|
Jac nigdy nie słyszał, aby ktoś oprócz dziewczynki mówił takim głosem. Głosy strażników były ostre, a pielęgniarzy ochrypłe, szczególnie wtedy, gdy opróżnili butelkę z cuchnącą cieczą. Chłopiec nawet spojrzał na dziewczynkę, by sprawdzić, czy to nie ona tam rozmawia, ale Gaga leżała przyciśnięta do ziemi, mając usta wtulone w trawę. Była zajęta dotykaniem wargami pojedynczych źdźbeł trawy. Przesuwała językiem wzdłuż łodyżki, chwytała ustami listki. Były takie delikatne. Odgryzła listki, przeżuła je i połknęła. Jakże jej smakowały! Oblizała się i ustami pochwyciła płatki czerwonego kwiatku stojącego tuż obok na łodyżce. Rozpoznała smak gorzki, również dla niej nowy. Rośliny dostarczyły jej wargom i językowi nieznanych i ciekawych smaków. Jakże się różniły od pożywienia, które rzucali im pielęgniarze! W jej mózgu połączyły się dwie białe ścieżki, dotąd rozerwane i zaczęły pędzić po nich szalone sygnały. Głosy się przybliżały. Usłyszeli szuranie nóg idących po trawie. Głos podobny do głosy Jaca, lecz grubszy, mówił coś cicho, a głos podobny do głosu Gagi odpowiadał, robiąc przerwy, w których odzywały się dźwięki - "Ha, ha, ha". Dzieci nigdy ich nie słyszały. Nie wiedziały więc, czy wróżą niebezpieczeństwo. Jac przylgnął jeszcze bardziej do ziemi i wyciągnąwszy rękę, przygiął głowę Gagi. Dziewczynka leżała przyciśnięta policzkiem do trawy. Ufna w mądrość chłopca, patrzyła na niego znad ziemi spokojnymi oczami. Właśnie za rzędem krzewów ukazały się dwie postacie. Młody mężczyzna wciąż się pochylał i zrywał czerwone kwiaty, wkładając je do jednej ręki. Mówił szeptem i namiętnie do dziewczyny, która biegła o kilka kroków przed nim. Niebieska sukienka tańczyła wokół kolan i fruwały jej włosy, wciąż się śmiała odmownie. Zobaczywszy jednak polankę zarośniętą gęstą trawą, rzuciła się na ziemię, śmiejąc się radośnie. Leżała na wznak z rozrzuconymi ramionami, patrząc w szczęśliwe oczy chłopaka, który się nad nią pochylił, obejmując. Bukiet czerwonych kwiatów porzucił tuż obok jej twarzy, zajęty dziewczyną. W tej chwili zawyła syrena na dachu budynku na wzgórzu. Młody mężczyzna niemal nie zwrócił na to uwagi, lecz dziewczyna go strąciła ramieniem. Usiadł niedbale i wziął do ust łodyżkę kwiatu, gryząc ją, milczał niechętnie. Zerwała się z trawy i odwróciła twarzą w stronę budynku. Coś się stało! Ktoś uciekł. Pewnie jeden z tych idiotów - odpowiedział powoli. Może kilku? Kto wie? To potwory! Może gdzieś się tu czają! Aga, nie bój się - uspokajał ją chłopak. - Nie są groźni. Moja matka oddała tu dziecko, chłopca. Dlaczego? Tuż po narodzeniu stwierdzili deficyty. Powiedzieli, że nieodwracalne. Nawet jej go nie pokazali. Połowa rodzin z miasteczka pozbyła się wybrakowanego towaru. Wy też? Podobno była jakaś dziewczynka - rzekł niechętnie. - Nie mówiła, tylko się śliniła, powtarzając - "Gaga". Dlaczego tyle ich się rodzi? Świat jest zatruty. Wszystko - wypluł łodyżkę kwiatu - począwszy od roślin, na naszych mózgach skończywszy. Jack, chodźmy stąd! W razie czego, jestem przy tobie - odpowiedział, wstając powoli.
|