich koncernów farmaceutycznych. Żadnych długów, zwrotów podatków ze względu na rehabilitację.”
 - Jesteśmy zdrowi ? ochoczo potwierdził ojciec. ? Nigdy nawet nie mieliśmy kataru.
 - „Jest pan poważnie obciążony” - wycedził urzędnik.
Potem wypytywał go jeszcze długo o wygląd mieszkania. Kiedy usłyszał, że mają aż jedną całą izbę dla siebie, z której rodzina jest tak dumna, zrobił się jeszcze bardziej niezadowolony. Unieruchomił biednego petenta w podwójnym nelsonie podchwytliwych pytań. Kiedy się dowiedział, że noszą odzież odlewaną z formy z recyklingu, opuścił powieki i zacisnął usta. Ojciec zachwalał zalety takiego sposobu noszenia się, jak nieustanne zmiany i podążanie za modą, ale urzędnik nie podniósł oczu na perorującego z radością petenta. Potem ojciec szeroko i ze smakiem opisywał ich menu, te wszystkie obiady, na które śpieszyli do Domów Dziennej Opieki, te darmowe bankiety, jakie pan prezydent urządzał w samym centrum miasta. A paczki, a dary! Można było żyć, i to całkiem dobrze. Pochwalił się nawet swoją żoną, a właściwie jej inteligencją i refleksem. Wygrane przysługujące z rozwiązywania krzyżówek na akord systematycznie zasilały ich budżet. A ile było radości z wygranych, ile dumy z umiejętności znalezienia znaczenia hasła w popularnej encyklopedii kuchennej i dopasowanie go do definicji. Tak, zdolna była ta jego żona, rodzina wartościowa i zwarta, a życie dostatnie.
Urzędnik jednakże miał odmienną opinię. „Jesteście za biedni” - podsumował, nie podnosząc głowy znad płyty notesowej. I to był koniec rozmowy i starań ojca. Wrócił do domu przygnębiony i zrezygnowany.
Jego rozmyślania i światłą przemowę żony przerwało brzęczenie odźwierzona. Dawno już się zepsuł i nie przekazywał zdjęć, a z jego nowoczesnych funkcji pozostało tylko brzęczenie.
Wszyscy członkowie rodziny spojrzeli na siebie przerażeni.
 -    Spodziewasz się kogoś? - zapytała matka swą córkę.
Ta, sztywna ze strachu, potrząsnęła przecząco głową. Ojciec siedział cały blady, robiąc szybko rachunek sumienia. Czyżby jego marzenie i podjęte kroki tak szybko okazały się niszczące?
 -    Może to ja ściągnąłem na was to nieszczęście? Przez swoją chorą ambicję wywołałem wilka z lasu, zwróciłem na nas uwagę. Teraz się zacznie: nachodzenie, sprawdzanie dokumentacji pięć lat wstecz. Będą szukać, czy dostajemy wszystko, co trzeba z DeoBu, czy zużywamy, czy mamy zaspokojone wszystkie potrzeby? Wiecie, co powiedział mi urzędnik?
 -    Nie bójcie się! - przerwała z mocą matka. - Mam papiery w porządku, a w razie wpadki, wiecie, co robić: idziemy w zaparte, nie wiemy, nie rozumiemy, jesteśmy szczęśliwi.
 -    Mama, czemu tak?
 -    Może nie kończyłam szkół, ale znam się na ludziach. Jeżeli urzędnik wykryje nieprawidłowość u nas, to jego pociągną do odpowiedzialności, bo i on ma kogoś nad sobą, a tamten znowu ma kogoś. I każdy żyje z nas, i ma pracę.
 -    Ma pracę - westchnął ojciec. - Dzięki nam.
 -    Po to wymyślili nędzarzy, by z nich wszyscy żyli - rzekła matka. - Nie bójcie się, jesteśmy filarami społeczeństwa.
Brzęczyk znowu ich ponaglił. Oczywiście nie przynależał się im odźwierzon z kamerą, nawet się o niego nie ubiegali, znali swoje miejsce. Matka błyskawicznym ruchem stuknęła w odpowiedni punkt na programatorze i jeszcze szybciej powróciła do rozwiązywania krzyżówek. Program nawet nie odnotował milisekundowej przerwy i nadal mogła żywić nadzieję, że nie ominą ich bonusy za szybkość.
Do kuchni wturlała się pracownica socjalna i zbliżywszy się do stołu, opadła na krzesło. Jej otyła dolna część zajęła całą jego powierzchnię. Rozłożysta postać zwisała po brzegach krzesła, choć zwały cielska maskowała zielona sukienka w olbrzymie żółte lilie, bardzo obszerna, obszyta u dołu falbaną. Pracownica Jadźka dyszała chwilę, zmęczona wejściem, wszystko było dla niej zbyt męczące z powodu nadmiernej tuszy.
Dlaczego przyszła, co ją tu skierowało? Czy okropna wiadomość już do niej dotarła? O przestępstwie, które popełnił ojciec, bo przecież bez wątpienia właśnie tak zaklasyfikowano jego decyzję i następujący po niej czyn. Cóż z tego, że nie udany? Nie brali pod uwagę tego, że nic mu nie wyszło z jego zamiarów, zbyt wielkich jak na człowieka żyjącego z DeoBe. Klęska nie była taryfą ulgową, nie potraktowano jej jako usprawiedliwienie.
Kciuki matki zastukały jeszcze szybciej, musiała ratować rodzinę. Używała całej swojej inteligencji, by rozwiązać krzyżówki znacznie szybciej niż zwykle. Jej wprawa bywała nagradzana co tydzień różnymi przedmiotami. Dostawali próbki żywności i koszulki reklamowe. Przysyłano im kartony nowych lekarstw, nieustannie powstających w rezultacie obliczeń superszybkich komputerów, które dopasowywały symptomy do możliwości środków chemicznych. Rodzina żyła z jej inteligencji i to zupełnie dobrze, nie lekceważąc oczywiście zapomogi z DeoBu, stanowiącej fundament egzystencji. Gdyby utracili dotacje, co właśnie im groziło, spadliby na dno. Matka w skupieniu rozwiązywała krzyżówki. Ojciec siedział nieruchomo, nie mogąc zebrać myśli. Czekali na pierwsze zdanie pracownicy socjalnej, będące dla nich wyrokiem. Ta jednak długo nie przerywała upiornego milczenia, dysząc po wyczerpującym wejściu na schody.
 -    Pan starał się o pracę? - wysapała wreszcie.
Zanim ojciec zdołał wykrztusić odpowiedź, matka szukając ratunku, postanowiła przekupić Jadźkę. Zaproponowała jej poczęstunek - filiżankę dobrej kawy.
 -   I może coś jeszcze - dodała.
Obietnica tylko do połowy była bez pokrycia. Matka jako dobra gospodyni chowała na czarną godzinę swój tajemniczy zapas, torebkę z szybko rosnącym kremem. Był gotowy natychmiast. Wystarczyło tylko rozerwać opakowanie. Kłopot był tylko z terminem: czy produkt nadawał się jeszcze do spożycia.
Powodzenie negocjacji zależało teraz od przyjścia syna z termosem wrzątku. Pracownica napije się kawy, sztuczna kofeina zacznie krążyć w jej żyłach, rozgrzeje policzki, Jadźka poczuje się przyjemnie i zacznie życzliwie traktować nieszczęsną, podległą jej rodzinę. Syn jednak nie wracał. Długa jego nieobecność była niebezpiecznie podejrzana.
Jadźka podziękowała z przejęciem. Rzadko proponowano jej poczęstunek, była przecież pracownicą socjalną. To ona pisała nieżyczliwe charakterystyki. Oceniając poziom życia rodziny, zawyżała go, by urząd mógł obcinać świadczenia. To od jej niechętnej oceny zależała sytuacja i byt rodziny. Wskazywała palcem brudne naczynia, wnioskując z nich o doskonałości zjedzonych potraw. Liczyła członków rodziny i pary butów, dzieląc jedno przez drugie albo odwrotnie, by wysnuć wnioski o możliwościach rekreacyjnych. Naprawdę, zionęła nienawiścią, ale nie w głębi swej duszy. Przychyliłaby każdemu nieba, dałaby świadczenia socjalne, ale przecież była strażnikiem społeczeństwa. Przyznając im odpowiednią zapomogę, zaspokoiłaby ich potrzeby. Wtedy rozpocząłby się niebezpieczny proces: przestaliby wysuwać roszczenia. Nie domagaliby się elementów wymiennych jak nowych cebulek włosów i sztucznie hodowanej skóry. Nie pisaliby podań o przyznanie rozrywek. A ich żądania pochłaniały olbrzymie sumy. Łożono na nie oczywiście z podatków, specjalnie w tym celu uchwalonych. Zmniejszenie podatków spowodowałoby zwiększoną konsumpcję. Liczba pracujących nie byłaby w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości dóbr. Tak więc ludzie bezużyteczni byli jak najbardziej potrzebni, wręcz niezbędni. To oni zapewniali równowagę społeczną. Dzięki nim rozdział dóbr funkcjonował jak dobrze naoliwiony mechanizm. Nie mieli jednak wiedzy o swoim znaczeniu.
 -    Wiemy, że się pan ubiegał o pracę.
Umyślnie stosowała liczbę mnogą, by sprawić wrażenie, że reprezentuje ważną i niebezpieczną instytucję, która ma oko na wszystkich.
 -    Musi pan to jednak formalnie poświadczyć.
 -    A jeżeli nawet, to co? - pisnął ojciec
Zaciśnięte usta pracownicy socjalnej świadczyły, że tylko oni, instytucja, są od zadawania pytań. Miłą odpowiedzią byłaby wspólnie wypita kawka, brakowało jednak wody na jej zaparzenie. Gdyby Jasio wszedł akurat teraz, mogłaby poczęstować panią socjalną. Syn niestety nie nadchodził, a jego przedłużająca się nieobecność bardzo matkę martwiła. Ceremonia przyrządzania kawy mogłaby wpłynąć na postawę pracownicy. Może udałoby się odwlec straszną chwilę. Co się stało w pralni? Czy natknął się na kontrolera, który miarką zyt, zyt sprawdzał ilość pobieranego wrzątku? Może konda już łączy się przez gadmana z odpowiednimi służbami i podaje im opis przestępstwa. Pyta chłopaka: ?Nazwisko! Tylko wyraźnie!? Potem powtarza je litera po literze i grozi chłopcu. Dowiedziawszy się, że nie był notowany, proponuje mu uiszczenie mandatu na miejscu przestępstwa. Chłopak nie ma własnego numeru socjalnego z przyznanym limitem, co jest oczywiste i o czym strażnik dobrze wie.
Nagle koniec! Ostatnia kratka krzyżówki. Jest szansa! Matka odczytała zapytanie o hasło, nie wierząc własnym oczom: „Z kim jest w ciąży?”. Znała odpowiedź. Nie musiała jej szukać po zasobach encyklopedii kuchennej. Jakże wspaniałe ma dzieci! Jasiu orientował się w nowościach informatycznych. Zainteresowania pup?cooltrą, które przejawiała Kundzia, wcale nie były plotkarstwem.
Ostatnie stuknięcie kciukiem. Matka jeszcze nie wierzy, że skończyła krzyżówkę. Jest ostrożna i systematyczna, więc sprawdza. Patrzy na wszystkie płachty gazety, na każdej z nich czerwienieją litery wypełniające czarne kratki. Wprawnymi ruchami układa płachty według numeracji. Czyni to delikatnie, aby się nie pokruszyły.
Kolorowe tygodniki wytwarza się z recyklinowanego antytworzywa, czyli pressblattu. Bardzo jest słabe, rozpada się w rękach. Nic dziwnego, to towar jednorazowy: „przejrzyj i rzuć”, jak zachwalają reklamy. Nie musisz się wysilać, by cokolwiek zrozumieć. A jakże są wartościowe ekonomicznie. Nie wymagają utrzymywania armii sprzątaczek, jak to było kiedyś, rozpadają się same i roznoszą je prądy wirowe powietrza wentylujące miasto. Same korzyści.
Delikatnie położyła dłoń na papilatorze. Linie jej palców były pieczątką i podpisem pod wykonaną pracą. Teraz należało przez chwilę zaczekać na weryfę. Po weryfie, zostanie jej bez wątpienia przyznana główna nagrodą. A wtedy, witaj radości, uściśnij mnie szczęście! Będą wybrani, będą bogaci! Przyrzekła sobie w duchu, że przeznaczy wygraną na realizację marzenia swego męża. Niech ma! Niech się cieszy!
 -    No więc? - wycedziła pracownica. - Muszę znać odpowiedź. Zdaje pan sobie sprawę z wysokości kar, jakie czekają pana za nieprawidłowe postępowanie i ukrywanie działań już przedsięwziętych, o których uprzednio nie zostaliśmy przez pana poinformowani.
Gadała w kółko to samo. Chciała dodać większego znaczenia groźbie. Może coś się kryło pod jej brakiem pewności siebie?
Jej tłusty palce zawisł ponad pisatorem. Wystarczyło, że opadnie i kłamstwo biedaka zostanie zanotowane.
Ojciec nagle zdobył się na odwagę.
 -    Proszę mi powiedzieć - zaczął, bo nie miał nic do stracenia - dlaczego pani tu przyszła?
 -    Muszę wszystko sprawdzić. Legalność pobieranych świadczeń oraz ich ewentualne zmniejszenie lub zwiększenie.
„A więc sprawdzanie nas nie ominie” - pomyślała z przerażeniem matka. Przepatrywała w myśli wszystkie dokumenty i zaświadczenia, jakie musiała przed laty zebrać, aby się dostać do programu DeoBe. Agenci wtedy chodzili po domach i namawiali wszystkich, podobnie jak na telewizję globalną i TeleTele.
Chodziło o wykorzystanie funduszy unijnych, sprawa była nagląca. Trzeba je było chapsnąć, ich wysokość jednak zależała od liczby osób wpisanych do programu. Dołączanie nazwisk nieistniejących nie było oczywiście możliwe wobec Powszechnego Systemu Identyfikacji i Rejestracji Ludzkich Zasobów. Agenci rozsnuwali przed nimi zorzę barw ich przyszłego życia. Owszem, nie można powiedzieć, wszystkie przyrzeczenia się sprawdziły. Nie musieli się o nic starać, każda ich potrzeba została zaspokojona.
Męczyła jednak biurokracja wymagająca udokumentowania najmniejszych nawet potrzeb. Kiedy mąż chciał nowe prezerwatywy, musieli wypełniać szczegółowe ankiety opisujące ich życie intymne. Dręczono ponad ludzką wytrzymałość terminami złożenia dokumentacji. Wmawiano im poczucie winy za postawę roszczeniową. Czuli się nieustannie oskarżani o brak ambicji. Winni, przestępczy.
Wyrafinowaną torturą była konieczność uczestniczenia w wielu programach terapeutyczno?psychologicznych. Uczęszczali regularnie na sesje, pragnęli bowiem poważnie wypełniać swoje zobowiązania. Uznali, że skoro otrzymują pewne dobra, płacą cenę, poddając się terapii.
Na ciągnących się godzinami seansach wmawiano im bez przerwy, że nie powinni czuć się gorsi od tych, którzy pracują. Udowadniano im, że są wartościowymi ludźmi. Wskazywano dziedziny dla tak zwanej samorealizacji.
Te nieoczekiwane słowa o ich niższości wywołały w nich szok. Świetnie się czuli we własnej klasie. Nie przyszło im do głowy, że pomiędzy nimi a innymi jest jakaś różnica. My jesteśmy tu, wy tam, myśleli, tymczasem się dowiedzieli, że leżą na dnie przepaści.
A przecież wiedzieli, że ten cały program to pic na wodę i fotomontaż. Przystąpili do niego, robiąc uprzejmość i w ogóle łaskę Globalnemu Systemowi Podziału, aby nie zmarnowała się kupa kasy. Wiadomo, co się dzieje w takiej sytuacji: awantura i tak zwana debata społeczna, od której się flaki wykręcają, bo każdy głupi musi się wymądrzyć, a mądry wygłupić. Potem obcina się fundusze na dany program. Ale robią to w ostateczności, bo jest z tym tyle zachodu, że lepiej byłoby te fundusze sprzeniewierzyć, mniej przy tym byłoby szkody. W GSP krążyło tyle pieniędzy, że świat się dławił. Każdy, nawet oblany student ekonomii wie, że nadmiar pieniędzy to po prostu samobójstwo.
No więc znosili te głupie programy terapeutyczne. Jasiu, ich skarb uczony, ściągnął z GlobNetu informacje o liczbie absolwentów wydziałów psychologicznych, to im się w głowie rozjaśniło. Te olbrzymie rzesze musiały znaleźć zatrudnienie w programach.
Mimo to było pięknie, dobrze się żyło. Do czasu.
Zgubiła ich zachłanność. Mieli w sobie ogromną potencję, więc chcieli więcej. Każdy z osobna i wszyscy razem jako rodzina. Matka zaczęła rozwiązywać krzyżówki, bo dławiła się wiedzą. Wciąż oglądała programy, to nałapała słówek. A gdy człowiek ma jakiś zapas, wówczas musi go wykorzystać.
Lubiła swoje zajęcie. Czuła się wartościowa, podpierała rodzinę jak filar. Zająwszy miejsce na środku izby przy stole, stała się nieruchomym centrum świata. To zajęcie było dla niej wszystkim. Poza rodziną, oczywiście.
Dorabiała poważne sumy do ich budżetu. No nie, naturalnie, że nie wypłacano ich w żywej gotówce. Sklepy przysyłały im swoje nadwyżki, towary o krótkim terminie przydatności do spożycia, głęboko zamrożone. Te pierwsze musieli spożywać natychmiast, urządzali sobie wielkie żarcie. Zmiatali wszystko, nic nie mogło się zmarnować. Potem leżeli brzuchem do góry, cierpiący, a jednak szczęśliwi. Te drugie wiktuały mogli trzymać miesiącami, nawet latami. Pełna zamrażarka dawała im pewność przyszłości.
Po drodze nastąpiła reforma nauczania i systemu szkolnictwa. Wprowadzono powszechny obowiązek szkolny: każdy musiał kiblować w szkole aż do szesnastki. Co za marnotrawienie wspaniałego czasu młodości! Niby chodziło o podniesienie ogólnego poziomu wykształcenia. „Każdy obywatel wykształciuchem! Musimy dogonić Unię!” - takie brzęczały hasła. Jednakże rychło okazały się niesłuszne. Nie wzięto pod uwagę prostej prawdy, tej mianowicie, że ludzie nie są tacy sami. Mają nie tylko zróżnicowany poziom inteligencji, ale i chłoną wiedzę w dłuższych lub krótszych odcinkach czasu. Poza tym zapomniano o tym, że jest mnóstwo ludzi, którzy w ogóle nie lubią się uczyć ani też wysilać umysłu. Tacy siadywali z nogami na stoliku i starali się nie słuchać nauczyciela nazywanego lekceważąco belfrem. Ci wiedzieli bardzo dobrze, że wiedza do niczego im się w życiu nie przyda. Nie pomoże im zarabiać pieniędzy, a przecież jedynym celem życia było tylko zdobycie kasy.
Niestety zaczęto, wymagać, aby każdy zdał Maturę Zreformowaną. Przeprowadzano ją pod hasłem: „Nie zdobywaj wiedzy, lecz krytyczną o niej refleksję”. Najpierw należało nauczyć się czytać ze zrozumieniem, potem wykazać refleksją krytyczną.
Jasio nie miał z tym kłopotu. Walił kompa, zanim nauczył się mówić. I tak się jakoś wychował i wszystkiego nauczył poprzez gry typu „Rodzina Cretino” czy „Jeb swój job”. Kunegunda stanowiła o sobie, co z kolei stanowiło poważny problem.
„Nie chcę się uczyć” - oświadczyła, głaskając biust, by żel powiększający piersi szybciej zasychał. Szła akurat na randkę i bardzo się spieszyła, toteż matka musiała odłożyć rozmowę do jej powrotu.
Miała wtedy dziesięć lat. „Skończone” - podkreślała. Wyglądała na dobrze odżywioną i nad wyraz rozwiniętą dwunastolatkę. Dzieci szybko dojrzewają na ulicy, gdy są pozostawione same sobie. Posiadała krytyczną zdolność refleksji, co wciąż podkreślała, uznając naukę za rzecz zbędną. „Pracować nie będę, szkoła mi nie potrzebna.” Nauka czytania ze zrozumieniem szła jej opornie. Bystra dziewczyna wykorzystywała wszystkie przysługujące jej prawa ucznia i młodocianego podlegającego obowiązkowi edukacji, byle tylko uniknąć mozołu zapamiętywania liter połączonych w sylaby. Udało się jej jakoś. Może pod wpływem chłopaków, którzy instalowali jej różne systemy zastępujące odczytywanie literowe, co ją złościło. No i chyba z tej wściekłości litery i znaki graficzne w połączeniu zaczęły jej się zahaczać w umyśle.
Jasio wszedł w solidny układ z firmami, które dawały nieźle zarobić. Nazywano je delikatnie „spoza systemu podatkowego”. Powstały kancelarie prawne uzasadniające legalność kantowania systemu poprzez omijanie podatków i Jasio na to też się załapał.
Ale te ciągłe sprawozdania i kontrole! Te pytania! To one ich naprowadziły do tego, jak omijać, lawirować i korzystać w ramach interpretacji przepisów. Kiedy z ankiet kontrolnych dowiedzieli się o istnieniu kancelarii i firm pozasystemowych, ojcu wpadł do głowy pomysł ubiegania się o pracę. Co miesiąc wypełniając rubrykę przychody, zawsze wpisywał zero. Było dobrze. Po pewnym czasie zaczęły przychodzić ankiety o większej objętości i bardziej szczegółowe. Kundzia sylabizowała ojcu: „Czy zarabiasz sto worców na tydzień, tysiąc czy pięć tysięcy?”
„Co to jest worc?”
Kundzia wzruszała ramionami, lecz matka znała odpowiedź: world currency. Kiedy wpisano w rubrykę zero, Kundzia czytała następne pytanie: „Czy zarobione worce wydasz na nową niszczarkę odzieży i mebli, zakup czasu wolnego od pracy w firmie, zasilenie Towarzystwa Ochrony Szczurów?”
Rodzina dowiedziała się o niszczeniu odzieży. Nowa idea wzbudziła wiele debat w domu. Nosili tylko odzież używaną lub gotową z próbek przemysłowych. Zawsze im było jej mało, wymieniali się więc z innymi rodzinami. Nic dziwnego, że nie mogli więc zrozumieć, kto i dlaczego chciałby ją niszczyć. Jeśli chodzi o niszczenie mebli, problem okazał się jeszcze trudniejszy do zrozumienia, nie mieli bowiem żadnych, a tylko kartony i wieszaki.
Zaczęli podejrzewać, że istnieje jakiś inny świat. Nowy, nieznany ląd, gdzie czeka wielka przygoda życia. W taką podróż przez rzeczywistość musi rzucić się każdy mężczyzna. Poznaje w niej i odkrywa siebie samego. Mierzy się z siłą innych i zgłębia we własne słabości. Odnosi rany, wzrasta i staje się coraz silniejszy. W końcu zostaje olbrzymem, człowiekiem, który poznał siebie i może na sobie polegać. Nie zależy już od innych.

 

 


Powered by Joomla!. Designed by: joomla templates vps hosting Valid XHTML and CSS.