Czytelnia

Rozdziały X-XIV PDF Print E-mail

 
Rozdział X. Wielka podróż
Rozdział XI. Rodzina straszydłaków
Rozdział XII. Wierny kapeć
Rozdział XIII. Zmarmurzałe boginie
Rozdział XIV. Majeranek poetycki

 

ROZDZIAŁ X

WIELKA PODRÓŻ

 

     Tomek podbiegł do okrętu i wszedł po trapie na pokład.
     Nagle zauważył, że na pokładzie otworzyła się klapa włazu. W tej chwili z włazu wysunęła się mała łapka. Paluszki obmacały okrągły brzeg włazu, szukając zaczepienia, lecz  nagle  łapka  się cofnęła.
     A wtedy Tomek usłyszał westchnienie - Ach, moja głowa.
     Dobiegało z wnętrza włazu. Po chwili z włazu wysunęła się głowa. Obwiązywał ją  ręcznik złożony wzdłuż,  zamieniony w ten sposób w kompres.  Spod brzegu ręcznika wystawał spiczasty pyszczek Szczurka z sześcioma wąsikami, trzema po każdej stronie. Wąsiki stanęły na sztorc jak antenki, ale nie wyczuły żadnego niebezpieczeństwa, więc z powrotem przylgnęły gładko do pyszczka.
     Palce małej łapki uchwyciły brzeg włazu. Szczurek usiłował wygramolić się na pokład. Był jednak zbyt ciężki, a może jego przednie  łapki były zbyt cienkie i za mało umięśnione, by go unieść. Zahaczył więc ostrożnie lewą  nóżką o kant włazu i spojrzał, czy nie zadrapie się  skóra na czerwonym buciku. Cofnął szybko nóżkę i po chwili wysunął prawą, również ubraną w piękny i nowy bucik z czerwonej skórki. Zahaczył obcasem o brzeg włazu. Obawiając się jednak, że może oderwać obcas, gdy się zaprze, szybko cofnął nóżkę.
     Aby się wydostać, Szczurek podskoczył, uchwycił się włazu łapkami, a  nóżki w czerwonych bucikach zaczepił o brzeg i tak zawisł.  Nie mógł zrobić żadnego ruchu, ani do góry, ani też w dół. Leżał jak drąg, a  raczej jak dwa drągi położone na krzyż.
Próbował podnieść się na rękach, były  za cienkie i miały za słabe mięśnie. Usiłował zaprzeć się nóżkami, lecz bał się, że poniszczy czerwone buciki. Co wybrać? Czy wisieć tak, aż zmęczy się i spadnie, czy narazić się na zadrapanie  skórki  na  bucikach?
     Biedny Szczurek! Wisiał tak dość długo, patrząc na swoje buciki, które były nowe. Tak bardzo było mu ich żal. Pot zaczął skapywać Szczurkowi spod ręcznika, tak ogromnie  wysilał swoje cieniutkie mięśnie na przednich łapkach.  W końcu  znieruchomiał i przygotowywał się na najgorsze, to znaczy na bolesny upadek na  twarde i żeberkowane poszycie statku.  
     Tomek zrozumiał, że Szczurek nie wydostanie się na pokład o własnych siłach. Podszedł więc po cichu i wydobył mu prawą nóżkę  z włazu, i oparł ją na pokładzie.  Szczurek poczuł pod nogą twarde deski. Przesunął się nieco za nóżką  i wreszcie wygramolił się na pokład. Leżał jeszcze chwilę, dysząc i wypoczywając. Wcale nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś mu pomógł,  i nie widział Tomka, gdyż kompres z ręcznika osunął mu  się na oczy.
     Po  chwili się podniósł, rozprostował szeroko ramiona jak ktoś szczęśliwy, i wolny,  lecz zaraz jęknął.
     Ach, moja głowa - i dotknął łapką kompresu.  
     Ręcznik dawno wysechł na słońcu i nie był już kompresem, nie chłodził obolałego czoła Szczurka.  Ciekawe, dlaczego tak bolała go głowa? Na co przykłada się  zimny kompres?
     Szczurek ruszył przez pokład do przeciwnej burty, by zmoczyć ręcznik w morskiej wodzie. Gdy zrobił krok, czerwony bucik uwiązł w szparze. Gdy z trudem wyciągał nogę, kompres zsunął mu się na oczy. Potem zrobił następny krok i znowu stało się tak samo. W ten sposób Szczurek przeszedł  w poprzek przez cały pokład.
     Zatrzymał go reling. Oparł się brzuszkiem i macał łapkami  w powietrzu,  by natrafić na linkę relingu. Gdy ją namacał,  uchwycił się jej kurczowo. Drugą łapką ściągnął z głowy ręcznik, przechylił się poza reling i zamoczył ręcznik w wodzie, poczym wyprostował się i jedną łapką obwiązał ręcznik naokoło głowy. Dopiero wtedy odetchnął, jakby miał za sobą wielki wyczyn. Chwilę odpoczywał, lecz nagle coś sobie przypomniał.
     Spod  kompresu nieomal zasłaniającego oczy  wpatrywał się w brzeg morza z wyraźnym niepokojem. Podniósł łapkę do góry i narysował w powietrzu linię, ciągnącą się od brzegu. Linia przechodziła wprost przez środek jego głowy. Odskoczył  w bok. Tomek zdążył zobaczyć, że Szczurek ma na czole porządnego guza i dużego siniaka.
Kiedy Tomek do niego podszedł, Szczurek zasłonił głowę ramionami i krzyknął.
   - A,  krzesło!
     A więc tak daleko sięgały straszne porządki Złej Kucharki, która wyrzucała  krzesła.
     Czy wiesz, ile jeszcze w kuchni zostało krzeseł? - zapytał Szczurek.
     Tomek nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie chciał kłamać, mówiąc, że odważył się wejść do kuchni.  Nie mógł się również przyznać do swego braku odwagi.
     Szczurek przechylił głowę  na ramię i spod kompresu spojrzał w oczy Tomka.
   - Nie wszedłeś do kuchni, prawda?
   - Nie - odrzekł cicho chłopiec.
   - Bałeś się, wiem.
     I zanim Tomek zdążył cokolwiek powiedzieć,  Szczurek rzekł. - Posłuchaj mojej strasznej historii. Muszę ją komuś opowiedzieć, by wyrzucić ją z siebie i ulżyć sercu. Było to tak.
     Mieszkałem w bibliotece. Najczęściej przesiadywałem na półce z naukowymi dziełami. Były to księgi rachunkowe. Pamiętam ich chrupiące okładki. - Szczurek oblizał się na wspomnienie. - Pamiętam również tytuły dzieł: "Jak zostać  rachmistrzem w trzy godziny." To było znakomite dzieło. Jakie mięciutkie, jak dobrze się trawiło kruszące się kartki. Cudowne  popołudnia w cichej bibliotece. Te godziny zmitrężone nad dziełami - wspominał Szczurek z westchnieniem. - Czy kiedyś powrócą? Czy znowu zaznam smaku gazetowego papieru, na którym były drukowane? A ten upojny zapach farby drukarskiej, jakże nęcił nozdrza, jak dodawał aromatu. Ciche i samotne godziny nad dziełami w bibliotece, gdy już wszyscy odeszli.
     Szczurek zamilkł,  rozkoszując się wspomnieniami.
   - Czy nie masz jakiejś książki? - zapytał znienacka. - Tak uwielbiam studia.
     Tomek pokręcił przecząco głową.
   - Może chociaż skrawek gazety?
     Tomek znowu pokręcił przecząco głową.
     Choćby jedną kartkę, może być nie zapisana - nalegał Szczurek. - Chciałbym znowu poczuć się uczonym. Przypomnieć sobie chrzęst rozgryzanej okładki, zlizywać okruszki z  wąsów. Czy kiedyś powrócą te piękne dni?
     Wiek strawiłem nad dziełami. Swoje młode lata. Aż pewnego dnia zaszedłem nieopatrznie do kuchni. Uczony, zagłębiony  w studiowaniu dzieł, nie zwróciłem uwagi na to,   że w kuchni jest Zła Kucharka.
     - Szczur! - wrzasnęła. "Gamoniu, wyrzuć to wstrętne zwierzę". Na mnie tak powiedziała. A Gamoń, jak to Gamoń. Pochwycił mnie za, za, za... - Szczurek nie mógł wypowiedzieć tego strasznego słowa. - Zamachnął się. Gamoń jak to Gamoń i wyrzucił mnie za, za, za... - To zbyt straszne na moje stargane nerwy. Tak postąpić  z  osobą uczoną! - Szczurek zamilkł i zamyślił się nad swym losem.
     Ale co z tym krzesłem? - przypomniał Tomek. - Nadleci  i znowu cię walnie w czoło. Będziesz miał drugiego guza i jeszcze większego siniaka. Czy mam cię pochwycić za ogon, jak zrobił to Gamoń,  i wrzucić do włazu?
Tomek  czasami zachowywał się bardzo gruboskórnie.  Nie zwracał uwagi na innych, nie oszczędzał ich uczuć,  zależało  mu na tym, aby  odpowiedzieć na pytanie,  kiedy ponownie  będzie przelatywało krzesło, wyrzucone z kuchni silną ręką Złej Kucharki.
Gardło Szczurka poruszyło się, a wąsiki opadły. Wreszcie zdołał przełknąć zniewagę.
Szczurek jęknął - Ach, moja genialna głowa.
Wykręcił się od odpowiedzi, a  krzesło mogło w każdej chwili nadlecieć. Duże i ciężkie krzesło, bardzo niebezpieczne i szybkie.
Musimy stąd odpłynąć - rzekł zdecydowanie Tomek.  
Zrozumiał, że nie może liczyć na współpracę Szczurka. Obraził go, zadrasnął jego uczucia, ośmieszył go, przypominając, ze został potraktowany jak pierwszy lepszy szczur  domowy, a nie jak uczony,  który trawił w bibliotece, młode lata oczywiście.  Trzeba działać, i to szybko. Nie ma czasu na rozmowy i rozmyślania.
W maszynowni mieszkają Straszydłaki - ostrzegł go Szczurek.
Ta wiadomość zatrzymała Tomka w miejscu.
Lecące krzesła niosły ogromne niebezpieczeństwo, mogły w każdej chwili nadlecieć, nawet w dużej ilości i zatopić okręt, a nawet nabić na czole porządnego guza, co było straszne, jednakże Straszydłaki były straszniejsze.  Co tu robić? Chłopiec był w okropnej rozterce. Było mu jednocześnie przykro i wstyd,  że tak  ośmieszył Szczurka. Chciał mu to jakoś wynagrodzić.  I nie mógł oczywiście  dopuścić do tego, aby krzesło pokaleczyło  małe zwierzątko.
Tyle przeżył strachu, a teraz jeszcze czyhają na niego  Straszydłaki w ciemnej i pustej maszynowni.  Jak rozwiązać tę sprawę?
Tomek przypomniał sobie Żółwia i jego filozofię. Jeżeli zamknie oczy, nie będzie Straszydłaków. One znikną.  Tak powiedział Żółw. Jego filozofia, której nie mógł zrozumieć,  była jednak wartościowa. Może więc    zastosować tę z zasad, którą może i rozumie.
Tomek podszedł blisko do włazu prowadzącego w dół do ciemnej maszynowni. Uchwycił się żelaznej barierki  i zacisnąwszy mocno powieki,  zaczął schodzić po  schodkach.
 

ROZDZIAŁ XI

RODZINA STRASZYDŁAKÓW



     Maszynownia była małym, zupełnie ciemnym pomieszczeniem. Stała w nim maszyna. Miała równe tłoki i lśniące cylindry. Tłoki jednak nie poruszały się w górę i w dół wewnątrz cylindrów. Nie tłoczyły pary. Para nie poruszała okrętu.
     U dołu olbrzymiej maszyny było otwarte palenisko, w którym czerwono żarzył się węgiel, ale nie strzelał płomieniami. Obok maszyny, w drewnianej skrzyni na podłodze leżały bryły czarnego węgla. O skrzynię stała oparta łopata. Wystarczyło wziąć łopatę, dorzucić węgla do paleniska, by buchnął ogień i ogrzał wodę w kotle. Woda się zagotuje, wytworzy się para, którą tłoki wtłoczą do cylindrów. Okręt wtedy popłynie.
     Tomek  sięgał już ręką po łopatę, gdy nagle zobaczył coś  w ciemności. Straszydłaki.
     Rodzina Straszydłaków  była bardzo liczna. Składała się z prababek i pradziadków, po których  następowały   babcie  i dziadkowie. Po nich następowały ich dzieci, które już  stały się ojcami i matkami. Z kolei one miały mnóstwo dzieci, dużych, średnich i zupełnie  małych. Cała rodzina siedziała w kątach, zajmując  je od podłogi do sufitu. Prababcie i pradziadkowie siedziały w najgłębszych kątach, ich dzieci, będące już babkami i dziadkami umieściły się  nieco wyżej, ich dzieci, będące ojcami i matkami, jeszcze wyżej, a dzieciaki poprzyklejały się  do sufitu jak purchawki.
     Straszydłaki rozłożyły się w kątach, robiąc zapamiętale  na drutach. Jako surowiec służyła im miękka i przyjemna  ciemność, którą przędły i zwijały na motki. Ubierały się w ciemność jak w  sukienki, swetry i  płaszcze.
     Prababcie  i pradziadkowie zbierali ciemność  w duże kosze. Babcie i dziadkowie robili na drutach palta, ich dzieci będące już ojcami i matkami, robiły  swetry i sukienki. Dzieci małe, średnie i duże  zajmowały się nawijaniem  ciemności   na kłębki i układaniem w stosy.  Dzieci zupełnie małe siedziały rodzicom  na kolanach i odwijały  wełnę ciemności z kłębków. Wszyscy mieli mnóstwo pracy, gdyż rodzina była bardzo liczna, a wzory  ciemności szybko wychodziły z mody. Należało wciąż wymyślać nowe, jeszcze ciemniejsze.
     Byli zadowoleni z tego, że mieszkają w  miłym miejscu.  Dobrze czuli się w ciemności, która była ciepła i otulała ich ze wszystkich stron. Cieszyli się z tego powodu, że są razem i zajmują się pożyteczną pracą.
Kiedy  zobaczyli Tomka, przestali robić na drutach. Dzieci  wtuliły głowy w kolana rodziców. Matki i ojcowie narzucili szale  na głowę. Babcie i dziadkowie powtykali  głowy  do pudełek  wypełnionych ciemnością  i powiedzieli sobie,  że za nic w świecie ich nie wyjmą.
     Bali się go ogromnie.  A jeżeli napali w palenisku i stanie się jasność? To ich zabije. Blask był dla Straszydłaków zabójczy.  Bały się go jak ognia.
   - Jest tu ktoś? - zawołał Tomek półgłosem.
     Nikt nie odpowiedział,  każdy się bał. Mały Straszydłak wyjrzał zza kłębka wełny i tak się przeraził widokiem  chłopca, że potrącił kłębek, a  ten się potoczył i ciemność zaczęła się rozwijać.
     Tomek przestraszony pochwycił  łopatę i dorzucił węgla do paleniska.  Buchnął ogień i zrobiło się widno.  Maszyna zaczęła pracować, statek ruszył do przodu.
     Zrzedła ciemność,  z której były zrobione ubrania Straszydłaków i cała rodzina została tylko w przejrzystych koszulkach. Dygotali z  zimna. Jednak ucieszyli się, że  przeżyli pierwszy atak blasku,  i rzucili się sobie w ramiona.
     Potem Straszydłaki usiadły skulone w resztkach ciemności, podciągając kolana pod brodę. Patrzyły, czy chłopiec zamierza dorzucić jeszcze jedną łopatę węgla.  Obawiały się, że nie przeżyją kolejnego ataku jasności.
     Ojciec Straszydłaków postanowił ratować rodzinę. Zdecydował, że musi poświęcić się dla dobra wszystkich i wyjść z kąta, narażając się na zamarznięcie. Poprosi Tomka, aby  już więcej nie pracował. Toteż wstał i zbliżał się powoli, gdyż czuł, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Musiał jednak znaleźć w sobie siły ze względu  na dobro całej rodziny.
     Tomek  zobaczył, że ktoś wychodzi z ciemnego kąta, lecz nagle się zatrzymuje.  Straszydłak nie mógł ze strachu postąpić ani kroku, ani wypowiedzieć swojej prośby.
     Tomka sparaliżowało przerażenie.
   - Bboję się - powiedział szeptem.
   - Bboję się - powtórzył  ojciec Straszydłak.
   - Cieciebie się boję - powiedział Tomek.
   - Cieciebie się boję - powtórzył ojciec Straszydłak, gdyż czuł to samo.
   - Nnie strasz mnie - powiedział Tomek.
     Nnie strasz mnie - powtórzył ojciec  Straszydłak.
     Tomek pochwycił łopatę i dorzucił bryłę węgla. Zrobiło się jasno.
     Chłód objął natychmiast  ojca Straszydłaka. Jego ciało  zrobiło się sztywne i trzeszczało  od mrozu. Jego tułów pękał jak zrobiony ze szkła. Ręce i nogi  kruszyły się.
     Oczy Straszydłaka wpatrzone w Tomka zrobiły się  bardzo smutne. Już chyba nigdy nie zobaczy swej rodziny i nie wtuli się w ciepłą ciemność. Tomek nagle przestał się bać  i  z całej siły  odepchnął od siebie Straszydłaka.  Ojciec Straszydłak wpadł do kąta, gdzie ciemność była gęsta i ciepła.
     Cała rodzina natychmiast go  otoczyła. Babcie okryły go wełnianymi swetrami, dzieci   średnie zaczęły  mu rozcierać ramiona,  a duże dzieci masowały mu nogi. Powoli ostre  igły chłodu zaczęły się roztapiać w ciele ojca Straszydłaka.  Po chwili otworzył oczy i uśmiechnął się blado. Wszyscy błysnęli oczami z radością, a małe  dzieci Straszydłaki położyły u jego boku to, co miały najcenniejszego, swoje kłębki wełny powiązane w taki  sposób, że utworzyły miłe misie przytulanki. Ojciec Straszydłak rozgrzał się, przytulił misie i wszystkie swoje dzieci.
     A cała rodzina powróciła z powrotem do swej pracy, którą tak lubiła.  Prababcie wyjęły głowy z pudełek i zaczęły do nich wkładać motki   ciemności, a  pradziadkowie zabrali się do robienia swetrów. Babcie wymyślały nowe wzory, a matki przędły wełnę na cienkie nici. Wszyscy się cieszyli jej pięknym, czarnym kolorem, puszystością i ciepłem.
     Tomek zamknął drzwiczki od paleniska i wybiegł na pokład. Już dobijali do brzegu. Tomek podbiegł do schodków i szybko zbiegł na piasek. Zbiegając, usłyszał odgłos zatrzaskiwania pokrywy włazu. To  Szczurek bez pożegnania wskoczył do włazu i zatrzasnął za sobą pokrywę.  Nie mógł mu  wybaczyć tego okropnego upokorzenia.  
     Tomek to rozumiał, ale o tym już nie myślał.
     Nagle w powietrzu od strony  przeciwległego brzegu  nadleciało krzesło. Musiało to być krzesło, bo tego się spodziewali i o tym rozmawiali przed chwilą ze Szczurkiem.  Krzesło było bardzo duże, nawet jak na krzesło kuchenne, które zawsze stoi w kącie przy drzwiach i każdy może na nim usiąść. A ono stoi tam od niepamiętnych czasów,  kiedy to jeszcze nasza babcia była młodą dziewczyną i szykowała się  do ślubu. W tamtych czasach robiono wszystkie rzeczy bardzo duże i ciężkie, szczególnie meble, które miały być ślubnym prezentem i służyć przez całe życie i dłużej.
     Tomek  tylko pobieżnie rzucił okiem na krzesło i rzucił się do odpychania okrętu od brzegu.
     Krzesło nie może spaść na pokład. Było tak ciężkie, że  może przełamać pokład na pół. Coby się stało ze Szczurkiem? Okręt powoli odsuwał się od brzegu.  Nie miał jednak pary w tłokach, by płynąć szybciej. Szczurek był w maszynowni. Być może pochwycił łopatę i zaczął dorzucać węgiel. A jeśli jego mięśnie na przednich łapkach były zbyt słabe, by udźwignąć łopatę? Szczurek wiedział, że blask zabije Straszydłaki i  postanowił zaryzykować. W ten sposób  oddawał swoje życie  za życie rodziny Straszydłaków.
     Tomek o tym wszystkim  nie myślał i może nie wiedział, chciał tylko  ratować Szczurka  i ocalić piękny okręt, który miał przed sobą jeszcze wiele wspaniałych przygód na  toni  Niebieskiego Morza.
 

ROZDZIAŁ XII

WIERNY KAPEĆ



     Krzesło lecąc,  znalazło się już nieomal ponad pokładem okrętu. Na czterech rogach tego rzekomego krzesła  rozpościerały się na boki cztery grube kończyny.   Krzesło chyba się rozprostowało, leżąc na brzuchu. Krzesło odziewał niebieski mundur  tak  mocno  opięty, że rozciągnęły się dziurki od guzików. Z przodu krzesło miało wąsy. Wytrzeszczało niebieskie  oczy,  patrząc z  przerażeniem.
   - Ty nie jesteś chyba kuchennym krzesłem? - krzyknął Tomek, lecący nie     przypominał     krzesła,    nawet rozprostowanego.
   - Jestem Odźwierny! - odkrzyknął lecący. - Z drogi! Nie umiem kierować!
     Przed nim w powietrzu nikogo nie było.
   - Skręcaj!  - krzyknął Tomek.  - Bo spadniesz na pokład!
   - W  którą stronę?! - odkrzyknął Odźwierny,   obracając oczami naokoło.
   - Wszystko jedno! - Tomek tupnął,  krzycząc - Prędzej!
     Lecący wytrzeszczył oczy, by zobaczyć, gdzie się znajduje ten kierunek.
   - Nie  wiem, jak się skręca we wszystko jedno - odkrzyknął z góry Odźwierny.
     Tomek złapał się za głowę i pobiegł przed siebie.
     Odźwierny jednakże jakoś zakręcił we wszystko jedno i skierował się w stronę głębokiego morza. Okręt był ocalony. Tomek odetchnął i odjął ręce od głowy.  Zobaczył jednak, jak bardzo jest ciemna woda tuż pod brzuchem lecącego  Odźwiernego. Woda była tak granatowa, że nieomal czarna. Jakże musiało być tam głęboko!
     Odźwierny  zaraz spadnie do tej głębokiej wody. Gruby i ciężki  Odźwierny utonie.  Jego mundur nasiąknie wodą, nasiąkną wodą jego wąsy, a  ciężkie srebrne guziki pociągną go w głębię. Tomek nie morze do tego dopuścić.
   - Hamuj! Hamuj! - zaczął wrzeszczeć. Podskakując,  machał ramionami ponad głową.
     Odźwierny  nie pamiętał, która noga naciska pedał gazu, a która  hamulec,  toteż  pochylił głowę, by popatrzeć na swoje stopy  i  sobie  to  przypomnieć.  Przechylił się do przodu, obrócił się wokół siebie i zaczął koziołkować w powietrzu.  Zaraz spadnie.  Na szczęście już był ponad piaszczystym brzegiem.  Wprawdzie minęło niebezpieczeństwo utonięcia,  ale gruby i ciężki Odźwierny uderzy  silnie o brzeg. Na pewno się potłucze.
   - Głowa między kolana! - krzyknął Tomek.
     W ostatniej chwili Odźwierny pochylił się,  wsunął głowę pomiędzy kolana i objął je ramionami. W takiej pozycji spadł na piasek. Piasek był miękki. Odźwiernemu nic się nie stało.  Leżał tak przez chwilę, a potem zaczął obmacywać głowę, byłą cała. Pomacał kolana, były dwa. Nogi  kończyły się stopami jak przed upadkiem.  Wreszcie Odźwierny pomacał swoją twarz, wszystko było na miejscu. Dotknął palcami powiek i wtedy otworzył oczy. Zrozumiał, że  żyje.
Siedział przez chwilę oszołomiony i rozglądał się, mrugając. Kiedy się podniósł,   zaczął dreptać wokoło,  człapiąc jedynym kapciem, z przydeptaną piętą.  Na piasku odbijał się ślad jego stopy w kapciu. Był szeroki i płaski. Drugi ślad  pozostawiła  bosa stopa. Był głęboki i wąski.  
     Odźwierny się zatrzymał i pochyliwszy się nad śladami stóp, przyglądał im się przez chwilę z wyraźnym smutkiem.
 - Nie wiem, dlaczego mnie opuścił - rzekł z westchnieniem.
     Poczym stanął twarzą do morza. Zrobił z dłoni daszek nad oczami i podniósł głowę do góry. Wypatrywał czyjegoś przylotu. Jednakże nadaremnie.
     Znowu zaczął chodzić wzdłuż brzegu morza, zostawiając na piasku ślady. Założył ręce za plecy, jakby się nad czymś zastanawiał i od czasu do czasu kiwał głową, jakby się z czymś godził. Przeszedł tak kilka razy w tę stronę i z powrotem, aż wreszcie stanął przed Tomkiem.
   - Opuścił mnie - rzekł ze smutkiem.
   - Kto?- zapytał Tomek.
   - Tyle lat byliśmy razem - westchnął Odźwierny.- Jak on mógł mi to zrobić?
     Odźwierny przeżywał ciężką stratę.
     Usiadł na piasku i zdjął z nogi kapcia. Przysunął go do oczu i patrząc na niego, rzekł - Powiedz, jak twój brat mógł mi to zrobić?
     Ale Drugi Kapeć tylko zmarszczył nos, myśląc nad odpowiedzią.
     Tomek zrozumiał, że podczas lotu spadł kapeć z nogi Odźwiernego, a ten nie mógł zapomnieć straty.
     Odźwierny się podniósł i trzymając kapcia przytulonego do piersi,  zapatrzył się w sine morze. Po długiej chwili powiedział.
   - Teraz mogę  spełnić swoje marzenia. Zawsze chciałem  podróżować.- Zamilkł i po chwili rzekł. - Ale jednak serce mnie boli.
     Całe  życie  byłem  Odźwiernym Lubiłem siedzieć na krześle przy bramie.
   - Zostałeś po prostu wyrzucony jak stare krzesło?- zapytał Tomek.
     Był  zły, że  Odźwierny zachowywał się tak egoistycznie. Myślał o swoim starym kapciu  i nawet nie zauważył, co ważnego zrobił dla  niego Tomek. A może ten kapeć miał zupełnie inne znaczenie, niż Tomek sądził? Może przypominał mu wszystkie dni spędzone w szczęściu przy bramie, kiedy czekał na gości?  Zgubił go i utracił tamto życie, które dotychczas wiódł.  Odtąd będzie inaczej, może ciekawiej, ale przyszłość zawsze kryje różne niespodzianki,  co do których sądzimy, że nie damy sobie rady.  Taki właśnie niepokój i niepewność zalęgły się  w umyśle Odźwiernego,  a tęsknota za starym kapciem była tego wyrazem.
   - Marzyłem - zaczął Odźwierny  swoją historię -  aby stać się niezwykłym człowiekiem i przeżywać czarodziejskie przygody. I teraz moje marzenie może się spełnić. Powinienem  być szczęśliwy -  mówiąc tak,  Odźwierny otarł łzę, która kapnęła mu na wąsy.
   - Czujesz się rozdarty - zrozumiał Tomek.
   - Kochałem swoje  codzienne przyzwyczajenia- powiedział Odźwierny. - Lubiłem człapać po płaskich kamieniach  dziedzińca w jedną stronę i potem w drugą, czekając na Żółwia. Lubiłem mówić: "Proszę wejść, otwarte".
   - Może Kucharka chciała wyrzucić tylko krzesło i nie zauważyła, że na nim siedzisz - rzekł Tomek.- To oczywiste- dodał, bo lubił  proste wyjaśnienia i chciał go jakoś pocieszyć, mimo że Odźwierny myślał tylko o sobie.
     Odźwierny potwierdził  skwapliwie.
   - Kiedy Kucharka robi porządki,  wyrzuca, co jej się nawinie pod rękę.
     Nie chciał powiedzieć, że został wyrzucony, wstydził się przyznać.
   - Teraz mogę przeżywać przygody - rzekł. - Jednakże kiedyś powrócę na zawody w wycinaniu dziurek z Żółwiem.
     Tomek  chciał zapytać, na czym polegają  zawody w wycinaniu dziurek, był bowiem  bardzo ciekawy wszystkiego.
     Ale Odźwierny znowu uronił łzę, gdyż kochał swoją przeszłość, z którą nie mógł się na zawsze pożegnać.
     Nagle  w  powietrzu ukazała się mała,  czarna kulka. Zbliżała  się szybko, powiększając. Kiedy się  zbliżyła jeszcze bardziej,  nabrała kształtu,  okazało  się,  że jest to Pierwszy Kapeć   od   pary.   Zobaczywszy   Odźwiernego,  kapeć zmarszczył  z zadowoleniem   nos,  zezując  w  dół.  Wypuściwszy   z  siebie powietrze  z głośnym pufnięciem,  zaczął powoli opadać jak jesienny liść, by wylądować tuż  obok swego brata od pary.
     Ująwszy go w locie,  Odźwierny przyjrzał mu się ze wzruszeniem, po czym usiadł na piasku, tuląc do piersi swego   wiernego  kapcia o pomarszczonym nosie. Po chwili nałożył go na stopę. Poruszył palcami, by sprawdzić, czy jest mu tak samo wygodnie jak przedtem. Potem się  podniósł i ruszył przed siebie.
     Tomek pozostał sam na brzegu morza. Stał przez dłuższą chwilę i spoglądał za odchodzącym Odźwiernym którego sylwetka robiła się coraz mniejsza, aż wreszcie stała się tak niewielka jak ciemna plamka, która  i tak po chwili rozpłynęła  się w powietrzu.
     Chłopiec stał długo, by powstrzymać łzy, a potem ruszył w stronę przeciwną.
 

ROZDZIAŁ XIII

ZMARMURZAŁE BOGINIE


     Kiedy Tomek poszedł  w tamtą stronę,  zauważył, że stoi przed dwoma wysokimi posągami. Jeden przedstawiał piękną boginię, a drugi   równie piękną Nimfę. Wiatr lekko wzdymał ich szaty, bo i wiatr był wyrzeźbiony.
     Posągi stały naprzeciwko siebie. Tomek już zamierzał przejść na drugą stronę.
   - Gdzie się pchasz? -   usłyszał głos dobiegający z góry od  posągu.  
     Marmurowe oczy bogini skierowały marmurowy wzrok prosto na Tomka i ciskały na niego marmurowe promienie gniewu. Marmurowe usta rozchyliły się i lekko wykrzywiły w marmurowym, różowym gniewie.   
     Bogini trzymała w ręku tabliczkę pokrytą woskiem. Na powierzchni pokrytej woskiem były napisane litery. Uniósłszy ramię,  pacnęła Tomka tabliczką  w  głowę.
   - Co tam mamroczesz?! - zapytała marmurowo.
     Nie czekając na wyjaśnienia, dodała.  - Musisz natychmiast nauczyć  się prawidłowej wymowy.  Musisz stać się człowiekiem, ty nieokrzesańcze!  Kiedyś to docenisz i podziękujesz mi za to, co zrobiłam dla ciebie.
     Zwracając się do mnie,  układaj usta starannie, bo nie  znoszę bełkotania. Jestem Retoryką,  pilnuję praw mowy.  Jeśli chcesz zadawać pytania, musisz umieć  mówić.  Powiedz: "a".
   -"Aa" - rzekł szybko Tomek, bo chciał jak najszybciej wypełnić rozkazy i umknąć.
   - Nie mów "aa", lecz "a" - napomniała go bogini  Retoryki.
   - "A" - wymówił szybko Tomek.
     Bogini podniosła ramię i z rozmachem uderzyła go  tabliczką w głowę.
     Źle!  Ćwicz, najpierw samogłoski: a, e, o, u, i, y, ę, ą.  Jeszcze raz! Dwa razy! Sto razy! Tysiąc razy: a, e, o, u, i, y, ę, ą.
     Powtarzając uderzała kantem dłoni o tabliczkę, wystukując rytm. - Praca i  jeszcze raz praca, czyni  mistrza.  Mistrzowie wiedzą wszystko.  I nie zadają pytań.
   - Nieprawda! - dobiegł głos z tyłu.
     Tomek się obejrzał. Głos dobiegał z ust drugiego posągu. Był on również marmurowy i jego zaprzeczenie było również  marmurowe.
     Posąg przedstawiał  Nimfę.  Trzymała prostokątne płytkę ze srebra, która  została tak wypolerowana,  że stała się lusterkiem. Nimfa przyglądała się  swemu odbiciu  i podziwiała marmurową urodę własnej twarzy.
   - Gdy zobaczysz piękną twarz, wiesz wszystko i nie zadajesz pytań - powiedziała z marmurową  pewnością siebie.
     Tomek odsunął się na wszelki wypadek. Rzeczywiście Nimfa  była  zachwycająca, ale nie wiadomo, czy nie przyłoży mu srebrnym lusterkiem.
   - Przyznaj, że jestem najpiękniejsza - rozkazała.
     Odwróciła się bokiem do lustra, by obejrzeć ramiona. - Czy  wiesz,  że jestem zbudowana według złotej miary?
   - Nie.
     Aby poznać prawa rządzące pięknem, powinieneś zacząć od studiowania mojej stopy - uniosła nogę i wysunęła stopę spod tuniki, podsuwając mu ją pod oczy.
   - Zwróć uwagę na to, że nie jest ani za duża ani za mała.
      rzekręciła ją w bok,  by mógł dokładnie obejrzeć.
   - Oto kostka u nogi, zbytnio nie sterczy ani nie jest  płaska.
   - Po prostu, średnia - uściślił Tomek, gdyż   czasami lubił wszystko nazywać, szczególnie wtedy,  gdy to nie było zbyt grzeczne.
   - Nie waż się tak mówić! - krzyknęła Nimfa i kopnęła go z rozmachem. - Moja stopa jest doskonała!  
     Przewrócił się, a  ona dwoma marmurowymi palcami ujęła go za kark i uniosła aż do wysokości swej marmurowej twarzy.
   - Zacznij studiować piękno.   Poznasz wieczne pytania i wiecznie odpowiedzi.
   - Nie mam  aż tyle czasu - zaoponował Tomek - chcę powrócić do domu.
   - Cicho bądź! - krzyknęła na nią Retoryka.
   - Naucz się mówić!  - rozkazała Tomkowi. -  Będziesz człowiekiem. Powiedz: "a". - Ćwicz! Wargi lekko  zaokrąglone.
     Wyciągnąwszy ramię,  wyszarpnęła Tomka z ręki Nimfy. Jej palce  były o wiele bardziej  marmurowe.
   - Milcz! - krzyknęła  na nią Nimfa. - A ty weź natychmiast sznurek i zacznij pomiary  mojej stopy! - rozkazała Tomkowi.
     Tomek przypomniał sobie, że Piaskpanie pytały go, czy ma sznurek. Jakby by się teraz mu przydał. Zacząłby zdejmować pomiary stopy  bogini, co by ją na pewno udobruchało. A teraz jego życie było w niebezpieczeństwie, i to z powodu braku kawałka sznurka!
     Tymczasem Nimfa, nie czekając na odnalezienie sznurka, jednym ruchem wyrwała  chłopca  z rąk Retoryki. Trzymając wysoko ponad ziemią,  potrząsnęła nim, trzymając za kark, a on zwisał w jej marmurowych palcach.  
   - Oddaj mi go! - rozkazała Retoryka. - Muszę nauczyć go wymowy.
   - Najpierw ma przyznać, że jestem doskonała i zdjąć moje wymiary! -  krzyknęła  Nimfa.
     Retoryka wyszarpnęła Tomka  z palców Nimfy swymi o wiele bardziej marmurowymi palcami.  Trzymając go ponad ziemią, potrząsała nim jak szmacianą kukiełką.
   - Puść go! - krzyknęła Nimfa i popchnęła Retorykę, ta rozwarła palce, a on runął na ziemię, jak strącony z nieba przez  bogów, czy raczej boginie.
     Upadł na piasek i nie czekając na dalsze przejawy humorów jednej i drugiej bogini, szybko odczołgał  się na bok.
     Boginie mierzyły się marmurowym wzrokiem z marmurową wściekłością.  Zaczęły się kołysać na swoich postumentach, co wydawało ogromny łoskot. Zanosiło się na porządną burzę. Co to będzie, jak zaczną walczyć ze sobą?! Jakiż będzie łomot i hałas!  Będzie strasznie!
     Tomek chciał już powiedzieć, że będzie się uczył prawideł pięknej wymowy i odtąd naprawdę przyłoży wszelkich starań do starannego wymawiania wymowy. Czuł, że coś mu się pomyliło i na pewno byłby skracony, skrócony, och nie, skarcony  przez boginie.  Podniósł nawet grzecznie do góry dwa palce, jak to robi się w klasie, ale było   za późno!
     Postumenty  kołysały się   niebezpiecznie i bardzo głośno.  Zaperzone boginie ani nie słyszały, ani nie dostrzegały Tomka i jego skruchy.
     Już miały ruszyć na siebie i rozpocząć walkę na śmierć i życie, gdy nagle  rozległy się dziwne stukotania. Boginie odwróciły swe marmurowe głowy i  skierowały swój marmurowy wzrok w tę samą stronę.
     Marmurowe ramiona uniesione do bójki znieruchomiały. Marmurowe piąstki  zaciśnięte do zadawania razów zamieniły się w marmurowe bryłki.  Boginie zamieniły się z powrotem w marmurowe posągi, zastygając z uniesionymi ramionami i wykrzywionymi ustami,  z marmurowym niesmakiem na wargach.
 
     A wtedy Tomek również usłyszał  odgłos  kroków po twardej ziemi.
 

ROZDZIAŁ XIV

MAJERANEK POETYCKI


     Stukały po ziemi kopytka. Były to drobne kroczki. Jednak po chwili zamieniły się na dłuższe susy, jakby ktoś skakał. Wtedy słychać było  okrzyk.
   - No, hyc! -  biegnący ponaglał się do większego wysiłku. Z pewnością skok wymagał dużej odwagi.
     Znowu zastukotały kopytka. Tym razem,  jakby ktoś wybijał rytm. Biegnąca niewidoczna osoba zaczęła tańczyć,  biegnąc.           Wystukiwała raz szybszy, raz wolniejszy rytm.  
     Po chwili biegnąca niewidoczna osoba złapała rytm,  w jakim chciała biegnąc, tańczyć. Były to trzy szybkie i małe kroczki: tup, tup, tup. A potem cztery dłuższe kroczki: stuk, stuk, stuk, stuk.
Wtedy słychać było  okrzyk.
   - No, hyc! - i biegnący skakał.
     Tomek był bardzo ciekawy, kto biegnie, tańcząc i skacząc. Znowu usłyszał szybkie i małe kroczki: tup, tup, tup, a potem cztery dłuższe: stuk, stuk, stuk, stuk i wtedy dobiegł go okrzyk.
   - No, hyc!
     I skok!  Długi, bardzo długi skok!
     Zza posągów wyskoczyła  kosmata postać. Cztery kopyta były wyprostowane sztywno. Ogon sterczał z tyłu w linii poziomej. Z przodu był duży łeb.
     Był to Kozioł. Na ramionach powiewała mu dumnie czarna baranica.
     Z rozpędu zahamował z poślizgiem tuż przed Tomkiem. Kopytka worały się w ziemię. Ogon z tyłu sterował. Kozioł zatrzymał się i stał chwilę z uniesionym łbem, czekając, aż wytraci pęd.
   - No, super! - zawołał Kozioł. - Co za piękny skok! Widziałeś?
     Był tak pewny swego kunsztu, że wcale nie potrzebował pochwały z ust Tomka. Podszedł do postumentu Nimfy i podścieliwszy sobie czarną baranicę, usiadł na niej wygodnie. Po chwili, zastanowiwszy się, założył jedną kosmatą nogę na drugą.
     Chwila przerwy, Kozioł przypominał sobie, co ma zrobić. Ujął swój długi ogon, zakończony kitką i zaczął ją  trzepać. Wysypały się  niej źdźbła traw i słoma, suche płatki kwiatów i nasionka. Wytrzepawszy  kitkę porządnie, starannie ją rozprostował i ułożył równo na kolanach.
     Chwila przerwy, tym razem dłuższa. Kozioł obrócił oczami, przechylając głowę w lewo. Następnie obrócił oczami w stronę przeciwną i przechylił głowę w prawo. Dopiero teraz przypomniał sobie, co miał zrobić.
     Ujął swoją koźlą brodę i zaczął z niej wytrząsać pozostałości posiłków. Sypały się okruchy biszkoptów i sezamków, kruchych ciasteczek i krakersów. Kiedy dokładnie wytrzepał brodę,  rozpostarł ją na swojej chudej, koźlej piersi.
     Ukończył w ten sposób zabiegi kosmetyczne i poczuł się jeszcze bardziej zadowolony ze swej urody niż poprzednio. Kozioł zaczął powoli wciągać powietrze przez nozdrza. Wciągał i wciągał, i coraz więcej go nabierał. Jego przepona brzuszna podnosiła się coraz wyżej i wyżej, a brzuch stawał się coraz bardziej wklęsły.
     Kozioł podniósł dumnie głowę do góry i patrząc w niebo wypuścił z płuc cały zapas wciągniętego powietrza z okrzykiem szczęścia.
   - I hahaha! Ihaha! Życie jest piękne i ciągle mi  wesoło, ihahaha!
     Kiedy okrzyk przebrzmiał, Kozioł wciąż się w niego wsłuchiwał, trzymając łeb podniesiony do góry. Jego wzrok wciąż był utkwiony w błękitnym niebie i w oczach nadal malował się wyraz szczęścia. Słuchał długą chwilę swego pięknego, koźlego beczenia, po czym opuścił łeb i przysunął go do Tomka.
   - Postukaj! - zaproponował.
     Chłopiec postukał: stuk, puk. Głowa Kozła wydała pusty odgłos jak wielka beczka, do której nie nalano oleju. Niosło się w niej dalekie echo. Była bardzo duża i tak samo bardzo pusta, a może nawet jeszcze bardziej. Echo niosło się od jednej ścianki do drugiej.
   - No widzisz!  Pusto. Ihaha! Widziałeś bardziej pusty łeb? - i nie czekając na potwierdzenie, zawołał.
   - Ihaha! Wszystko mnie cieszy. Ihaha!
     Tomek zrozumiał, że nie należy o nic pytać Kozła, gdyż w jego pustej głowie nie ma żadnych odpowiedzi. Nie mógł sobie nawet przypomnieć najprostszych czynności jak trzepanie brody i kitki ogonkowej, chociaż na pewno robił to codziennie. Tomek spojrzał na stosik drobiazgów, które zostały wytrząśnięte  z brody i z kitki ogonkowej i  pomyślał, że na pewno nie były trzepane codziennie.
Kozioł nagle spojrzał na Tomka. W jego wzroku była wyjątkowa przenikliwość i zapytał.
   - A o cóż to chciałeś mnie zapytać? - patrzył wciąż na Tomka, zaglądając mu głęboko w oczy, jakby poprzez gałki oczne czytał jego myśli.
     Tomek nie odpowiedział ze zdziwienia.
   - No, zamurowało cię - rzekł Kozioł, wciąż się wpatrując się w oczy Tomka jeszcze bardziej intensywnie niż przedtem.
     Zamilkł i tylko badał oczy Tomka swym wzrokiem, a jego spojrzenie było o wiele bardziej intensywne i ciemne niż przed chwilą.
   - Szukasz wyjścia - powiedział powoli, a jego wzrok jeszcze bardziej ściemniał. - Nie jest to brama.
   - Mylisz się - zaprzeczył Tomek. - Szukam właśnie bramy. Chcę odnaleźć wejście do baśni.
   -  Nigdy się nie mylę w takich sprawach - rzekł bardzo poważnie Kozioł, a jego wzrok tak ściemniał, że zrobił się prawie czarny. - Nie szukaj. Samo się znajdzie.
     Tomek siedział  zdziwiony, lecz wcale nie wierzył słowom Kozła. Jak można przyjmować poważnie kogoś takiego jak Kozioł? Głowa Kozła była przecież pusta jak duża beczka, a on sam nie umiał sobie przypomnieć, co ma za chwilę zrobić. Takim osobom się nie wierzy.  
     Mówiąc uczciwie, Tomek uważał go za głupca.  I to głupca zadowolonego z siebie.
     Nagle Kozioł się zerwał z postumentu.
   - No, to zatańczymy! Ihaha, ihahaha! I haha, i hahaha!
     Pochwycił Tomka pod ramię i poderwał go do wesołego tańca.  Kopytka Kozła stukotały, stuk, stuk, stuk, puku, puku. A potem znowu: puku,  puku, stuk, stuk, stuk.
     Tańczyli wokoło posągów i było bardzo wesoło. Gdy nagle z oddali dobiegły dziwne dźwięki.
 
 


Powered by Joomla!. Designed by: joomla templates vps hosting Valid XHTML and CSS.